Reklama

Reklama

Dariusz Snarski najstarszym czynnym polskim bokserem

Blisko 49-letni Dariusz Snarski (33-32-2, 7 KO) wrócił jako najstarszy w historii naszego boksu czynny zawodnik i pięknie zakończył swoją karierę efektownym zwycięstwem nad Richardem Walterem (6-8-1, 5 KO) podczas gali, która odbyła się w Białymstoku, którą zresztą sam ją zorganizował.

Białostocki trener i promotor raz jeszcze, podobno ostatni, dał się skusić i założył rękawice. I nie tylko wygrał, ale wygrał w sposób spektakularny. Gdy zegar pokazywał pół minuty "Snara" zranił przeciwnika prawym krzyżowym. Nie podpalał się jednak i konsekwentnie robił swoje. Na początku trzeciej minuty pierwszej rundy strzelił prawym sierpowym na szczękę, posyłając Czecha na deski. Rywal powstał na osiem, chciał odpowiedzieć, ale nadział się na kolejny prawy sierpowy i było po wszystkim!

Reklama

- To miał być koniec, ale widzę, że jeszcze mogę trochę poboksować, więc być może na pięćdziesiątkę jeszcze dam się namówić. Choć będzie to raczej pokazowy pojedynek, niż taki jak ten dzisiaj - powiedział po wszystkim olimpijczyk z Barcelony z 1992 roku.

Dotychczas najstarszym polskim aktywnym pięściarzem był Przemysław Saleta, który walcząc z Tomaszem Adamkiem, miał ponad 47 lat.

W walce wieczoru Tomasz Mazur (8-1-1, 2 KO) zanotował najcenniejsze zwycięstwo w karierze, pokonując dawnego mistrza Europy, Siergieja Guliakiewicza (43-9, 17 KO). Nie był to jednak porywający spektakl.

W pierwszej rundzie Białorusin zaskoczył Polaka kombinacją lewy sierpowy-prawy krzyżowy. Od drugiej nieznaczną przewagę zaczął przejmować podopieczny Snarskiego, ale na półmetku - pomimo ostrzeżenia za przetrzymywanie, Guliakiewicz złapał swój rytm, lepiej dystansował i pojedynczymi ciosami z doskoku trafiał podrażnionego Tomka, który momentami tracił chłodną głowę i dawał się wciągać rywalowi w jego grę. Potem na szczęście opanował emocje i wrócił do gry.

W dziewiątym starciu Guliakiewicz został ukarany odjęciem drugiego punktu. Trochę po gospodarsku. Gdy zabrzmiał ostatni gong można było odnieść wrażenie, że Tomek nie dał z siebie wszystkiego, nie oddychał wcale ciężko i mógł trochę bardziej podkręcić tempo. Sędziowie punktowali 97:93, 96:96 i 98:94 - stosunkiem głosów dwa do remisu zwyciężył Polak.

Paweł Wierzbicki (3-0, 2 KO) dopisał do swojego rekordu kolejne zwycięstwo, ale to wciąż nie jest to jeszcze to, czego po nim oczekujemy. Bo przecież swego czasu poprzeczkę zawiesił naprawdę wysoko.

Naprzeciw niego stanął dziś Aleksander Niachajczyk (1-1). Białorusin na samym początku rzucił się na "Wierzbę", trochę go w ten sposób zaskoczył, lecz po chwilowym szturmie wszystko wróciło do normy i wielokrotny mistrz naszego kraju przejął inicjatywę. W końcówce drugiej rundy podopieczny Tomasza Potapczyka najpierw trafił mocnym prawym sierpem na górę, poprawił prawym hakiem na korpus i rywal przyklęknął, dając się policzyć do ośmiu.

Potem niestety Paweł niepotrzebnie nastawiał się na jedno nokautujące uderzenie, co wniosło sporo chaosu do jego boksu. W zwarciu kilka razy uderzył też w tył głowy, choć akurat na to sędzia Grzegorz Molenda nie reagował. Po ostatnim gongu sędziowie punktowali na korzyść Wierzbickiego 40:35 i dwukrotnie 39:36.

Przez dwadzieścia sześć miesięcy Kamil Łaszczyk (24-0, 8 KO) stoczył zaledwie dwie walki. Teraz wrócił po kontuzji Achillesa i długiej rehabilitacji, wygrywając na ringu w Białymstoku. Widać jednak było rdzę w jego boksie.

Rywalem "Szczurka" był Andriej Nurczyński (9-22-5, 7 KO). Białorusin od początku nastawił się z góry na defensywę i rzadko odsłaniał się zza podwójnej gardy. Kamil wyraźnie górował, choć brakowało tego błysku, jaki prezentował dawniej. Ale po takiej przerwie to chyba naturalne.

Wrocławianin od końcówki drugiej rundy coraz częściej bił na korpus, dzięki czemu w piątej odsłonie kilka razy trafił w końcu również na górę. W ostatnim, szóstym starciu, Łaszczyk podkręcił tempo, jednak do wygranej przed czasem zabrakło mu kilku minut więcej. Po ostatnim gongu sędziowie nie mogli mieć wątpliwości i zgodnie punktowali 60:54.

To było dobre przetarcie przed listopadowym wypadem na Węgry, gdzie Kamil ma boksować o wakujący pas Unii Europejskiej w wadze piórkowej. Dziś na samym finiszu po przypadkowym zderzeniu głowami Polakowi pękł lewy łuk brwiowy, jednak rozcięcie nie jest głębokie i na 11 listopada "Szczurek" powinien być gotowy.

- Byłem spięty w ringu i na pewno nie jestem zadowolony z tego, co dziś pokazałem. Nie biłem ciosów z luzu, trzeba więc wrócić na salę i dalej ostro trenować - powiedział po zejściu z ringu Kamil.

Dowiedz się więcej na temat: Dariusz Snarski | Tomasz Mazur

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje