Reklama

Reklama

Deontay Wilder nowym mistrzem świata wagi ciężkiej

​Deontay Wilder został nowym mistrzem świata wagi ciężkiej federacji WBC. Podczas walki w Las Vegas pokonał na punkty broniącego tytułu reprezentanta Kanady Bermane'a Stiverne'a.

Blisko osiem lat temu Amerykanie stracili ostatniego mistrza świata wagi ciężkiej. Po tak długim okresie posuchy niemal wszyscy tamtejsi kibice zwrócili oczy w stronę Wildera (33-0, 32 KO), który dziś nad ranem zaatakował Stiverne'a (24-2-1, 21 KO) i należący do niego pas federacji WBC.

Reklama

Dwumetrowy niszczyciel wyszedł do ringu jako pierwszy i pomimo ogromnych oczekiwań wobec niego, wyglądał na rozluźnionego i wyjątkowo spokojnego. Potem pojawił się urodzony na Haiti reprezentant Kanady, dla którego była to pierwsza obrona tytułu. Obaj znani są z nokautujących ciosów, dlatego niektórzy spodziewali się bardzo szybkiego rozstrzygnięcia...

Stiverne pierwszą rundę rozpoczął od lekkiego pressingu. Spychał challengera, ale to właśnie on cofając się kontrolował pojedynek w pierwszych trzech minutach długim lewym prostym. To było tylko preludium przed rundą numer dwa!

Od samego początku "Brązowy Bombardier" polował na nokautujący cios z prawej ręki, lecz nie mógł się przedrzeć przez szczelną gardę czempiona. Nagle - pięć sekund przed końcem, jeden z jego ciosów doszedł do celu i od razu zrobił spustoszenie. Stiverne panicznie łapał się rywala, by sklinczować, a gdy zabrzmiał gong, chwiejnym krokiem wracał do narożnika.

Deontay nie podpalał się i w trzeciej odsłonie spokojnie kąsał od nowa lewym prostym, dalej polując prawą ręką na kończące uderzenie. Ale to nie przyszło, zaś w czwartej rundzie Stiverne radził sobie już coraz odważniej, powoli przejmując inicjatywę. Kiedy Deontay wyszedł do piątego starcia, wypłynął na szerokie wody, ponieważ jak dotąd żaden z jego rywali nie wytrzymał z nim tak długo. Amerykanin zrozumiał, że łatwo nie będzie i trochę spuścił z tonu, ale na finiszu znów się zerwał, zasypał mistrza potężnymi bombami, które ten jednak przyjmował na gardę bez zmrużenia oka.

Na początku szóstej rundy Bermane nareszcie trafił challengera na głowę - lewym sierpowym. Amerykanin kontrolował dalej sytuację, lecz kiedy zabrzmiał gong na przerwę, Stiverne rzucił mu na odchodne "Jesteś zmęczony". I rzeczywiście w siódmej odsłonie to on spychał Wildera do obrony. Poczuł się wtedy chyba zbyt dobrze, bo rywal nagle skontrował piekielnym prawym, po którym czempion przeleciał pół ringu i zatrzymał się dopiero na linach. Ale ustał ten cios oraz kolejne jakie na niego spadły, jak na prawdziwego mistrza wszechwag przystało.

W ósmym starciu pretendenta dopadł chyba lekki kryzys. Zadawał mało ciosów, cofał się, a wyczuwający swoją szansę Haitańczyk z kanadyjskim paszportem skoncentrował się tym razem na obijaniu jego tułowia. Minuta przerwy dobrze zrobiła Wilderowi, bo w dziewiątej rundzie "odżył" i znów swoimi ciosami prostymi przejął kontrolę nad walką. Stiverne próbował, lecz w dziesiątej rundzie również był już wyczerpany i nie potrafił podkręcić tempa. Podobnie wyglądały następne trzy minuty i przed ostatnim starciem jasne było, że Stiverne chcąc obronić tytuł będzie musiał pokusić się o nokaut. Atakował z całych sił, lecz tych już nie zostało mu dużo w baku. Wilder z kolei nie robił nic poza obroną, mając w kieszeni pewne zwycięstwo. A gdy zabrzmiał ostatni gong, eksplodował z radości, jeszcze przed ogłoszeniem werdyktu. Sędziowie nie mieli wątpliwości i typowali na jego korzyść jednogłośnie - 118:109, 119:108 i 120:107.

Dowiedz się więcej na temat: Deontay Wilder | Bermane Stiverne | WBC

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje