Reklama

Reklama

Głowacki - Briedis. W stawce pas mistrza świata i krok do trofeum Muhammada Alego

Cztery lata temu Krzysztof Głowacki był bohaterem jednego z najefektowniejszych powrotów znad przepaści, gdy wstał z desek i, będąc na krawędzi nokautu, rzucił się instynktownie niczym wilk na zwierzynę, zdemolował Marco Hucka i wyszarpał tytuł WBO. Dziś wieczorem "Główka", znów "w gościach", stanie przed szansą zostania mistrzem globu oraz awansu do finału prestiżowego turnieju, w którym do zgarnięcia jest fortuna oraz prestiżowe trofeum imienia jednego z najwybitniejszych pięściarzy w dziejach, Muhammada Alego. Rywalem Polaka na gali w Rydze będzie sportowy bohater łotewskich kibiców, zawodowy policjant, 34-letni Mairis Briedis.

Wtedy, w sierpniu 2015 roku na ringu w Prudential Center w Newark, Głowacki znalazł się w pięściarskim niebie. Radość była nie do opisania, a po powrocie do rodzinnego Wałcza "Główka" był witany z wszelkimi honorami. Czas na chwilę się zatrzymał, a skromny sportowiec znalazł się w nowej rzeczywistości, za którą - czego nie ukrywa -  specjalnie nie przepada.

Michalczewski czy Głowacki? "Darek reprezentował Niemcy"

Reklama

W sobotę, niemal równo cztery lata po tej wiktorii, pięściarz grupy KnockOut Promotions może osiągnąć jeszcze bardziej spektakularny sukces i stać się drugim Polakiem, po Dariuszu Michalczewskim, świętującym podwójne mistrzostwo federacji WBO i WBC w kategorii junior ciężkiej, choć dzisiaj napłynęły przykre informacje wprost od szefa federacji WBC - więcej tutaj! Dla przypomnienia, "Tiger" po historyczny sukces w polskim boksie zawodowym sięgnął w 1997 roku, gdy po pokonaniu Virgila Hilla wzbogacił się aż o trzy pasy organizacji IBF, WBO i WBA w dywizji półciężkiej.

Jednak zdaniem szczególnie zżytego z "Główką" promotora Tomasza Babilońskiego, kwestia prymarności "Tygrysa" nad "Główką" wcale nie jest taka oczywista. - Nie neguję Darka polskości, bo przecież nigdy nie wyrzekł się ojczyzny i nie zapomniał, jak niektórzy, naszego języka. W dodatku szanuję go, jako zawodnika, ale muszę zgodzić się z Andrzejem Wasilewskim, że wówczas reprezentował Niemcy. Takie są fakty. Dopiero później walczył pod polską flagą, ale to nie jest to samo - uważa szef grupy Babilon Promotion, który wciąż ma udziały w naszym czołowym pięściarzu. Dlatego trzyma za niego kciuki nie tylko prywatnie, w końcu razem zaczynali drogę w boksie zawodowym i nadal się lubią, ale także biznesowo, wszak w turnieju WBSS podstawy i premie są potężne.

Milion dolarów uśmiecha się do "Główki"

Za wygraną zwycięzca zarobi, do podziału m.in. z promotorami, okrągły milion dolarów. Na tę kwotę złoży się podstawa 400 tys. dolarów oraz bonus za awans do finału, czyli 600 tysięcy. Z kolei przegrany będzie musiał "zadowolić się" samą podstawą. Gdy zestawimy to z tym, że w boksie amatorskim wałczanin za walkę otrzymywał ok. 500 złotych, a pierwsze pojedynki w gronie profesjonalistów toczone od 2008 roku przynosiły mu najpierw 1000 zł, a później 2000 zł, widzimy przepaść.

Kończąc temat porównań Michalczewskiego z Głowackim, Babiloński akcentuje jeszcze jedną, jego zdaniem bardzo ważną rzecz. - Pamiętajmy, że jak Darek walczył o te tytuły, to promował go Klaus-Peter Kohl, którego grupa Universum była promotorem gali. A teraz nie sposób powiedzieć, że ściany będą pomocne Polakowi - dodał nasz promotor.

33-letni Głowacki, w co wierzą wszyscy, przeżywa drugi szczyt formy. Podatny na kontuzje Polak na początku 2018 roku zachwiał swoją pozycją, gdy spisał się bardzo przeciętnie w starciu z Siergiejem Radczenką i musiał podnosić się z desek. W boju z Santanderem Silgado już oszczędził kibicom takiej dramaturgii, a w pojedynku o przepustkę na powtórny szczyt z doświadczonym i twardym Maksimem Własowem w Chicago pokazał wiele walorów i wysłał sygnał: "’Główka powrócił". - Ja muszę mieć wyzwania, wtedy jestem w stanie wykrzesać z siebie sto procent, bo czuję wielką motywację - zwykł mawiać nasz pięściarz i niewątpliwe jego słowa mają poparcie w faktach.

Tym razem poprzeczka pójdzie jeszcze wyżej i, po Ołeksandrze Usyku, który odebrał Polakowi wywalczony poprzednio pas, Mairis Briedis zapowiada się jako drugi najtrudniejszy rywal w jego karierze. Niektórzy szukają pociechy w ostatnich dwóch, bardzo przeciętnych wygranych Łotysza, który odbudowywał się po porażce z Usykiem, ale raczej warto posłuchać ekspertów. Świadomy rangi pojedynku, mający za sobą wzloty i upadki były mistrz świata, zapewne też wzniesie się na wyżyny swoich umiejętności, a te są niemałe.

Polak kontra bohater narodowy

Briedis nie jest modelowym przykładem ułożonego pięściarza, w jego nieszablonowym stylu widać naleciałości z kick-boxingu, ale jest silny, potrafi się bić w półdystansie, a przy tym jest sprytny i świetnie odnajduje się w tzw. brudnej walce. Jednak "Główka" to też nie jest ułomek, jak ryba w wodzie czuje się w krótkim dystansie, umie przetrwać kryzysy, boksuje z odwrotnej pozycji i ma w narożniku trenera Fiodora Łapina. Szkoleniowiec rodem z Archangielska raczej nie słynie z efekciarskiej taktyki, ale w myśl zasady "cel uświęca środki", opracowuje plan walki skrojony pod atuty i wady przeciwnika.

- Briedis jest u siebie traktowany, niczym bohater narodowy. W takiej sytuacji wszystkie znaki na niebie wskazują, że jeśli walka będzie bliska remisu, to ja już w stu procentach wiem, kogo wskażą, jako zwycięzcę. Dlatego "Główka" musi Łotysza parę razy palnąć, a gdyby tak jeszcze zdołał wygrać przed czasem, to byłby najpiękniejszy scenariusz - komentuje szef Babilon Promotion.

Babiloński nie wyklucza, że zawodnika z takim charakterem, jak Głowacki, stać powtórzyć spektakularny finisz z pojedynku z Huckiem. - Wprawdzie nic dwa razy się nie zdarza, ale Głowacki jest zdolny zrobić powtórkę. To cholernie ambitny i charakterny chłopak, który doskonale wie, jakie możliwości stwarza mu zwycięstwo. Dodatkowo teraz jest jeszcze pewniejszy siebie, świadomy momentu kariery i skoncentrowany tylko na sporcie - mówi nasz rozmówca.

Głowacki zna klucz do zwycięstwa, Briedis też

Pierwszy promotor Głowackiego na zawodowstwie zgadza się, że nasz pięściarz powinien być wyrachowany w atakach i, choć walka w półdystansie to zawsze ryzyko, takie środowisko będzie Polakowi znacznie bardziej sprzyjać niż gdyby Briedis narzucił mu taktyczny, wręcz kunktatorski boks.

- Liczę, że Krzysiek będzie wchodził w tempo i "łapał" Briedisa mocnymi ciosami. Kluczem będzie przepuszczanie pierwszego ataku i mądre wchodzenie w drugie tempo ze swoimi akcjami. To będzie na rękę "Główce", bardziej lubiącemu "fajterów", którzy lubią się bić w półdystansie - twierdzi Babiloński, po czym dodaje: - Problem pojawi się, jeśli Briedis będzie unikał walki, a w dodatku okaże się szybki na nogach. Czyli coś, jak pojedynek z Usykiem, choć nie podejrzewam Łotysza o wzniesienie się aż na taki poziom. Niemniej Krzysiek nie może popełnić takiego błędu, jak z Ukraińcem, gdy grał na jego nutę. Cała bokserska Polska trzyma za niego kciuki, a ja nie wyobrażam sobie, by podczas takiej walki miało mnie tam zabraknąć - podkreśla Babiloński.

Podczas gali na Łotwie, co ciekawe transmitowanej za naszą wschodnią granicą w systemie pay-per-view, zostanie wyłoniony także drugi finalista turnieju WBSS w wadze cruiser. Niepokonany Amerykanin Andrew Tabiti skrzyżuje rękawice z Kubańczykiem Yunierem Dorticosem, który w ćwierćfinale okazał się lepszy od Mateusza Masternaka. To starcie zapowiada się równie pasjonująco.

Transmisja gali w sobotę 15 czerwca od godziny 21.15 w TVP Sport, na tvpsport.pl oraz za pośrednictwem aplikacji mobilnej TVP Sport.

Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje