"Byłem największym sportowym idiotą w Polsce. Mam łzy w oczach"
Swój talent utopił w alkoholu, wydalony z obozu kadry przez Feliksa Stamma. Wystarczyło, że na chwilę odstawił wódkę i papierosy, wtedy potrafił wygrywać, w dodatku efektownie. Uważa, że jest autorem najszybszego nokautu w historii. Obecnie leczy się na raka, lecz nie zaniechał aktywności fizycznej i wciąż może pochwalić się nienaganną sylwetką. - Jak dzisiaj się nad tym wszystkim zastanawiam, to przecież ja byłem największym sportowym idiotą w Polsce. Często nad tym myślę i czasami mam łzy w oczach. Jak ja mogłem tak zmarnować swój talent? - mówi w rozmowie z Interią 82-letni Henryk Szymkowiak, wicemistrz Polski w boksie z 1965 roku, który dwa lata później przeniósł swoje życie do Szwecji. Jego syn Stefan pracuje dla Mike'a Tysona.

Artur Gac: Panie Henryku, tym bardziej dziękuję za zielone światło na rozmowę, że zdradził pan, iż jest chory. Z czym się pan zmaga?
Henryk Szymkowiak: - Zachorowałem na raka. Mam nowotwór na jelitach i przerzut na płuca. Jestem teraz na chemii i po tym, jak przyjmuję dawkę leków, czuję się źle. Przy czym polip na jelicie grubym zmniejszył się o 50 procent, z kolei plama na płucu, która miała półtora centymetra średnicy, również zmalała o połowę.
To wspaniale.
- Lekarze są na dobrej drodze, ale wiem jedno: ja do zdrowia już nigdy nie wrócę, tylko będą przedłużać mi możliwości życia. Aha, ustalmy jedno. Żaden "pan Henryk", jestem Henryk. Zwracaj się do mnie po imieniu.
Dobrze, spróbuję się zastosować. W każdym razie remisja twojej choroby bardzo cieszy. Na takie wieści każdy pacjent czeka.
- Oczywiście, jak najbardziej. Natomiast sama lekarka mi nadmieniła, że w pełni zdrowy już nie będę, ale służba zdrowia w Szwecji zrobi wszystko, co w jej mocy, żebym miał przed sobą jeszcze trochę życia.
Jak długo chorujesz?
- Wszystko zaczęło się jakoś na przełomie marca i kwietnia tego roku. Poszedłem do lekarza, w sumie nawet do polskiego, o imieniu Marek. Przebadał mnie i stwierdził, że to jest zwykły polip, ale wysłał mnie do uniwersyteckiej placówki, aby ta zmiana tkankowa została wycięta i będzie z głowy. Tam okazało się, że tak zwane macki tego polipa były już rozsiane trochę dalej, na długości kilku centymetrów. Dlatego zapadła decyzja, że nie będzie chirurgicznego usuwania. I od tego momentu wszystko się zaczęło. Nie licząc czasu po chemii, generalnie czuję się dobrze. Prawie codziennie trenuję, a na trening jadę rowerem prawie osiem kilometrów. Natomiast w dniu naszej rozmowy odczuwam przyjęcie chemii, dlatego zastanawiałem się, czy jej nie odłożyć. Można by było powiedzieć, że czuję się trochę mętny.
Jaka jest ta starość? Takiej się spodziewałeś?
- Oj, kochany… Pierwsza rzecz jest taka, że popełniłem w moim życiu duży błąd, iż jako niespodziewany talent… Kiedyś sam Feliks Stamm powiedział do mnie: "Henryk, ty nigdy nie zmądrzejesz". Bo ja zostałem wydalony z obozu za nadużywanie alkoholu. Byłem głupim chłopakiem. Niemniej, gdy już trafiłem do Szwecji, zostałem w złym kraju. Mój plan ucieczki z Polski zaczął się realizować 11 stycznia 1967 roku, a decydując się na Szwecję brałem pod uwagę, że ten kraj posiadał mistrza świata wagi ciężkiej. Liczyłem na dobre warunki. I okay, robotę dostałem, przez osiem godzin pracowałem w spawalni, a dopiero wieczorem mogłem pójść na trening. Mój przyjazd do Szwecji był dużą tragedią.
W swoim wyobrażeniu jaki miałeś zamysł?
- Postawiłem na Szwecję, bo tutaj chciałem przejść na zawodowstwo. W ówczesnej Polsce profesjonalny boks w ogóle nie wchodził w grę, tamten ustrój tego zabraniał. Podobne plany mieli choćby Jurek Kulej i Zbyszek Pietrzykowski, ale Polski Związek Bokserski na to nie pozwalał. Dlatego myślałem w ten sposób: jeśli ja wyjadę i wytrwam bez alkoholu i papierosów, to wiem, na co mnie stać. Byłem silny jak koń, miałem uderzenie wagi średniej, a do tego mańkut, czyli boksowałem z niewygodnej pozycji. Boksersko miałem wszystko, co potrzeba, aby wypłynąć na skalę światową.
Pod jednym ze zdjęć, które publikujesz w mediach społecznościowych, napisałeś takie zdanie: "Uważam, że miałem duże szanse być sławny jak Mike Tyson, żeby ALKOHOL nie był taki tani za czasów komunistycznych".
- Dokopałeś się do czegoś takiego? Cena to tylko jedna strona medalu, mnie ludzie stawiali. Wszedłem do restauracji, obojętnie gdzie, w swoim Grudziądzu, czy w Gdańsku, to od progu byłem zapraszany na alkohol. A ja nie potrafiłem odmówić i tutaj był cały problem. Nie byłem czystym sportowcem, żeby móc powiedzieć: dziękuję bardzo, ja trzymam się z daleko od takich butelek.
Mistrz olimpijski Marian Kasprzyk, który też miał problemy z alkoholem, ale także inni pięściarze tamtej generacji opowiadali mi, że wręcz w złym tonie było odmawianie. "O patrz, jaki asior, z nami już się nie napije" - podobno tak komentowali znajomi od kieliszka.
- Sto procent racji, Marian miał tak samo, przy czym różnica między nami była zasadnicza. Marian zrobił coś wspaniałego, zdobywając złoty i brązowy medal igrzysk olimpijskich. Większych zasług dla kariery sportowca nie potrzeba.
Coraz mniej czasu zostało do mojej walki z Gwardią Wrocław, gdzie boksował Leszek Ciuka. Na sparingach robiłem go jedną ręką, dlatego tak go zlekceważyłem, gdy cinkciarze złożyli zaproszenie. Trzeba było postąpić tak, jak Brunon, który po kolacji w hotelu pojechał do domu. A ja, idiota, zostałem, bo piłem, aż wyschło w butelkach. I przyszła walka z Ciuką, przegrywam, a do tego w trzeciej rundzie ląduję na deskach. Tragedia… Mało tego, kelner, który stawiał, poszedł na mnie donieść i zostałem zawieszony na miesiąc. Dlatego tak ambicjonalnie podszedłem do walki, którą miałem dwa miesiące później. „Nie mogę nawalić” – powtarzałem sobie. Jana Modrzakowskiego, czyli pogromcę Jurka Kuleja i Józia Grudnia, znokautowałem w pierwszej rundzie.
Więc na czym między wami polegała zasadnicza różnica? Inny z wirtuozów boksu, Jerzy Kulej, także nie stronił od alkoholu, również miał bardzo burzliwy życiorys, a został dwukrotnym mistrzem olimpijskim.
- Największa różnica między nami polegała na tym, że oni w pewnych okresach, powiedzmy przez trzy miesiące, potrafili prowadzić się czysto. A u mnie to nie było możliwe, jak nie piwo, to piłem kielicha. Wrócę do 1964 roku, Bydgoszcz, mistrzostwa Polski. Jestem w życiowej formie, absolutnie w życiowej. Dzisiaj jeszcze żyją ludzie, którzy oglądali nasze kilkudniowe sparingi na otwartym powietrzu. Wszystkich kładłem na matę lewym sierpem. Był taki Romek, z którym wygrałem w finale Mistrzostw Pomorza, dobry i trochę starszy ode mnie chłopak, dalej Rysiu Petek klękał, Janowicz też klękał. Byłem w życiowej formie! I teraz tak, pułkownik Wasilewski, który był kierownikiem całej ekipy, mówi: "no, Henryk, sparuj z Henrykiem Uczyńskim z wagi ciężkiej". Więc jadę z nim, pach, jak mu strzeliłem lewym sierpem, to gdyby nie liny, pan Uczyński z brzuszkiem usiadłby w narożniku. Jednak walka trwa dalej i w końcu on strzelił lewym sierpem tak, że mocno rozwalił mi wargę, a sparowałem bez szczęki ochronnej. Szycie, szpital i nie mogłem wystartować w mistrzostwach Polski. Wychodząc ze szpitala smutek poszedłem zalać alkoholem. Weszliśmy do restauracji i wypiłem kilka kielichów.
Miałeś choć jeden okres dłuższej abstynencji?
- Tak, zaraz po tym, jak w styczniu dołączyłem do wojska. Wówczas bodaj przez pięć-sześć miesięcy nie tknąłem ani alkoholu, ani papierosa. W drugiej lidze prawie każdą walkę wygrywałem przed czasem. Właściwie mogę nawet powiedzieć, że zrobiłem być może najszybszy nokaut świata, a poświadczyć mógłby to jeszcze żyjący, choć też poważniej chory sędzia Czesław Kujawa z Bydgoszczy. Niejaki Wiśniewski z Widzewa Łódź po rozpoczęciu walki prosto poleciał na mnie. Ja zrobiłem tylko drobne odchylenie i wystrzeliłem lewym sierpem, który spowodował u niego ciężki nokaut.
Miałeś kiedyś taką szczerą rozmowę, od serca, z najwybitniejszym trenerem Feliksem Stammem?
- Tak. To było wtedy, gdy wydalał mnie z obozu w Cetniewie. Raz wróciłem do hotelu w nocy, a kolejnym razem rano. Trener Stamm stał w oknie, przywołał mnie, a później na apelu wywalił mnie ze zgrupowania. "Szymkowiak, ty jesteś niepoprawny, do domu z tobą" - usłyszałem. Szczerze mówiąc, ja w tamtych latach nigdy nie zmądrzałem.
Wiedząc, że masz taki talent i smykałkę do boksu, aż trudno uwierzyć, że popełniałeś błąd za błędem. Wielkiej kariery pozbawiłeś się na własne życzenie?
- Sto procent tak. Liczyłem, że karta odwróci się w Szwecji, ale nic z tego. Łącząc boks z pracą stoczyłem pięć walk zawodowych, każdą z nich wygrałem, w tym jedną przez nokaut, ale nigdy nie doszedłem do swojej najlepszej formy. Oceniam, że boksowałem góra na 50 procent, a tamtych przeciwników powinienem zmiatać w około 30 sekund. Dłużej nie powinni być w ringu.
Jak to tłumaczysz?
- Do dziś nie mam pojęcia. Nie piłem, tylko pracowałem i trenowałem, a nie mogłem dojść do formy. Kondycję miałem świetną, a za tym nie szła dyspozycja w ringu. Gdybym miał spekulować, prawdopodobnie brakowało mi sparingów. Pewnego razu mój promotor wysłał mnie do Sztokholmu, bym sparował z mistrzem Europy wagi lekkośredniej. Był bardzo silny i zgrywał wielkiego gieroja, a przede wszystkim mocno mnie lekceważył. Z kolei ja, oglądając wiele jego walk i wiedząc, że jest chaotyczny, w ringu zgrywałem tchórza. Leciał na mnie swoimi słynnymi cepami, miał je okrutne, ale ja odpowiedziałem podobnym nokautem, jak w walce z Wiśniewskim. Lekko odskoczyłem, zszedłem ciałem w lewą stronę i wystrzeliłem sierpem. Wokół ringu wielu było redaktorów, ale na drugi dzień w gazecie nie było żadnego zdjęcia (śmiech). Mały wycinek mam do dzisiaj, choć chce mi się śmiać, bo redaktor użył określenia, że Szwed dostał tylko małe, niewinne trafienie.
Wróćmy do twojej szczerości. W innym miejscu, na wpis jednej z osób, która wręcz nie dawała wiary, że tak mocno zniewolił cię alkohol, napisałeś następująco: "Żartujesz. W 1962 roku trenowałem cztery miesiące, byłem chyba w olimpijskiej formie, ale w dzień wyjazdu zapiłem pięć butelek wina z Henrykiem Mielczewskim. Trochę wstydzę się pisać o takich sprawach, ale to prawda. To było w kawiarni Tęcza". Mówimy o wydarzeniach wokół mistrzostw Polski.
- My byliśmy mistrzami Pomorza. Zbiórkę mamy w Bydgoszczy, a obaj jesteśmy "grudziądzakami". Autobus odjeżdża około południa, a kawiarnia była otwierana o godz. 9 rano. Umówiliśmy się, że spotkamy się tam na kawie i stamtąd pójdziemy na dworzec. Gdy weszliśmy do środka, byli tam już kibice, którzy nas znali. I pili wino. Zapytali się, czy napiję się z nimi, więc nie odmówiłem. I parę butelek poszło. Do Bydgoszczy dojechałem nie pijany, ale byłem podchmielony. Od razu poszedłem umyć zęby, żeby zniwelować oddech, a z trenerem Zawiszy Kaźmierczakiem prawie nawet nie rozmawiałem, tylko zamieniłem kurtuazyjne zdanie. I wsiedliśmy w pociąg do Rzeszowa, gdzie odbywały się zawody. Zacząłem pięknie, nawet pierwszy raz w życiu posadziłem rywala na deski prawym prostym. I poczułem, że mam się świetnie. Jednak w drugiej walce trafiłem na Sergiusza Mazurka i, powiem szczerze, trochę stchórzyłem. Mimo wszystko zaraz po pojedynku Stanisław Cendrowski i Jurek Kulej podeszli do mnie z gratulacjami, otrzymałem z ich ust znaczną pochwałę, ale ostatecznie werdykt punktowy był na korzyść zawodnika Legii.

Wtedy po złoty medal w kategorii półśredniej (do 67 kg) sięgnął Józef Kut z Wybrzeża Gdańsk. Większość kariery przeboksowałeś w tej dywizji wagowej?
- Bywało różnie, walczyłem w kategorii półśredniej lub jedną wyżej, czyli lekkośredniej, do 71 kg.
W Szwecji bardzo szybko na twojej przeszkodzie stanął też wprowadzony przepis. Od 1970 roku wprowadzono zakaz uprawiania boksu zawodowego, który obowiązywał aż przez 37 lat, do 2007 roku.
- Zgadza się. Było nas raptem chyba tylko pięciu chłopaków, którzy boksowali zawodowo, a mimo to podjęto taką decyzję. Przeszkadzało to szwedzkim politykom. Do dzisiaj nie mogę tego zrozumieć.
Tłumaczono to tym, że boks zawodowy wywołuje uszczerbek na zdrowiu?
- Tak, chodziło tylko o kwestia zdrowotne.
Była w tobie wola, by z pięcioma zwycięstwami spróbować przenieść się do innego kraju i tam kontynuować karierę?
- Teoretycznie była szansa wyjechać do Stanów Zjednoczonych, lecz nie miałem tam nikogo, by na początku zakotwiczyć. Nie zapomnę też spotkania w Szwecji, już w innych okolicznościach, gdy z kadrą przyjechał trener Stamm, a ja odebrałem chłopaków na lotnisku. Tylko się przywitaliśmy i Felek od razu skierował do mnie słowa: "Szymkowiak, w Szwecji nic nie zdziałasz. Stąd trzeba uciekać". Ale wiesz, ja wtedy byłem już żonaty, więc sprawa była nieco bardziej skomplikowana. Myślałem, że jedyną szansę na drugą w życiu ucieczkę daje Ameryka, może Anglia, ale ostatecznie żadnego ruchu nie wykonałem. Raz poznałem pewnego trenera, który dał mi nadzieję na pomoc, ale w końcu się do mnie nie odezwał. Może trzeba było też zwrócić się do trenera Stamma, ale nie wyglądało to wtedy tak prosto, jak z dzisiejszej perspektywy.
