Reklama

Reklama

Dlaczego Adamek nie wspomniał o alkoholu?

Ze zdumieniem przeczytałem ostatni wpis na blogu Tomasza Adamka. Czytając słowa pięściarza odniosłem wrażenie, że polscy dziennikarze to tylko stado biegających za medialną padliną hien, a Adamek jest jedną z ostatnich ofiar pozbawionych wszelkich skrupułów pismaków.

Przez długie lata byłem fanem Tomasza Adamka. Śledziłem jego ringowe występy nie tylko z dziennikarskiego obowiązku. Doceniałem i nadal doceniam jego osiągnięcia. Trzeba mieć jaja i charakter, żeby mając równie utrudniony start w życiu dostać się na szczyt dwóch kategorii wagowych.

Reklama

Kiedy pierwszy raz przeczytałem o wypadku, do którego doszło w Lake Placid byłem sceptyczny. Nie bardzo chciało mi się wierzyć w doniesienia mediów. W końcu rola bad boya polskiego boksu zarezerwowana jest dla Artura Szpilki. Adamek w tej kategorii zająłby pewnie jedno z ostatnich miejsc. Nie sądziłem, że kiedykolwiek przydarzy mu się taka historia. Tymczasem relacje amerykańskich dziennikarzy były jednoznaczne: Polak spowodował wypadek, a co najistotniejsze był podejrzany o jazdę pod wpływem alkoholu.

Podejrzenia te potwierdził w rozmowie z korespondentem RMF FM Pawłem Żuchowskim sierżant policji z Lake Placid Charles Dobson.

Adamek długo milczał o wypadku. Liczyłem na to, że kiedy wreszcie zabierze głos rozwieje wszelkie wątpliwości w sprawie domniemanej jazdy po spożyciu paru głębszych. Bo to jest najważniejsze. Kolizje, stłuczki i drogowe wypadki zdarzyć się mogą każdemu. Zwłaszcza zimą na trudnej nawierzchni. Ale jazda na podwójnym gazie to zupełnie inny kaliber i znacznie poważniejsze oskarżenie.

O tym niestety Adamek nie wspomniał. Zamiast tego wolał zaatakować media, które robią sensację. Nie ocenił...trzeźwym okiem opublikowanych w tamtym czasie tekstów, chociaż dostrzegł, że bazują na przedruku tekstów amerykańskich. Zbagatelizował całe zajście. Uznał, że winne są wyłącznie polskie media, a on został kolejną ofiarą bezwzględnych dziennikarzy, która wypełni nieznoszącą spokoju medialną lukę między lądowaniem Dreamlinera, heroicznym skokiem Austriaka ze stratosfery lub kolejnym wytryskiem złotych myśli jednego z naszych politycznych gejzerów intelektu.

"Media na co dzień czyhają na sensację. Wystarczy jeden drobny sygnał, a informacyjna kula śniegowa zaczyna się toczyć. Przedruk informacji, dodany własny komentarz wzięty z kosmosu i rywalizacja dziennikarzy, kto napisze dosadniej. Tak było i tym razem" - czytamy na blogu pięściarza.

Ok, media żyją z sensacji, bo dziennikarzy często rozlicza się dziś nie z jakości podanej informacji, ale z oglądalności/sprzedanego nakładu/kliknięć, a mówiąc po ludzku ze sprzedaży reklam. Tyle, że w tym przypadku sprawa była poważniejsza. Dotyczyła konkretnego zarzutu, który nie zrodził się w newsroomie bądź w głowie tabloidowego, lub co gorsze - a tfu - internetowego pismaka, ale został potwierdzony przez funkcjonariusza amerykańskiej policji.

Szkoda, że oskarżenia o jazdę pod wpływem Adamek nie zechciał wyjaśnić. Wystarczyło zapewnienie, że nie był pijany i linijka wyjaśnienia, dlaczego odmówił poddania się testom na obecność alkoholu. Lub przyznanie się do winy. Zamiast tego Adamek wybrał atak na media. Ale po mediach ten atak spłynie jak po kaczce, a bez odpowiedzi pozostanie rzesza kibiców pięściarza, która czekała na jego rzetelną relację z miejsca wypadku.

Autor: Dariusz Jaroń

Dowiedz się więcej na temat: Tomasz Adamek | boks | bokser | alkohol

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje