Reklama

Reklama

Boks. Tomasz Babiloński: Pewni Polacy przeszkodzili, by w stawce walki Nikodema Jeżewskiego z Okoliem był pas mistrza świata

- Już raz wzięliśmy pojedynek o mistrzostwo świata na wariackich papierach. Oczywiście nie porównuję Afryki do cywilizacji, do Anglii, ale nauczony doświadczeniem z dystansem podchodzę do brania walk "za pięć dwunasta”. Człowiek uczy się na błędach, zwłaszcza swoich, więc powtórzę, że biorąc wszystko pod uwagę nie była to oferta, której nie można było odrzucić - mówi w pierwszej części rozmowy z Interią Tomasz Babiloński, współwłaściciel Babilon Promotion i współpromotor Michała Cieślaka, czołowego polskiego pięściarza w kategorii junior ciężkiej.

Artur Gac, Interia: Temat niedoszłej walki Michała Cieślaka z Lawrence’em Okoliem w sekundzie rozgrzał kibiców boksu w naszym kraju. Tak szczerze, jak blisko byliście decyzji, by na nieco ponad tydzień przed galą, w trybie "last minute", wziąć walkę o MŚ z Anglikiem po tym, jak przez koronawirusa wypadł z niej Krzysztof Głowacki?

Tomasz Babiloński, współpromotor Cieślaka: - W pewnym momencie zrobiłem krok do tyłu i Przemek Krok razem ze Zbyszkiem Ratyńskim oraz teamem Michała Cieślaka podjęli taką, a nie inną decyzję. A ja po prostu zająłem się swoją pracą, czyli produkcją, matchmakingiem i tak dalej. Właściwie nawet nie chciałem brać udziału w decydowaniu, tak jak to robiłem kiedyś. Swój głos niejako oddałem Przemkowi i uważam, że podjęli dobrą decyzję. Aczkolwiek czas pokaże, czy Michał zostanie mistrzem świata, bo w boksie zawodowym pojawiają się różne schody i schodeczki, dodatkowo ze strony polskiego środowiska.

Reklama

A gdyby osobiście brał pan udział w procesie decyzyjnym, to bliżej by było panu do frazesu, że walk o mistrzostwo świata, bez względu na wszystko, nie odmawia się, czy biorąc pod uwagę różne aspekty i okoliczności, także zrezygnowałby pan z wyprawy do Anglii?

- Już raz wzięliśmy walkę o mistrzostwo świata na wariackich papierach. Oczywiście nie porównuję Afryki do cywilizacji, do Anglii, ale nauczony doświadczeniem z dystansem podchodzę do brania walk "za pięć dwunasta", bo niby pojedynków o mistrzowski pas się nie odmawia. Oczywiście, że w normalnych warunkach się nie odmawia, ale my nie jesteśmy Anglią, tylko Polską. U nas zawodników tej klasy i na tym poziomie, co Michał, jest garstka, więc też musimy patrzeć na to, żeby mądrze ich budować. A jak już jechać na taki pojedynek, o taką stawkę, to mieć za sobą przynajmniej optymalnie zrealizowane przygotowania. 

- Okolie w żaden sposób nie przypomina Mabiki, demonstruje inny boks i jest na zupełnie innym poziomie. Powiem jeszcze tak: gdyby nie historia z ubiegłego roku, gdy potężnie sparzyłem się do szalonych eskapad, to pewnie dziś bym powiedział, że to wielka szkoda i strata. Jednak człowiek uczy się na błędach, zwłaszcza swoich, więc powtórzę, że biorąc wszystko pod uwagę nie była to oferta, której nie można było odrzucić.

Więcej aktualności sportowych znajdziesz na sport.interia.pl! Kliknij!

A było coś w tym, że przeciągnęliście negocjacje, koniec końców dając sobie czas, aby zobaczyć, co wydarzy się w walce z Mabiką? I ewentualny, ekspresowo zakończony pojedynek na gali Polsat Boxing Night z Gabończykiem, dawał cień szansy na wzięcia pojedynku z Okoliem?

- Nadzieja umiera ostatnia i może tak by było, gdyby walka zakończyła się w pierwszych minutach. Jednak dobrze, że tak się nie stało, bo weźmy pod uwagę, że krytyka byłaby ogromna, i to głównie pod moim adresem. Nasłuchałbym się, że przyjechał zawodnik tylko i wyłącznie po tzw. wypłatę. Dlatego cieszę się, że walka miała dłuższą historię. Jestem zadowolony, że razem z telewizją Polsat budujemy brand, którego Michał Cieślak ma być zawodnikiem numer jeden i głównym aktorem. Przy tym trzeba pamiętać, na co nie wszyscy zwracają uwagę, że trzeba budować też kolejnych zawodników, których rozpoznawalność przełoży się na atrakcyjność walk. 

- Dlatego dużo czynników wchodziło w grę, a rola Michała nie kończy się tylko na swoich pojedynkach. A nikt z nas nie mógłby mieć pewności, jak zakończyłaby się sobotnia walka z Okoliem. Oczywiście byłaby w nas wiara w zwycięstwo, ale boksowanie z zawodnikiem "śliskim" na jego terenie, a zarazem jednego z największych, jeśli nie największego promotora boksu na świecie, nie byłoby łatwym zadaniem. Dodam jeszcze, że na Mabikę Michał przygotowywał się na 10 rund, a walki o MŚ byłaby 12-rundowa, co też mogłoby mieć wpływ na przebieg pojedynku. Podsumowując, dużo było znaków zapytania, które sprawiły, że Przemek Krok ze Zbyszkiem Ratyńskim podjęli taką, a nie inną decyzję.

A wracając do Mabiki... Myślę sobie, że gdyby autentycznie przewrócił się zaraz na początku walki, to w tych okolicznościach pewnie od razu podniosłyby się głosy, że pewnie Gabończyk dostał specjalną premię, żeby podłożyć się Polakowi.

- Różne głupoty chodziły co niektórym po głowie. Do tego stopnia, że to nawet przestawało już być zabawne. Tymczasem nie było mowy o takich rzeczach. Zresztą było widać w walce, że Mabika liczył na tzw. lucky punch, którym mógłby zmienić obraz walki. Zapewniam, że my nie bierzemy udziału w tego typu numerach, tylko po sportowemu idziemy ku temu, co jest naszym celem, czyli mistrzostwu świata na normalnych warunkach.

A może tak naprawdę od razu niejako ucięliście negocjacje stawiając zaporową kwotę? Eddie Hearn ogłosił, że team Cieślaka chciał siedmiokrotnie większą wypłatę niż miał dostać za walkę Głowacki.

- O to trzeba by było zapytać Ratyńskiego, bo to on zajmuje się negocjacjami międzynarodowymi. Słyszałem te informacje, ale ciężko mi odpowiedzieć, na ile są prawdziwe. Ja w komórce Babilon Promotion skupiam się na innych aktywnościach, a Przemek ze Zbyszkiem stricte zajęli się karierą Michała. Wszyscy liczymy, że uda się go doprowadzić do drugiego w karierze pojedynku życia, ale już nie na wariackich papierach.

Wiele osób odwoływało się do już wspomnianego stwierdzenia, że walk o MŚ po prostu się nie odmawia. Z drugiej strony, patrząc strategicznie i biznesowo, mieliście swój projekt i powrót marki Polsat Boxing Night, a motorem napędowym był bohater walki wieczoru, czyli Cieślak. Dlatego trudno sobie wyobrazić, by w ostatniej chwili skasować walkę wieczoru i, de facto, wysadzić w powietrze całą imprezę.

- Dlatego powtarzam, że bardzo łatwo się wszystko krytykować i sugerować decyzje, czy wręcz je wymuszać, będąc tylko ekspertem, czy pseudoekspertem. W trudnej, covidowej rzeczywistości, zorganizowaliśmy event, kilkunastu zawodników czekało na swój występ, a przy wszystkim, całej organizacji, pracowało ponad 250 osób. Dlatego trudno, ot tak, nagle wszystko odwoływać lub wywracać do góry nogami. Cieszę się, że bardzo racjonalnie do sprawy podeszła też strona Cieślaka. 

- Ja w pewnym momencie już miałem deja vu z Kongo i myślałem, że czeka nas kolejne wariactwo. A wtedy cieszyć się czy płakać? Organizacja tej imprezy kosztowała nas bardzo dużo energii, ale wszystko zakończyło się bardzo pozytywnie. Wydaje mi się, że walki były bardziej na plus niż na minus, choć oczywiście mogły być lepsze i bardziej "kolorowe", jednak czas nie pomagał.

A wracając do Michała. Gdyby jednak wziął tę walkę z Okolie’em, właśnie w ostatnim momencie, to dawałby mu pan jakieś szanse?

- Oczywiście bym go nie przekreślał, ale chyba musiałby zdarzyć się cud, czyli musiałby złapać Anglika jakiś doskonałym ciosem i wtedy mógłby wygrał. Okolie to zawodnik, który wie, jak boksować z niższymi od siebie. Teraz mam tylko nadzieję, że Nikodem Jeżewski, który wziął tę walkę, pokaże się z dobrej strony i oczywiście trzymam kciuki za jego wygraną. Natomiast wielka szkoda, że ta walka nie jest o tytuł. A dlaczego, to już pytanie do ludzi, którzy w tym przeszkodzili. Wielka szkoda, bo jakby nie było, Nikodem też mógł boksować o MŚ zamiast o pas International. To tak zwana polska życzliwość. Z tego miejsca gratuluję tym, którzy za tym stali.

To była polska robota?

- W dużej mierze tak. Złośliwość, zazdrość i ego kierują niektórymi osobami z naszego środowiska. Na szczęście ja już tak bardzo nie biorę w tym udziału, bo szkoda zdrowia. Tak czy inaczej bardzo mocno trzymam kciuki za Nikodema, żeby spełnił swoje marzenia i pokazał się z jak najlepszej strony.

To smutne, co pan mówi, bo wydawać by się mogło, że jeśli walka wykracza poza polski rynek, to górę powinien brać wspólne dobro, jakkolwiek patetycznie to zabrzmi.

- A skąd, to nie to środowisko. Po prostu to nie był ten Polak, który miał wejść do ringu. Szkoda, bo koniec końców powinniśmy się razem cieszyć, że pod nieobecność jednego rodaka, drugi wskakuje na walkę o najwyższą stawkę. A tak mamy złośliwość od początku do końca. Z jednej strony można zrozumieć, że pilnują swoich interesów, ale z drugiej strony powinni patrzeć przez pryzmat dobra pięściarzy. Zawodnicy mają jedne kariery, a nie paręnaście, jak promotorzy, czy organizatorzy gal. Tymczasem były telefony i maile, że przecież Nikodem nie jest w rankingu WBO, więc nie może być pretendentem do pasa. Pewnym ludziom chodziło o wyeliminowanie jakiegokolwiek ryzyka, bo jakby Nikodem został tym mistrzem, to wtedy pojawiłby się problemy kto następny, na jakich zasadach i na jakich warunkach. Ogromna szkoda.

Pół żartem, pół serio można powiedzieć, że mamy bardzo wpływowych promotorów, którzy są w stanie zablokować starania Eddiego Hearna, aby Jeżewskiego w specjalnym trybie, z uwagi na okoliczności, uczynić challengerem.

- Dlatego wszystko rozbiło się o przepisy, które koniec końców trzeba by było pokazać, a wiadomo, jakie w tej sprawie są regulaminy. Te, przy udziale osób trzecich, okazały się nie do ruszenia, mimo obiektywnej sytuacji, że Hearn, topowy promotor na świecie, z powodu koronawirusa znalazł się w nieszczęśliwej sytuacji. Myślę, że szef Matchroom Boxing doskonale zna kulisy, dlatego ja osobiście nie chciałbym mieć za wroga w tym biznesie kogoś takiego, z taką pozycją, jak Hearn. Ale to już nie mój problem, tylko tych ludzi, którzy przeszkodzi w doprowadzeniu do walki o mistrzostwo świata innego Polaka. Cóż, pewne powiedzenie jest nadal aktualne: zostaw Polaków, to jeden drugiego w łyżce wody utopi. Dlatego śmieszą mnie publiczne wypowiedzi pewnych osób, że kibicują i trzymają kciuki, podczas gdy wiadomo, kto komu robi pod górkę.

Rozmawiał: Artur Gac

Druga część rozmowy już wkrótce. A w niej m.in. podsumowanie gali Polsat Boxing Night!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje