Reklama

Reklama

Boks. Michał Cieślak - Jurij Kaszyński. Przemysław Krok dla Interii: Taka szansa bardzo długo mogłaby się nie powtórzyć

- Warunki finansowe są tutaj megawysokie. Jak na Polskę jestem pewny, że gdyby nie wsparcie telewizji Polsat, to żaden promotor nie byłby w stanie tego zorganizować - mówi w rozmowie z Interią Przemysław Krok, współpromotor Michała Cieślaka. Pięściarz z Radomia już 14 maja w walce wieczoru gali Polsat Boxing Night zmierzy się z Rosjaninem Jurijem Kaszyńskim. Stawka jest potężna - wygrany dostanie szansę pojedynku o tytuł mistrza świata federacji IBF w kategorii junior ciężkiej.

Artur Gac: Najważniejszy "deal", z punktu widzenia pana przygody z promotorką, właśnie został dopięty z chwilą ogłoszenia walki Cieślak - Kaszyński?

Przemysław Krok: - Zasadniczo chyba trzeba spojrzeć na to trochę inaczej. Czyli nasze wspólne postanowienie, jako promotorów i zobowiązanie pana dyrektora Mariana Kmity oraz telewizji Polsat, pozwoliły na doprowadzenie do tej walki. A więc nasz wspólny "deal" został na tym etapie doprowadzony do końca.

Jak dużo nerwów, stresu i tak naprawdę ile rozmów i negocjacji było potrzebnych, aby tę walkę udało się zestawić?

Reklama

- Rzeczywiście to nie było proste. I ogólnie to wszystko, co dzieje się na świecie, nie gra na naszą korzyść. Jak pan wie, pierwszym terminem był 17 kwietnia. Później zaczęło nam się to wszystko trochę rozjeżdżać, ale w końcu udało się wszystko przerzucić na 14 maja. Trochę stresu było. Nie oszukujmy się, że też wyzwaniem była kwestia zorganizowania funduszy, bo jednak mówimy o wysokobudżetowej walce wieczoru, z powodu rangi, czyli eliminatora numer dwa do pojedynku o mistrzostwo świata. Myślę jednak, że powoli z wszystkich nas schodzi ciśnienie i z dnia na dzień będzie coraz lepiej. Sportowo bardzo wierzymy w Michała, który jest w takim treningu, że formę ma raczej podkręconą na maksa. Więc mam nadzieję, że to będzie czysta formalność, aczkolwiek wszyscy słusznie zauważają, że Kaszyński nie przyjeżdża do Polski tak po prostu, żeby się położyć i poleżeć, bo przecież ma świadomość brania udziału w eliminatorze.

Do strony sportowej jeszcze przyjdziemy, ale niewątpliwie walka zapowiada się wielce emocjonująco.

- Liczę, że chyba od pięciu lat nie mieliśmy w naszym kraju tak wysokiej rangi pojedynku. Ostatnim takim wydarzeniem była walka Głowackiego z Usykiem w Gdańsku. Dlatego tym bardziej cieszymy się, że udało się do tego doprowadzić.

Zawsze najciekawsza jest tzw. kuchnia, czyli wszelkie zakulisowe działania i niezliczone pertraktacje. Czy tak naprawdę bywały momenty, gdy już sam przestawał pan wierzyć, że ten projekt, czyli galę z tą konkretną walką wieczoru, uda się dopiąć?

- Oczywiście bywały gorsze dni, aczkolwiek myślę, że wszyscy byliśmy i jesteśmy na tyle zdeterminowani, że zależało nam na doprowadzeniu do pozytywnego finału. Przy tym jesteśmy tylko ludźmi, więc zdarzało się, że przy wielkim zmęczeniu chwilowo wkradało się myślenie typu: "kurczę, mam dość. Może odpuścić, a może poczekać?". Ale przychodził kolejny dzień, wstawaliśmy rano i wzajemnie mobilizowaliśmy się, aby nie spocząć w działaniach.

Z teamem Kaszyńskiego pertraktowaliście na odległość, czy w międzyczasie doszło do spotkań?

- Wszystko ustalane było zdalnie.

A mieliście plan B? Innymi słowy czy w odwodzie był ktoś, kto mógłby 1 do 1 zastąpić Jurija, czy była to również wasza walka absolutnie o pełną pulę?

- Odpowiem absolutnie szczerze: tak mocno uwierzyliśmy w tę propozycję, którą dostaliśmy, że nie przewidywaliśmy żadnego zastępstwa. Wiedzieliśmy, że tak naprawdę to jest dla Michała "być albo nie być", jedna szansa, która bardzo długo mogła się nie powtórzyć. No bo rzeczywiście, gdyby do tego starcia nie doszło, to pewnie zorganizowalibyśmy walkę nawet na siłę z Kalengą, który ostatnio dobrze się pokazał, mimo tego, że już ma przegraną z Michałem, ale takie rzeczy w boksie się zdarzają. A może byśmy go "przetarli" z kimś innym, tylko że przecież Michał ma już 32 lata, więc wszyscy chcieliśmy przyspieszyć i to się udało. Przyszła propozycja, że da się to zrobić w taki, a nie inny sposób. Oczywiście potrzebne były do tego, jak już wspomniałem, warunki finansowe, które są tutaj megawysokie. Jak na Polskę jestem pewny, że gdyby nie wsparcie telewizji Polsat, to żaden promotor nie byłby w stanie tego zorganizować.

A zdradzi pan, od kogo otrzymaliście propozycję, żeby złożyć walkę Cieślak - Kaszyński?

- Akurat kwestiami negocjacji zajmował się Zbyszek Ratyński, czyli współpromotor Michała, bo prowadzimy go razem. On znalazł dojście i zaczęły się rozmowy przez menedżerów oraz wspólnych znajomych, w efekcie czego udało się to zrealizować. Jedno z moich ulubionych powiedzeń brzmi: "niewykorzystane sytuacje się mszczą". W tym przypadku uważam, że gdybyśmy tego nie wykorzystali, to rzeczywiście byłby problem. Szukaliśmy różnych alternatyw, aby może w taki lub inny sposób zdobyć potrzebne pieniążki, na szczęście się udało i wszystko jest po naszej myśli.

Czyli można powiedzieć, że pan Ratyński podniósł swoje notowania u kibiców boksu, bo pod jego adresem padało w przestrzeni publicznej sporo docinek i żartów.

- Na mój temat też są docinki, ale myślę, że tym się nie przejmujemy. Oczywiście my uczymy się tego biznesu, a w naszym kraju jest wielu fachowców i, powiedzmy, fajnych promotorów, którym się wydaje, że mają monopol na wiedzę. My jesteśmy w miarę młodzi, ale chcemy się uczyć i odrabiamy lekcje, co mam nadzieję tym właśnie pokazujemy. A że współpraca, między mną a Zbyszkiem, układa się całkiem nieźle, to można powiedzieć, że są tego efekty.

Już pan podkreślił, że w ten projekt zostały zainwestowane ogromne pieniądze, Kaszyński dostanie w Polsce wypłatę życia, ale jak to się mówi - cel ma uświęcić środki: wszystko to ma sprawić, że zwycięstwo Michała utoruje mu drogę do pojedynku mistrzowskiego.

- Dokładnie z takim nastawieniem podchodzimy do tego projektu. Nawet przez chwilę nie mamy czarnych myśli, że mogłoby to nie wypalić. Sądzę, że w tym momencie to jest naprawdę ostatnia prosta. Z tego, co już zdążyłem się zorientować, federacja IBF jest jedną z bardziej restrykcyjnych w boksie zawodowym. Dlatego ogromnie wierzymy w zwycięstwo Michała i stąd tak potężne środki zostały w to zainwestowane. A później już raczej będziemy musieli tylko czekać na propozycje, a nawet nie do końca o nie zabiegać, bo to naturalna kolej rzeczy.

A przy tym wszystkim może ma pan też z tyłu głowy myśl, aby ze wszystkich sił tak poprowadzić Michała, żeby nigdy nie mógł powiedział, iż tak naprawdę tylko wybierając ofertę Eddiego Hearna mógł zarobić 1,2 mln dolarów.

- Na szczęście Michał ma świadomość tego, że aby dostał ten kontrakt, opiewający na milion dwieście tysięcy dolarów, musiałby wygrać z Lawrencem Okoliem. A wiemy, że na tamten czas było to średnio możliwe. To, co stało się z Nikodemem Jeżewskim, a później z Krzysiem Głowackim, już nawet nie poddaje pod wątpliwość tematu niedyspozycji w dniu walki. To tylko pokazuje, że była to praktycznie czysta teoria, że oto leży na stole taka oferta. Myślę, że świadomość tego, że to wszystko jest mało realne, była na tyle mocna, iż kazała Michałowi i nam wszystkim trwać przy tym postanowieniu, które mamy. Z wiarą, że wykorzystamy swoją drogę, a nie będziemy szli na skróty.

Wejście w życie kontraktu u Hearna rzeczywiście było warunkowane zwycięstwem Michała nad Okoliem?

- Tak. Gdy zaczęliśmy się temu przyglądać, to taki był warunek.

W takim razie Michał chyba też do końca nie miał tej świadomości, bo w wywiadach mawiał inaczej.

- Zgadza się, ale to dlatego, że nie o wszystkim rozmawia się z Michałem. Są bowiem takie rzeczy, które są mu niepotrzebne. Przede wszystkim wiedział o tej kwocie, bo tego wymagała nasza uczciwość. Nie daj Boże, żeby kiedykolwiek dotarło to do niego od osób trzecich, że była taka propozycja, z której nie skorzystaliśmy. Mieliśmy świadomość, że Michał musi o tym wiedzieć. Dlatego cieszymy się, że dokonał takiego wyboru, za którym my też optowaliśmy. Niemniej w naszych rozmowach z Michałem przewijał się temat, że musi wygrać tę walkę, żeby doszło do podpisania kontraktu. Dlatego myślę, że miał tę świadomość, ale pewnie gdzieś mu to umknęło lub bardziej przemawiała sama kwota. Bo umówmy się - 1,2 mln dolarów to już fajny kontrakt i robi wrażenie.

Transmisja gali PBN 10 odbędzie w otwartej telewizji?

- Tak, zdecydowanie to nie będzie pay-per-view. Otwarty pozostaje jeszcze temat tego, jak rozłożą się siły transmisyjne, czyli jaki będzie podział gali między kanałem sportowym Polsat Sport, a Polsatem otwartym. Tu jesteśmy jeszcze na etapie ustalania i będą to decyzje telewizji.

To wszystko w ramach wypromowania Michała, dotarcia z nim do szerokiego "niebokserskiego" odbiorcy?

- To po pierwsze. A po drugie jest to też próba odbudowywania boksu. Cała karta walk, jeśli ktoś się na boksie zna, jest naprawdę bardzo dobra, jeśli chodzi o polski rynek. Planujemy też jakieś urozmaicenie, ale o tym nie mogę mówić. Myślę, że finalnie powstanie atrakcyjny produkt, który z zainteresowaniem obejrzy nie tylko kibic stricte bokserski, jak pan to zauważył.

A spędza panu choć trochę sen z powiek fakt, że ponieważ gala odbędzie się już 14 maja, to tak naprawdę pozostało wam niewiele czasu, aby móc ją maksymalnie i na miarę potencjału wypromować.

- Odpowiem zupełnie szczerze. Rzeczywistość covidowa jest na tyle trudna dla nas wszystkich, to znaczy telewizji i promotorów sportowych w różnych dziedzinach, że każdy boi się ryzyka. Bo teoretycznie mogliśmy zaryzykować i zrobić galę za dwa miesiące, wierząc w to, że IBF utrzyma status pojedynku wieczoru. Jednak skąd mamy pewność, że za dwa miesiące znów nie zostaniemy "zamknięci" w domach? Dlatego na tyle, na ile nadarza się okazja, staramy się to zrealizować. Oczywiście wychodzi na to, że mogliśmy ją zrobić 22 maja, czyli tydzień później, jednak nie wchodziliśmy w tę datę, ponieważ pierwotnie wtedy miał się odbyć pojedynek Szpilka - Różański. Nie tyle czuliśmy się zagrożeni, co nie chcieliśmy rozbijać kibica na dwa wydarzenia. Teraz widzę, że wszyscy się "przesuwają", więc być może opóźniając galę udałoby się nam zapełnić jakiś obiekt w 50 procentach, co też trochę zwróciłoby koszty. 

- Pewnie, że wolelibyśmy mieć na wszystkie działania 2-3 miesiące, aczkolwiek jest decyzja i są działania. Dodam, że nie chcieliśmy także nadużywać zaufania IBF, bo już przerzuciliśmy galę o miesiąc, choć oczywiście według kontraktu mamy do tego prawo przez 60 dni. Aczkolwiek na wszystko trzeba spojrzeć szerzej. Przecież zawodnicy już szykowali się na 17 kwietnia, więc wprowadzenie ich w kolejny miesiąc przygotowań, byłoby ryzykowne. Baliśmy się, że możemy przedobrzyć, pięściarze nie trafiliby z formą i mielibyśmy problem. Oczywiście najbardziej baliśmy się tego błędu u Michała.

W tym sensie, że nie trafi ze szczytem formy?

- Tak jest. Jakbyśmy go nie prowadzili, jak świetny sztab fachowców by przy nim nie pracował, najzwyczajniej mógłby się przetrenować.

Przechodząc płynnie do samej warstwy sportowej trzeba powiedzieć, biorąc choćby pod uwagę style Michała i Jurija, że szykuje się naprawdę kawał widowiska.

- Myślę, że w tej walce Michał pokaże się też z trochę innej strony. Nie da się zaprzeczyć, że u niego następuje wiele pozytywnych zmian. Jest już bardziej stabilnym i chłodno myślącym pięściarzem, zaczynającym boksować bardzo mądrze. Ale to wszystko zobaczymy i wtedy ocenimy. Na pewno jego forma jest o czterysta, a może i pięćset razy wyższa niż w walce z Taylorem Mabiką, gdzie niektóre aspekty faktycznie pozostawiły trochę do życzenia. Aczkolwiek nie wolno nam zapominać, że Rosjanin też jest świetnym zawodnikiem, nie przyjeżdża tu tylko i wyłącznie po wypłatę, a ranga pojedynku sprawia, że stanie przed ogromną szansą, by jego kariera wystrzeliła w górę.

Jaki scenariusz dla Michała, biorąc pod uwagę jego zwycięstwo nad Kaszyńskim, wyłania wam się na tym etapie? Sądzi pan, że dojdzie do walki Okoliego z Mairisem Briedisem i ze zwycięzcą tej walki Cieślak zaboksuje o mistrzostwo świata, czy też wygrany ogłosi przejście do kategorii ciężkiej, a pas MŚ federacji IBF w wadze junior ciężkiej stanie się wakujący, co utorowałoby prawdziwą autostradę do tytułu?

- Bardziej spodziewamy się drugiego scenariusza, że wygra Briedis i zwakuje pas. Tak mi się wydaje, aczkolwiek to też może być siła sugestii, bo śledzę temat i widzę, że wiele osób tak rokuje. Jednak wyjść może różnie, bo tam też dochodzi kwestia tego, jakie oferty pojawią im się na stole. Czy przejście do wagi ciężkiej, która jest dużo mocniejsza pod względem finansowym, będzie miało sens. Dlatego rozważamy każdy wariant. Na razie chcemy, żeby Michał wygrał z Kaszyński, a wtedy tak naprawdę każdy z wariantów, o których teraz spekulujemy, będzie dla nas sukcesem.

Na koniec nawiązałbym do naszej poprzedniej rozmowy, z listopada ubiegłego roku. Wówczas zapytałem pana o szansę na zorganizowanie w Polsce dla Michała pojedynku o mistrzostwo świata. Zaczął pan od tego, że "bardziej realnie na to patrząc eliminator do starcia o mistrzostwo świata na pewno tak" - i to już wkrótce będzie odhaczone. Po czym dodał pan: "a co dalej, to wszystko już jest kwestią budżetu. Jednak dlaczego nie?". Taki projekt ciągle jest realny, czy bliżej byłoby do scenariusza, o którym powiedział pan w tym wywiadzie, że w przypadku zwycięstwa Michał bardziej będziecie przebierać w ofertach, wybierając najkorzystniejszą opcję?

- Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta. Naszym największym partnerem jest w tym momencie telewizja Polsat, więc określimy możliwości finansowe. Na tę chwilę mam deklaracje, że jednak idziemy w tym kierunku, żeby walka o mistrzostwo świata odbyła się u nas w kraju.

Brzmi znakomicie. Rozumiem, że wszystko musiałoby się zamknąć w jakichś w miarę rozsądnych ramach finansowych?

- Powiem szczerze, że biorąc pod uwagę ramy finansowe, które są już teraz, to wydaje mi się, że nie aż tak bardzo musielibyśmy je przekroczyć, żeby doprowadzić do zorganizowania takiego pojedynku w Polsce. Szczególnie, jeśli chodzi o budżetowanie tej jednej, konkretnej walki Michała z Kaszyńskim.

Rozmawiał Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje