Reklama

Reklama

"Diablo": Nie będzie problemu z trafieniem rywala

Z pewnością tak dobrze jak w bokserskim ringu, Krzysztof "Diablo" Włodarczyk nie czuje się podczas domowych prac naprawczych. Mistrz świata WBC w wadze junior ciężkiej przyznaje, że nie najlepiej radzi sobie z młotkiem i śrubokrętem. W przeciwieństwie do żony.

W sobotę po raz pierwszy broni pan mistrzowskiego pasa WBC, wywalczonego w maju po zwycięstwie nad Włochem Giacobbe Fragomenim.

Krzysztof Włodarczyk: Zawsze pierwsza obrona jest najtrudniejsza, zresztą czuję, że nie będzie łatwo. Jason Robinson jest zawodnikiem, który teoretycznie nie powinien sprawić mi problemu, ale z drugiej strony on staje przed życiową szansę, może wreszcie zaistnieć w pięściarstwie i zarobić znaczące pieniądze. Ale to przecież ja jestem mistrzem świata, znam swą wartość, wiem, że w każdym momencie pojedynku mogę wywrócić każdego przeciwnika. Muszę stanąć na wysokości zadania.

Reklama

To, że jest mańkutem ma znaczenie?

- W zawodowej karierze tylko raz walczyłem z bokserem leworęcznym. Miało to miejsce... w debiucie przed dziesięcioma laty. Wcześniej jako amator miałem takich trzech krajowych przeciwników oraz Niemca, z którym przegrałem. I to wszystko. Ale można i z takimi się bić, i z takimi wygrywać. Muszę większą uwagę zwracać na uderzenia lewą rękawicą: haki, sierpowe, podbródkowe. Chodzi o większą uwagę, koncentrację. Już nie mogę doczekać się tej potyczki.

W przeszłości, chociaż dość krótko, był pan czempionem innej federacji - IBF.

- W poprzednim mieszkaniu trzymałem tamten piękny pas. Bałem się, że ktoś mógłby włamać się i ukraść, dlatego głośno nie mówiłem, gdzie go przechowuję. Ludzie myślą, że on jest cenny w sensie materialnym, a tymczasem jest cenny, ale pod względem prestiżowym i uczuciowym. Wywalczyłem go ciężką pracą. Pas WBC trzymałem w domu, później u znajomego, który prowadzi restaurację. Goście w lokalu mieli fajny widoczek. A teraz, przed pojedynkiem na Torwarze, przywiozłem go do klubu, w którym na co dzień trenujemy. Wchodzę na zajęcia z radością, bo wiem, że jest mój, a po ostatnim gongu znów znajdzie się w moich czterech ścianach w podwarszawskim Piasecznie.

Jaki jest plan na walkę?

- Nie mogę zdradzić szczegółów. Na pewno jeśli podejdzie się blisko Amerykanina i zadaje niesygnalizowane ciosy, jest mu trudniej je wychwycić. Wierzę, że nie będzie problemu z trafianiem Robinsona. Chcę zwyciężyć dla mojej kochanej rodziny. Przygoda z pięściarstwem trwa określony czas, ten czas nieubłaganie płynie, a moim celem jest zapewnienie jak najlepszej przyszłości najbliższym. Mam żonę Gosię i syna Czarka, a marzy mi się jeszcze dwoje dzieci.

Kiedy powiększy się rodzina Włodarczyków?

- Jeszcze nie teraz, ale mam nadzieję, że możliwie jak najszybciej. Chciałbym mieć drugiego syna i córkę. Pamiętam z dzieciństwa jak spotykaliśmy się u babci - 12 osób na 34 metrach kwadratowych, więc można sobie wyobrazić, jak było ciasno. Ale to były najwspanialsze, niezapomniane święta. Dla mojej rodziny jestem gotów przenosić góry, zdobyć wszystko, co jest do zdobycia. Pragnę z całego serca zarobić dla nich jak najwięcej, bo nie oszukujmy się, w boksie rywalizujemy dla pieniędzy. Gośka też marzy o rodzeństwie dla Czarka, w szczerej rozmowie powiedziała tak: Krzysiek, oboje zdajemy sobie sprawę, że wiązałoby się to z tym, że ja zrezygnuję z pracy, zajmę się domem i dziećmi, jednak wydatków będzie coraz więcej, przydałoby się też dwa pokoje więcej, bo czasem przyjedzie pomóc mama, babcia, będą u nas nocowały.

Kto trzyma kasę w rodzinie "Diablo" Włodarczyka"?

- Głupio się przyznać, ale Gośka. Dobrze mówi, twierdząc, że jak ja mam, to się szybko rozchodzą. Ostatnio wpłaciła mi na konto tysiąc złotych, ale zatankowałem samochód za 200 złotych, poszedłem na obiad, kupiłem coś tam jeszcze i po trzech-czterech dniach tej forsy już nie było. Więc wolę, żeby żona pilnowała finansów. Z drugiej strony, wszystko osiągnęliśmy dzięki pracy, więc radujemy się, że możemy sobie pozwolić na to, czy na tamto.

Jaki był wasz ostatni większy zakup?

- Czarek rozpoczął naukę w podstawówce, więc trzeba było go wyposażyć do szkoły. Kupiliśmy biurko, szafkę, przybory, ubrania, buciki. Wydaliśmy około 2,5 tys. złotych.

Na siebie dużo pan wydaje?

- Nie, wcale nie. Choć podarły mi się spodnie, więc będę musiał nabyć ze dwie-trzy pary. Poszukam też jakiejś fajnej bluzy.

Świetnie radzi pan sobie w ringu, a jak w domu?

- Rzadko, bo rzadko, lecz jeśli trzeba, to odkurzę czy posprzątam. Nie ma problemu. W kuchni mogę ugotować jajka, ale nie gotuję. Gosia robi pyszne zupy, na przykład warzywną.

A jeśli kran przecieka lub uszkodzi się zamek w drzwiach?

- Jak to co? Tym zajmuje się małżonka. Niedawno sama przykręcała karnisze, zakładała zasłony, ona skręcała biurko i szafkę. Mogę jej pomagać, ale generalnie unikam takich zajęć. Kiedyś coś próbowałem naprawić, to jeszcze bardziej zepsułem, złamałem jakąś śrubkę. Zdecydowanie bardziej wolę boksować. To jest mój żywioł, między linami czuję się najpewniej.

Dom jest rodzinną twierdzą czy przyjmujecie sporo gości?

- Nieliczne osoby mają wstęp, ale oczywiście o każdej porze dnia i nocy mogą przyjść osoby z rodziny czy bliscy znajomi. Zawsze chętnie ich ugościmy. Na pewno nie zaprosiłbym ringowego przeciwnika, jak np. Robinsona. Po walce mógłbym z nim pójść na kawę, jednak tylko do restauracji.

Do pojedynku zostało kilkadziesiąt godzin. Jak je pan spędzi?

- Mieszkam w hotelu, ale nie nudzę się. Myślę o walce, analizuję, przewiduję. Książek nie czytam, bo mnie usypiają. Wolę popatrzeć w telewizor. Ale nie oglądam filmów romantycznych. Wolę thrillery.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje