Reklama

Reklama

Byle jakie walki, byle była kasa

Cyklicznie, co cztery lata, igrzyska przypominają mi, że urodziłem się w złej epoce. Epoce, w której idee olimpijskie nijak mają się do zawładniętego pieniądzem świata sportu. W boksie zawodowym widać to jak na dłoni.

Obserwując zawodowy boks z perspektywy weekendowego kibica zauważam, że pięściarze i ich promotorzy stawiają na "jakoś". Jakoś to będzie, niech się tylko zgadza stan konta. Waga ciężka, przez lata wizytówka pięściarstwa, magnes przyciągający media, sponsorów i wielkie pieniądze zmieniła się w teatrzyk marionetek, w którym najmniej liczy się zainteresowanie i opinia kibiców. Sporo racji jest w tym, że próżno znaleźć obecnie 2-3 godnych rywali dla braci Kliczko, którzy nie przegrają walki już w szatni albo po pierwszym mocniejszym ciosie, ale wybór mającego problem z wyprowadzeniem uderzenia Jean-Marc Mormecka, przeciwstawiającego się starszemu z Ukraińców jedynie ambicją Alberta Sosnowskiego, czy też anonimowego nawet dla Davida Haye’a Manuela Charra na pretendentów to, zgodnie z kategorią wagową, ciężkie nieporozumienie.

Reklama

Po co Kliczkom tacy rywale? Kasa się zgadza, bo z puli X milionów euro zysków rywalowi wystarczy odpalić marny procent, ryzyko porażki prawie żadne, a magia nazwiska Witalija i Władimira zrobi swoje i zapełni jakiś europejski stadion spragnionymi dobrego widowiska, chociaż naiwnymi, fanami. Kto zatem powinien bić się z braćmi o miano najlepszego pięściarza wagi ciężkiej?

Potencjalni rywale braci Kliczko

Oprócz powracającego w efektownym stylu z emerytury "Hayemakera" (nokaut na Derecku Chisorze, który 12 rund wywierał presje na Witaliju) cisną się na usta nazwiska takie jak: Aleksander Powietkin (najpewniej zgodnie z tradycją nie zgodzi się na walkę), Tyson Fury, Seth Mitchell, Mariusz Wach, Robert Helenius, Kubrat Pulew, Denis Bojcow, Marco Huck, David Price (jego promotorzy powiedzą, że za wcześnie) lub odgrzewanie kotleta w postaci Tomasza Adamka, Chrisa Arreoli czy Odlaniera Solisa (dwaj ostatni może tym razem podeszliby do sprawy poważniej, a nie obżerali się tracąc przez to sporo ze swoich atutów). Czy w tym gronie znalazłby się pogromca Ukraińców? Tego nie wie nikt, ale na pewno są w nim bardziej wymagający niż Mormeck, Charr i Sosnowski rywale.

O tym, jaka posucha panuje w królewskiej dywizji niech świadczy fakt, że wystarczy zorganizować cyrkowy popis na konferencji prasowej, wymienić parę bluzgów, dać sobie po pysku i jak dotąd - najciekawiej zapowiadająca się walka 2012 roku w wadze ciężkiej - czyli Chisora vs Haye gotowa. O skali farsy przekonaliśmy się tuż po walce. Z nienawidzących się rywali panowie zamienili się w kumpli wróżących sobie wzajemnie świetlaną przyszłość i mistrzowskie trofea. Brakowało tylko wspólnej fotki do rodzinnego albumu.

W świecie staroświeckich, dawno pogrzebanych sportowych ideałów dążono do wyłonienia najlepszego, nie najbogatszego zawodnika. Zawodowy sport i mnogość mniej lub bardziej cenionych federacji bokserskich sprawiły, że główni zainteresowani w miejsce sławy i prestiżowych tytułów (walk w byle remizie o dziwnie brzmiące pasy typu "baltic" czy "silver" nikt chyba poważnie nie traktuje) za najwyższą wartość przyjęli najwyższe wynagrodzenie przy najniższym ryzyku. Niby racjonalnie, bo tak zarabiają na chleb, a kariera nie trwa wiecznie, ale patrząc na dzisiejszą nudną jak flaki z olejem wagę ciężką człowiek tęskni za takimi tytanami jak Muhammad Ali, George Foreman, Joe Frazier czy Sonny Liston.

Walker to żaden sprawdzian dla Adamka

Problem w tym, że na bylejakość stawiają nie tylko mistrzowie z Ukrainy, chociaż powinni wysyłać jasny sygnał, że w starciu o pas nie ma miejsca w ringu dla przypadkowego rywala. Mimo olbrzymiej sympatii do Tomasza Adamka i uznania dla jego dokonań w niższych kategoriach wagowych, decyzje podejmowane przez obóz "Górala" również nie napawają optymizmem. Kolejnym przeciwnikiem Adamka, po ciekawej konfrontacji z Eddie Chambersem, ma być - i to w systemie pay per view -  co najwyżej solidny rzemieślnik Travis Walker (ponoć oklepany na sparingach przez Artura Szpilkę i Andrzeja Wawrzyka), co i tak jest lepszą opcją niż obijanie niegdyś kapitalnego, dziś mocnego niestety już tylko w gębie, sportowego emeryta Jamesa Toney’a, ale nijak nie przygotuje Polaka do próby wyrwania pasa, tym razem młodszemu z Ukraińców. Tak jak do konfrontacji z Witalijem nie przygotował go ani powolny Vinny Maddalone, ani daleki od sylwetki modela Kevin McBride.

O ile do starcia Tomasza z Władimirem dojdzie, bo menedżer Kliczków na ten moment nie widzi sensu ponownego spotkania jednego ze swoich klientów z Adamkiem po gładkiej porażce z rąk Witalija. Może zmieni zdanie, jeżeli "Góral" w ciągu najbliższych 12 miesięcy zamiast pięściarzy pokroju Walkera rozmontuje w ringu 2-3 równych sobie, lub lepszych oponentów?

Dariusz Jaroń

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje