Ciężka choroba polskiej legendy. Selekcjoner reaguje. "Zaszkliły mi się oczy"
Redaktor Janusz Pindera, ceniony dziennikarz i komentator, toczy obecnie swój najważniejszy pojedynek w życiu, po chorobie, o której poinformowała jego córka, Anna. W zastępstwie taty odebrała przyznaną mu Nagrodę im. Bohdana Tomaszewskiego dla najlepszego dziennikarza sportowego 2025 roku. "Wierzę, że spełnię moje największe, dziennikarskie marzenie i będę mógł skomentować polski złoty medal w boksie na najbliższych igrzyskach olimpijskich" - czytała jego słowa. Interia skontaktowała się z trenerem polskiej kadry, a oto odpowiedź.

Wydarzenie, o którym mowa, odbyło się w Tatrze Polskim w Warszawie, które było sceną dla gali finałowej XXIX Konkursu Grand Press 2025. W pewnym momencie przyszedł czas na jeden z laurów specjalnych, a mianowicie nagrodę im. Bohdana Tomaszewskiego, śp. znakomitego dziennikarza i nieodżałowanego komentatora. Słowem - starszego kolegi, a w zasadzie mistrza dla ogłoszonego laureata.
Tomasz Dylak odpowiada na pragnienie Janusza Pindery. Wzruszające
Jury w kilkuosobowym składzie zdecydowało, że zaszczytne wyróżnienie zostanie przyznane redaktorowi Januszowi Pinderze. Znawca wielu dyscyplin sportu, obecnie najbardziej znany z komentowania gal boksu olimpijskiego i zawodowego, 7 listopada wkroczył w 70. rok życia. Niestety jego aktywność zawodową zastopowała ciężka choroba. Córka Anna poinformowała o udarze, a syn patrona nagrody, Tomasz Tomaszewski, w rozmowie z Interią dodał, że mistrza słowa i pióra z nóg ściął także wylew.
Córka redaktora wytrzymała próbę emocji i bardzo ładnie, czego jej tata by się nie powstydził, odczytała krótką przemowę, przygotowaną przez pana Janusza. W jednym z fragmentów, jak na człowieka sportu z krwi i kości przystało, redaktor rzucił wielkie wyzwanie chorobie.
"Żałuję, że nie mogę podziękować osobiście i spotkać się z państwem tego wieczoru, niestety obecnie toczę walkę o powrót do zdrowia po udarze. Wierzę jednak, że powrócę do mojej największej pasji, czyli komentowania wielkich walk bokserskich. I że spełnię moje największe, dziennikarskie marzenie i będę mógł skomentować polski złoty medal w boksie na najbliższych igrzyskach olimpijskich. Życzę tego z całego serca sobie, polskiemu pięściarstwu i polskiemu sportowi" - zapowiedział nieustępliwą walkę.
W reakcji rozległa się burza zasłużonych braw, a Interia podążyła tropem redaktora i skontaktowała się z Tomaszem Dylakiem, trenerem kadry narodowej kobiet w boksie. To właśnie ten szkoleniowiec, nie od rzeczy nazywany nowym "Papą" Stammem, doprowadzając do spektakularnego rozkwitu rodzimego boksu pań, osiągnął już gigantyczny sukces. Razem z Julią Szeremetą w Paryżu sięgnęli po wicemistrzostwo olimpijskie, co było przełamaniem niemocy trwającej od 32 lat!
"Granice? Nigdy żadnych nie widziałem, ale słyszałem, że istnieją. Tylko niemożliwe jest warte wysiłku!" - te dwie dewizy oddają to, jakim człowiekiem jest Dylak. Krótko mówiąc, celem selekcjonera jest złoty medal w Los Angeles. Plan minimum to dwa medale, a plan (nie tylko marzenia) sięgają wywalczenia w Ameryce Północnej trzech "krążków". A jeśli chcecie znacznie lepiej poznać szkoleniowca młodego pokolenia, ostatnią rozmowa z Interią jest doskonałą lekturą - więcej TUTAJ!
Chcąc dodać animuszu Januszowi Pinderze, zakłóciłem wakacyjny mir trenerowi Dylakowi, zapoznając go ze słowami redaktora Pindery. I z prośbą, by się do nich odniósł. Na reakcję "szefa" kobiecego boksu nie musiałem długo czekać.
- Przeczytałem słowa Pana Janusza i zaszkliły mi się oczy. Zrobiłem screen, by sobie przypominać, że nie walczymy tylko dla siebie. Nie pamiętam, by w ostatnim czasie coś tak mocno mnie zmotywowało. Wiem, że złoty medal olimpijski to najcięższe zadanie dla sportowca i trenera, ale wierzę głęboko, że jesteśmy w stanie tego dokonać. W moich wizjach już pojawił się obraz wzruszonego Pana Janusza mówiącego: "właśnie spełniło się moje największe marzenie w życiu!", a obok komentujący wspólnie z nim Piotr Jagiełło dopowiedziałby: "Panie Januszu, oni to zrobili! Dokonali tego co kilka lat temu było niemożliwością!" - napisał mi Tomasz Dylak.
Ale to nie wszystko. W dwóch ostatnich zdaniach dodał:
- Mam ogromny szacunek do Pana Pindery, od dziecka jego głos towarzyszył mi w moim życiu, od paru lat dzwonimy do siebie i nawet gdy jest w szpitalu mam z nim kontakt. Mogę obiecać, że zrobię wszystko co tylko mogę, by marzenie Pana Janusza się spełniło! - zapowiedział szkoleniowiec.
Artur Gac