Jakim człowiekiem był najwybitniejszy trener w dziejach polskiego boksu "Papa" Stamm?
- Przede wszystkim był ogromnie dobrym taktykiem i potrafił przygotować swojego zawodnika pod konkretnego przeciwnika. Powiedziałbym, że był filozofem boksu. Nie jestem w stanie powiedzieć o nim niczego negatywnego. Był także bardzo dobrze zorientowany w przeciwnikach, miał dobrą pamięć.
Wobec wszystkich perypetii, zwłaszcza tych na własne życzenie, najważniejszym sukcesem w twojej karierze pozostał tytuł wicemistrza Polski, wywalczony w Krakowie w 1965 roku?
- Najpierw w juniorach w 1960 zostałem wicemistrzem Polski, a później faktycznie najcenniejsze podium zaliczyłem w Krakowie, już w seniorach. W finale przegrałem z Sylwestrem Kaczyńskim. Jednak równocześnie podobnie cenię sobie pięć wygranych walk zawodowych, pomimo że zawodnicy nie powinni byli wytrwać ze mną długo, gdybym był optymalnie przygotowany.
Są ludzie, którzy opowiadając o swojej niechlubnej przeszłości, mają skłonność do jej relatywizowania i usprawiedliwiania się na siłę. Ty mówisz wprost, że byłeś głupi.
- Oj tak, okropnie nierozsądny… Razu pewnego, przed walką z Jurkiem Kulejem, trener Kaźmierczak mówi mi tak: "Henryk, ty jesteś jedynym bokserem w Polsce, który może dać Jurkowi dobry wpierdziel. Jedynym". Miałem uderzenie nie gorsze od Jurka, a również byłem sprytny. Byłem wtedy w Zawiszy Bydgoszcz i miałem pourazowe zapalenie stawów. Leżałem w Toruniu 14 dni, nie trenując, a jednocześnie delikatnie popijając za sprawą kibiców, którzy przychodzili w odwiedziny. Byłem sto procent pewny, że nie jadę na żaden mecz do Gwardii Warszawa. Codziennie w duży palec lewej nogi dostawałem kortyzon, spuchnięta była jak jasny pieron. Zacząłem trenować na jednej nodze i czułem, że nie nadaję się walczyć z Gwardią. A tu mnie motywują, że dam sobie radę. No nic, musiałem jechać. Tam podchodzę do Jurka i mówię mu, że nie mogę przyjąć otwartej walki, bo leżałem w szpitalu. "Jak nie będziesz chciał mi zrobić krzywdy, to będziemy sparować" - odparł Jurek. I tak wyglądała nasza walka, wymienialiśmy się ciosami prostymi boksując z odwrotnych pozycji, ale w narożniku zostałem ochrzaniony, że markujemy pojedynek. My jednak kontynuowaliśmy ten styl, aż się przeliczyłem. Najpierw trener ostrzegł, że mnie podda, po czym uczynił to na finiszu trzeciej rundy, dziesięć sekund przed zakończeniem walki.
Po jaki alkohol najczęściej sięgałeś?
- Po każdy, jaki stawiali. W restauracjach czy kawiarniach przeważnie pili "czystą". Wino piłem rzadko, rządziła gorzałka. Przypomniałem sobie jeszcze taką historię… Wygrałem z kimś walkę i zostałem zaproszony do Grand Hotelu w Sopocie, tydzień przed kolejnym pojedynkiem. Mnie i Brunona Bendiga cinkciarze zaprosili na urzędowanie. Było ono tak słone, że budzę się rano, a w kieszeni nie mam ani grosza. Wydałem wszystko. Kaca mam światowej wielkości, ale nie mam pieniędzy nawet na bilet na kolej, więc idę pieszo do Gdańska. Pomyślałem sobie, że pojadę do kolegi Gerarda, który prowadził słynny salon fryzjerski w Oruni. Wsiadłem więc w taksówkę, o świcie postawiłem Gerarda na nogi, który zapłacił rachunek, a później się z nim rozliczyłem. Tymczasem coraz mniej czasu zostało do mojej walki z Gwardią Wrocław, gdzie boksował Leszek Ciuka. Na sparingach robiłem go jedną ręką, dlatego tak go zlekceważyłem, gdy cinkciarze złożyli zaproszenie. Trzeba było postąpić tak, jak Brunon, który po kolacji w hotelu pojechał do domu. A ja, idiota, zostałem, bo piłem, aż wyschło w butelkach. I przyszła walka z Ciuką, przegrywam, a do tego w trzeciej rundzie ląduję na deskach. Tragedia… Mało tego, kelner, który stawiał, poszedł na mnie donieść i zostałem zawieszony na miesiąc. Dlatego tak ambicjonalnie podszedłem do walki, którą miałem dwa miesiące później. "Nie mogę nawalić" - powtarzałem sobie. Jana Modrzakowskiego, czyli pogromcę Jurka Kuleja i Józia Grudnia, znokautowałem w pierwszej rundzie. Rzuciłem go trzy razy na deski i sędzia przerwał pojedynek. Byłem przygotowany, jak do olimpiady, a potrzebowałem tylko dwa miesiące nie pić i nie palić. Jak dzisiaj się nad tym wszystkim zastanawiam, to przecież ja byłem największym sportowym idiotą w Polsce. Prawda?
Chyba nie zaprzeczę.
- Często nad tym myślę i czasami mam łzy w oczach. Jak ja mogłem tak zmarnować swój talent? Stać mnie było naprawdę na dużo, ale nie szedł za tym mój rozum. Nie byłem wtedy jeszcze odpowiednio rozwinięty, by zdawać sobie sprawę z tego, co wyprawiam.
Byłeś rodzinnie skażony ciągotkami do alkoholu?
- Rodzice popijali sobie w soboty po pracy, ale delikatnie. Przy czym mój ojciec był bardzo pracowitym człowiekiem. Jemu nigdy nie zdarzyło się, by w niedzielę tak zapić, aby następnego dnia nie pójść do pracy. Mama czasami pracowała, czasami nie, ale alkoholowej rodziny nie miałem.
W rodzinnym mieście, w Grudziądzu, choć tak wiele szans zmarnowałeś i nie wykorzystałeś swojego potencjału, byłeś postrzegany jako lokalny bohater, czy średnio poważany?
- Raczej byłem normalnie traktowany, ale nie byłem jedynym, bo przecież z Grudziądza był Leszek Leiss, czyli pogromca Zbyszka Pietrzykowskiego, a także kilku innych chłopaków, jak m.in. Henryk Mielczewski. Mój problem polegał na tym, że jak wchodziliśmy do "Kolorowej", to człowiek dawał się zapraszać na alkohol. Więcej na alkohol niż na jedzenie.
Postawiłem na Szwecję, bo tutaj chciałem przejść na zawodowstwo. W ówczesnej Polsce profesjonalny boks w ogóle nie wchodził w grę, tamten ustrój tego zabraniał. Podobne plany mieli choćby Jurek Kulej i Zbyszek Pietrzykowski, ale Polski Związek Bokserski na to nie pozwalał. Dlatego myślałem w ten sposób: jeśli ja wyjadę i wytrwam bez alkoholu i papierosów, to wiem, na co mnie stać. Byłem silny jak koń, miałem uderzenie wagi średniej, a do tego mańkut, czyli boksowałem z niewygodnej pozycji. Boksersko miałem wszystko, co potrzeba, aby wypłynąć na skalę światową.
Kto, twoim zdaniem, jest najwybitniejszym polskim pięściarzem w historii? Niektórzy wskazują Jerzego Kuleja, inni Zbigniewa Pietrzykowskiego, sam "Papa" Stamm niesamowicie cenił sobie choćby wybitną klasę Zygmunta Chychły. Jak ty widzisz tę gradację?
- Ponieważ mieliśmy tak wielu wyśmienitych pięściarzy, ja nie potrafię wytypować "jedynki". Wspomniałeś Zygmunta Chychłę. Kiedyś, gdy mieliśmy okazję spotkać się w Gdańsku, zwrócił się do mnie słowami: "Szymkowiak, słyszałem że ty lubisz sobie…" i pokazał na szyję. Coś tam zacząłem się tłumaczyć, a on wtedy dodał: "jesteś wspaniałym talentem, nie rób tego". I nawet kogoś takiego, tak wyśmienitego człowieka, szczerego i uczciwego, nie posłuchałem. A wracając do twojego pytania, można mnożyć kolejne nazwiska. Heniu Kukier, Jerzy Adamski, Zenon Stefaniuk, Tadeusz Walasek. My mieliśmy mnóstwo wyśmienitych gwiazd, jak tu wybrać jego jednego?
Na licznych fotografiach widzę twojego syna, Stefana. Jak zaczęła się jego relacja z Mikiem Tysonem? Czy nadal pracuje u jednego z najbardziej rozpoznawalnych sportowców globu?
- Tak jest, wciąż jest jego pracownikiem, działa dla niego na co dzień.
A w jakim charakterze?
- Robi wszystko, zajmuje się jego gołębiami. I wozi go, bo Mike jeździ po całej Ameryce. W samym tylko Las Vegas Tyson ma setki gołębi, a żeby tym wszystkim się zaopiekować, to wymaga wiele pracy. Zarabia dość dobrze i jest zadowolony.
Formalnie jaką można przypisać mu rolę?
- Normalny, zwykłe pracownik, który robi wszystko, co Mike od niego żąda.
Trafiłem na króciutki filmik, na którym Tyson tak zwraca się do twojego syna: Hej Stefan. Gratuluję Ci stania się obywatelem amerykańskim, dzięki czemu możesz nas wozić bez obawy, że zostaniesz zatrzymany i odwieziony do innego kraju. Niech Bóg Cię błogosławi, bracie. Kocham Cię.
- (uśmiech) To bardzo miłe. Syn rzeczywiście ma obywatelstwo amerykańskie. Co więcej? Ma 57 lat i trzy córeczki. Kiedyś zadzwonił do mnie, gdy razem z Mikiem byli przy gołębiach. Dał mi go do kamery, a że wtedy Tyson był przed walką z Jakiem Paulem, krótko zwróciłem się do niego. Nie komunikuję się po angielsku, ale w kilku słowach powiedziałem, że życzę mu powodzenia, a on się serdecznie ucieszył i zaczął mi dziękować.
W jakich okolicznościach i kiedy zaczęła się praca syna u Tysona? Ktoś go polecił?
- Syn mieszka w USA od ponad 30 lat, a wyjechał razem z kilkoma znajomymi. I początkowo zajmował się różnymi pracami, po drodze poznawał różnych ludzi, aż doszedł do Tysona. Poznali się już bardzo dawno temu.
Jaka jest historia twojego zdjęcia z Tysonem?
- To było podczas mojej wizyty w Stanach cztery, może pięć lat temu. Pewnego dnia pojechaliśmy do Mike'a, a zdjęcie zostało wykonane przed jego domem. Miałem okazję zobaczyć te jego gołębie.
Z kim na co dzień dzielisz życie?
- Tylko z moją żoną, Urszulą. Ma polskie pochodzenie, bo jej mama była Polką, a ojciec Szwedem. W związku małżeńskim jesteśmy od 56 lat. Żona także jest chora na raka, oboje leczymy tę samą chorobę.
Za karierę bokserską szczerze się karcisz, ale na polu prywatnym to wielki sukces, dzielić z jedną osobą życie przez ponad pół wieku.
- To prawda, żonę mam wspaniałą. Innej bym sobie nie życzył (uśmiech).
Rozmawiał Artur Gac












