Demolka w walce przyjaciela Nawrockiego. 88 sekund i nokaut. A później łzy w ringu
Kacper Meyna na szóstkę spisał się w roli murowanego faworyta walki z Maciejem Smokowskim na gali MIRRA Rocky Boxing Night w Sopocie. W pojedynku w wadze ciężkiej 26-latek nie dał najmniejszych szans dotąd niepokonanemu rywalowi. Ekspresowo rzucił go na deski, a po chwili po raz drugi i pojedynek zakończył się nokautem już w pierwszej rundzie. Na torsie Meyny zawisły dwa pasy: WBC Baltic oraz mistrza Polski.

- Do tej walki jestem bardzo dobrze przygotowany. Przyszła chyba wręcz życiowa forma, lepsza niż do walki z Kownackim, więc będzie ciekawie - zapewniał w rozmowie z Interią 26-letni Kacper Meyna (16-1, 10 KO), wielki faworyt starcia z 37-letnim Maciejem Smokowskim (7-1, 2 KO) w Hali 100-lecia Sopotu.
Ekspresowy nokaut. Meyna demoluje rodaka w Sopocie
Polak ma ambicje, aby być postrzegany jako aktualnie najlepszy pięściarz kategorii ciężkiej w naszym kraju, a jego najgroźniejszym rywalem w tym wyścigu jest Damian Knyba. Ten już 10 stycznia w Niemczech stanie przed szansą wywalczenia tytułu tymczasowego mistrza świata.
Walka Meyna - Smokowski odbywała się w ramach meczu, pomiędzy dwiema grupami zawodowymi Rocky Boxing Promotion oraz Babilon Promotion. Właścicielem pierwszej jest Krystian Każyszka, a drugiej Tomasz Babiloński. W stawce pojedynku znalazły się dwa pasy: WBC Baltic oraz mistrza Polski w wadze ciężkiej.
Faworyzowany pięściarz zapowiadał, że istnieje duża szansa, iż w pobliżu ringu pojawi się jego przyjaciel - prezydent RP Karol Nawrocki. Zastrzegał jednak, że z uwagi na obowiązki związane z rocznicą stanu wojennego, głowa państwa może nie zdążyć przyjechać z Warszawy do Trójmiasta.
Pojedynek rozpoczął się spektakularnie, Meyna już w 30 sekundzie tego starcia rzucił Smokowskiego na deski. Na głowę mało doświadczonego pięściarza spadł mocny prawy sierpowy, po którym padł na matę. Pięściarz z Gołubia poczuł, że to jest szansa, aby bardzo szybko zakończyć robotę. I przystąpił do ofensywy.
Smokowski jeszcze próbował odważnie się postawić, ale przewaga Meyna była zdecydowana. Dopadł przeciwnika w narożniku, zasypał gradem ciosów, po których boksujący z odwrotnej pozycji zawodnik ponownie znalazł się na deskach. Z trudem podniósł się na "dziewięć", ale sędzia ringowy słusznie przerwał ten pojedynek w pierwszej rundzie. Wszystko zakończyło się po 1 minucie i 28 sekundach.
Gdy przyszedł czas na zwyczajowy wywiad w ringu, Meyna wyraźnie się wzruszył, a następnie popłynęły mu łzy. - Na dzień dobry chciałbym pozdrowić... (chwila ciszy). Pozdrowić ciocię Lusię, która zawsze tu była, a teraz nie może. Ja wygrałem walkę, teraz cioci kolej - z trudem dokończył tę przemowę pięściarz. W walce był bezwzględny, a tu pokazał zupełnie inne oblicze. Natomiast odnosząc się do samego pojedynku, czy spodziewał się tak szybkiego zakończenia, odparł:
- Na pewno nie planowałem nokautu w pierwszej, drugiej, czy trzeciej rundzie. Myślałem, że bliżej piątej. Nie wiedziałem, że tak szybko zadam taki prawy, który szybko go wywrócił - mówił szczęśliwy zwycięzca.
A następnie, za sprawą reportera Polsatu Sport, obaj nawiązali do ostatniego wywiadu w Interii, w którym Meyna opowiadał o tym, że w ostatnim czasie niepotrzebnie angażował się w swój wyuczony zawód, czyli "bawił się" w murarza. Jeśli chodzi o sportowe plany, to co teraz?
- Moja kolejna walka na pewno będzie w marcu, którego dokładnie, tego jeszcze nie wiem. Promotor męczy i "szczypie" Łukasza Różańskiego, ale czy ta walka wyjdzie, to czas pokaże. Zobaczymy, czy druga strona się zgodzi - zakończył zawodnik.











