Dziura w sercu i udar za "Diablo" Włodarczykiem. Bokser podjął decyzję
- Miałem dziurę w sercu, innymi słowy ubytek. Co jakiś czas było tak, że serducho napitalało mi do tego stopnia, iż nie mogłem... Tak, jakby miało mi wyskoczyć. W końcu ta przypadłość doprowadziła, stety czy niestety, do udaru mózgu - opowiada w rozmowie z Interią Krzysztof "Diablo" Włodarczyk, który dopiero co wrócił z Tajlandii. W Bangkoku odniósł sukces przy "zielonym stoliku", dzięki czemu mimo 44 lat na karku wciąż ma spore możliwości w kategorii bridger. O ile pozwoli na to zdrowie.

Artur Gac, Interia: Jesteś świeżo po konwencji federacji WBC w Bangkoku, gdzie stawiłeś się osobiście. Jesteś zadowolony z tego, co udało wam się wywalczyć?
Krzysztof "Diablo" Włodarczyk: - Ja czekam na to, by wrócić do zdrowia i dobrze się poskładać. To jest dla mnie najważniejsze. Lot, tak w jedną, jak i w drugą stronę, miałem niespokojny, bo czułem na górze, na tych paru tysiącach metrów, jak mi serducho wali. Szczerze powiedziawszy, trochę odczuwałem ten lot.
Konsultowałeś ze specjalistą, czy w ogóle możesz udać się w taką podróż do Azji, czy sam zadecydowałeś?
- Na samym początku, jeszcze przed operacją, lekarz powiedział mi, bym broń Boże, przez sześć tygodni po operacji nie latał. Potrzebne było, aby wszystko się zagoiło, a do tego nie serwować sercu skoków ciśnienia.
To ile minęło czasu?
- Dwa miesiące i trzy tygodnie.
Czyli zastosowałeś się, a mimo to czułeś, że to jeszcze nie jest to.
- Zgadza się. Lekarz cały czas mi mówi, że tyle lat z tym żyłem i teraz serce próbuje dostosować się do nowej sytuacji.
Kilkanaście dni temu państwo Gołotowie opowiedzieli mi o niedawnych problemach zdrowotnych Andrzeja, legendy polskiej wagi ciężkiej, który zachorował na zatorowość płucną, a w szpitalu okazało się, że cierpi też na arytmię, przechodząc zabieg kardiowersji. Co stało się u ciebie?
- Ja miałem dziurę w sercu, innymi słowy ubytek. Co jakiś czas było tak, że serducho waliło mi do tego stopnia, iż nie mogłem... Tak, jakby miało mi wyskoczyć. W końcu ta przypadłość doprowadziła - stety czy niestety - do udaru mózgu.
Ta dziura w sercu była od zawsze?
- Od urodzenia, genetycznie. Pamiętam sytuację, gdy miałem 17 lat i jedna pani doktor nie chciała mi dać pozwolenia na boksowanie. Mówi do mnie: "przyjdź za miesiąc". Przyszedłem za miesiąc, a ona do mnie: "przyjdź za następny miesiąc". I tak to trwało, chyba przez trzy lub cztery miesiące. Aż w końcu do mnie powiedziała: "ty chyba tak masz". Odpowiedziałem jej, że trenuję już tyle miesięcy i bardzo możliwe, że powiększyła się moja komora serca i coś tam jeszcze się powiększyło, więc co mam zrobić? Odparła, że okej, ale będziemy to kontrolować. I tak było. Dopóki organizm jest młody, to sam dobrze wiesz, że jakoś to idzie. Ale gdy już dochodzimy do pewnego wieku i pewne rzeczy już tak nie funkcjonują, jak powinny, wówczas coś się może zadziać. I tak stało się w moim przypadku. Zablokowało mi całą lewą stronę ciała, nie mogłem mówić.
Czyli paraliż części ciała?
- No właśnie skutek udaru. Nagle znalazłem się w szpitalu neurologicznym (Instytut Psychiatrii i Neurologii - przyp.) na Sobieskiego w Warszawie.
Czytam, że tak zwana dziura w sercu to potoczne określenie ubytku przegrody międzykomorowej lub międzyprzedsionkowej, która jest nieprawidłowym otworem w ścianie oddzielającej jamy serca.
- Dokładnie tak, jak mówisz.
Udaru nabawiłeś się tuż przed walką z Adamem Balskim, którą stoczyłeś 25 maja, wygrałeś i zdobyłeś pas tymczasowego mistrza świata WBC w kategorii bridger. Tak z ręką na sercu: otrzymałeś pełną zgodę, by przystąpić do tego pojedynku, czy szczerze mówiąc, zdecydowałeś się na szalone ryzyko?
- Odpowiem tak: jestem nadal w grze. Ja wiem, że nikt nie jest supermanem i nie żyje wiecznie, ale zdecydowałem się wyjść zaboksować. A teraz czekamy na to, co za parę miesięcy przyniesie konsultacja lekarska i wówczas zobaczymy. Ja nie ustępuję, nie zamierzam tak po prostu zejść. Zaboksowałem z Adamem i poprzez pracę, jaką wykonaliśmy, łącznie z taktyką, udało się wygrać. Trener Andrzej Liczik poświęcił masę czasu i ogrom nerwów, bo działy się różne rzeczy. O tym, co miało miejsce na obozie, można napisać fajne opowiadanie.
O tobie to można napisać parę tomów.
- No... Myślę, że prędzej czy później coś pewnie napiszemy. Tak mi się przynajmniej wydaje.
Odpowiem tak: jestem nadal w grze. Ja wiem, że nikt nie jest supermanem i nie żyje wiecznie, ale zdecydowałem się wyjść zaboksować. A teraz czekamy na to, co za parę miesięcy przyniesie konsultacja lekarska i wówczas zobaczymy. Ja nie ustępuję, nie zamierzam tak po prostu zejść. Jestem szalony. Wiesz... z największą przyjemnością wyjdę i zaboksuję z kim będzie trzeba.
Widziałem w ringu, po walce z Adamem, nim jeszcze skierowałeś pierwsze słowa i nadałeś tło swoim perturbacjom, że coś absolutnie szczególnego się wydarzyło. Publicznie pierwszy raz widziałem cię w momencie tak dużego wzruszenia, pokazania emocji i takiego uzewnętrznienia. A gdy dodałeś do tego słowa, zrozumiałem, że chyba byłeś na granicy życia i śmierci.
- Nie było za wesoło i wszystko mogło się wydarzyć, ale to już jest historia, którą kiedyś będzie można opisać. To pokazuje, z czym ludzie się borykają, że nieraz podejmują ryzyko i nie boją się tego zrobić, wierząc w słuszność wyboru.
Wróćmy do wydarzeń z Bangkoku. Waszym celem było to, aby mimo nieprzystąpienia z powyższych powodów do walki z Kevinem Lereną, utrzymać status mistrza w wersji interim?
- Dokładnie tak, plan został zrealizowany. A sama konwencja była znakomita. Szef WBC Mauricio Sulaiman, aż zapiera mi dech w piersiach, to przewspaniały i przecudowny facet. To gość, który nie widzi problemów, tylko ich rozwiązanie. Jeśli do niego podchodzisz z czymś, to jest gotowy usiąść i na ten temat porozmawiać, by dojść do scenariusza, w którym dla każdego jest dobrze.
Czujesz się przez niego szczególnie traktowany?
- My się znamy już szmat czasu, od 2001 roku, gdy na czele WBC stał jeszcze jego świętej pamięci ojciec, Jose Sulaiman. Wówczas Andrzej Wasilewski (promotor Włodarczyka - przyp.) pojechał na konwent WBC, z którego prosto przyjechał na moją walkę na Sardynię, gdzie boksowałem wtedy o interkontynentalny pas IBF (Polak przez techniczny nokaut pokonał Vincenzo Rossitto - przyp.). To jest coś cudownego, że przez 24 lata utrzymujemy kontakt, na dobre i złe, w radości i smutku. To dzięki Jose znaleźliśmy się w miejscu, w którym jesteśmy do dzisiaj. Świeć Panie nad jego duszą, bo to właśnie jego mądrość zbudowała całą otoczkę wokół WBC. Bez względu na to, jak czasami toczą się moje losy w tej organizacji, WBC to jest jedna, wielka rodzina. Okolicznościowy szlafrok, którym mnie tym razem udekorowano, odbieram jako wyraz wszystkiego, co najlepsze.
Co zrobić teraz z tym pasem, który masz, w kategorii, która stwarza więcej możliwości niż na przykład dywizja junior ciężka, co widzimy po przykładach Michała Cieślaka i Mateusza Masternaka? Jeśli nie mówisz "pas", to na jakie wyzwanie jesteś gotowy? Chciałbyś stanąć do walki o pełnoprawny tytuł, czy jako tymczasowy mistrz wolałbyś mieć ten przywilej, by przeciwko największym kilerom już nie walczyć?
- Ciężko mi powiedzieć, chociaż ja jestem szalony. Wiesz... z największą przyjemnością wyjdę i zaboksuję z kim będzie trzeba.
Tak mówisz?
- Tak. Pod tym względem trochę jestem wariatem. To właśnie jestem ja. Niektórzy mi już mówili: "nie boksuj, nie dasz rady, Adam Balski dysponuje niezłą szybkością". I rzeczywiście, takiego Adama, jak w naszej walce, nigdy wcześniej nie widziałem. Nawet jak walczył w Anglii z Alenem Babiciem, nie był aż tak dysponowany. W naszym pojedynku do dziesiątej rundy, w której zakończyła się walka, naprawdę był niebezpieczny. Gdyby on tak zawsze przygotowywał się do walk, podchodząc do każdej z taką dokładnością, precyzją i głową, czyli podobnie się koncentrował, to mógłby namieszać w kategorii bridger lub cruiser, robiąc kawał dobrej roboty dla siebie. Natomiast do swojej kolejnej walki, w Zakopanem, podszedł już trochę zbyt lajtowo. Sam mówiłem do siebie "przecież on nie może spaść z takiego pułapu".
Rozmawiał Artur Gac
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl











![Karta walk KSW 114. Gdzie i o której oglądać? [TRANSMISJA NA ŻYWO, TV, PPV]](https://i.iplsc.com/000M7F267X2KORPC-C401.webp)

