Reklama

Reklama

Boks. Michał Cieślak: Chcę zdobyć pierwszy pas, który coś znaczy

Michał Cieślak, który pięć tygodni spędził w Nowym Jorku i przygotowywał się do walki z Nurim Seferim, przyznał, że amerykańscy bokserzy zaimponowali mu ambicją. - Zawsze prą do przodu nie zważając na ciosy rywala - ocenił pięściarz wagi junior ciężkiej.

PAP: Dlaczego zdecydował się pan na ponadmiesięczny wyjazd do Nowego Jorku?

Michał Cieślak: - Decyzję podjęli moi promotorzy Tomasz Babiloński i Zbigniew Ratyński. To oni odpowiadają za ten obóz i całe zaplecze. Ja jestem od trenowania. Tu mnie przysłali, więc tutaj zasuwałem.

Panu spodobał się ten pomysł?

- Oczywiście. Chciałem zmienić otoczenie. Lubię być skoszarowany przed walką. Wszystko toczy się wokół treningów i praktycznie nic mnie nie rozpraszało. Taki obóz dobrze na mnie wpływa.

Jak ocenia pan ten obóz?

Reklama

- Bardzo pozytywnie. Od majowej walki z Olanrewaju Durodolą z nikim nie sparowałem. Cały czas trenowałem, ale nic poza tym. Tutaj stoczyłem kilka wartościowych sparingów, w tym z zawodnikiem reprezentacji USA Pryce'em Taylorem. Zbliżam się do optymalnej wagi. Po powrocie do Polski mam zaplanowane kolejne trzy sparingi.

Wszystko udało się zrealizować zgodnie z planem?

- Plany nieco pokrzyżowały mi kontuzje. Odezwało się kolano, które kiedyś skręciłem grając w piłkę na rozgrzewce. Całe szczęście nie zerwałem wówczas więzadeł, ale noga była w gipsie. Teraz to się odezwało. Natomiast dwa tygodnie temu coś strzeliło mi w odcinku lędźwiowym kręgosłupa. Byłem już rozgrzany i przeprowadzałem walkę z cieniem.

To efekt przeciążenia organizmu?

- Myślę, że tak. W tym roku stoczyłem już dwie walki, a przygotowuję się do trzeciej. Praktycznie przez cały rok jestem w treningu. Po walce z Olanrewaju Durodolą, która odbyła się 31 maja, miałem tylko dwa tygodnie odpoczynku. Spędziłem je w Zakopanem, gdzie chodziłem po górach. Kiedy jestem w Radomiu, to także zdarzają mi się takie urazy, ale tam udaję się do swojego fizjoterapeuty, który doskonale zna mój organizm. Na obcym terenie był z tym problem.

Podpatrywał pan styl boksowania amerykańskich pięściarzy?

- Pewne elementy zastosuję w swoim stylu boksowania. Imponuje mi, że na sparingach ci zawodnicy prą do przodu nie zważając na ciosy rywala. Dają z siebie wszystko i dążą do wygranej w każdym sparingu. To potwierdza słuszność decyzji o przylocie do Nowego Jorku.

Oglądał pan już walki Albańczyka Nuriego Seferiego, z którym zmierzy się 20 grudnia w Nowym Dworze Mazowieckim o pas IBF International?

- Byłem na jego walce z Krzysztofem Głowackim w Toruniu w styczniu 2015 roku. Dobrze pamiętam ten pojedynek. Od tego czasu minęło blisko pięć lat i to nie będzie ten sam zawodnik. Na pewno będę bardzo dobrze przygotowany, bo nie można go lekceważyć. Chcę zdobyć pierwszy pas, który coś znaczy. W domu mam już cztery pasy, które się nie liczą. To trofeum sprawi mi wiele satysfakcji.

W przyszłym roku przyjdzie czas na jeszcze poważniejsze wyzwanie i walkę o pas mistrza świata jednej z czterech najważniejszych federacji.

- Najbliższe trofeum to przepustka do najważniejszych pojedynków. Jestem w czołówce rankingu WBC i czekam na 2020 rok z wielkimi nadziejami. Liczę, że ta walka nadejdzie. Oczywiście skupiam się na najbliższym pojedynku, ale z tyłu głowy pojawiają się myśli o pojawiających się perspektywach.

Szanse na zdobycie tytułów w kategorii junior ciężkiej dostaną również Krzysztof Głowacki i Krzysztof Włodarczyk. Bierze pan pod uwagę walkę z którymś z nich?

- Na razie nie. Skupiam się na rywalizacji z obcokrajowcami. Do tej wagi zszedł jeszcze Artur Szpilka i robi się bardzo ciekawie. Wygląda na to, że Polacy mogą zdominować tę kategorię.

Jakie wrażenie zrobił na panu Nowy Jork?

- Jestem w tym mieście pierwszy raz i nie da się ukryć, że robi duże wrażenie. Jednak nie miałem zbyt wiele czasu na zwiedzanie, ponieważ trenowałem dwa razy dziennie. W wolnym czasie wolałem się zregenerować i odpocząć. Poza tym pogoda nie sprzyjała spacerom.

Podczas Święta Dziękczynienia zamiast jeść indyka poszukiwał pan w całym mieście otwartej sali trenigowej.

- Amerykanie bardzo poważnie podchodzą do tego święta i nie spodziewałem się, że wszystko będzie pozamykane. Nie chcieliśmy tracić dnia treningowego i udało nam się znaleźć otwartą salę na Brooklynie. Rano przeprowadziliśmy sparing, ale wieczorem musiałem trenować już na powietrzu z użyciem gum, bo również tam było już zamknięte.

Z Nowego Jorku Marcin Cholewiński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL