Reklama

Reklama

Boks. Maciej Sulęcki: Chcę odzyskać twarz, którą w moich oczach straciłem

- Porażka bardzo boli. A styl, w jakim zostałem pokonany, boli jeszcze bardziej. Zawiodłem kibiców i swoją rodzinę, ale przede wszystkim zawiodłem sam siebie. Dlatego chcę jak najszybciej wrócić walką z dobrym rywalem. Celem na pewno jest powrót w miejsce, w którym byłem - zapowiada w rozmowie z Interią 30-letni Maciej Sulęcki, najlepszy polski pięściarz kategorii średniej. "Striczu" w niedawnym pojedynku o tytuł mistrza świata organizacji WBO z Demetriusem Andrade nie był stanie dobrać się do skóry Amerykaninowi i przegrał na punkty do jednej bramki.

Artur Gac, Interia: Po porażce z Andrade pewnie bardziej potrzebował pan odpocząć mentalnie niż fizycznie. To już się udało?

Reklama

Maciej Sulęcki, pięściarz wagi średniej: - Fizycznie faktycznie za bardzo nie było po czym odpoczywać, może tylko samymi przygotowaniami, bo walka nie była strasznie męcząca. Natomiast jeśli chodzi stronę mentalną, to kurcze wiadomo, że ciężko przeżywa się porażki. A zwłaszcza taką, oddaną praktycznie bez walki, bo trudno było mi cokolwiek zrobić. Jeszcze trochę mnie to męczy, ale jest całkiem dobrze.

Zanim o samej walce, to zacznę trochę nietypowo, bo od gratulacji.

- (śmiech) To znaczy?

Spodobało mi się, co także doceniło wielu kibiców, że po męsku, bez opowiadania bajek, po walce powiedział pan otwarcie, że był w ringu bezradny, a rywal nie dał żadnych szans.

- Nie było co owijać w bawełnę, bo przecież wszyscy widzieliśmy, jak było. Od strony taktycznej rozmontował mnie kapitalnie i zawsze był o krok przede mną. Dlatego nie było sensu opowiadać farmazonów, bo sam doskonale czułem, jak walka wyglądała. Teraz szukanie usprawiedliwień, typu niedyspozycja w dniu walki, byłoby bez sensu, bo nic takiego nie miało miejsca. Świadomie powiedziałem, że na dziesięć walk z Andrade, dziewięć razy bym z nim przegrał. Styl robi walkę, a ten facet kompletnie mi nie pasował, nie byłem w stanie się do niego dobrać. Rozpracowali mnie całkowicie, dlatego trzeba zachować się godnie i powiedzieć szczerze o tym, co się wydarzyło.

Powiedział pan, że dziewięć na dziesięć walk z Andrade by przegrał. W takim razie co w tej jednej walce musiałoby się stać, żeby dał pan Amerykaninowi łupnia w ringu?

- To bardzo dobre pytanie... Może trochę szczęścia? Wie pan, co jest w tym wszystkim najgorsze? To, że czujesz, że rywal był od ciebie lepszy tylko w szczegółach, bo w gruncie rzeczy nie zrobił mi krzywdy, ale zbiór tych detali sprawił, że całkowicie mnie zdominował. Uważam, że z innymi zawodnikami na światowym poziomie poradziłbym sobie dużo lepiej, ale nie ma co teoretyzować. Teraz znów czekam na te duże walki, żebym mógł odzyskać twarz, którą trochę straciłem z Andrade. Powiem to jeszcze raz, że stanąłem naprzeciwko zawodnika lepszego od siebie, bardzo niewygodnego i nieszablonowego. Z przeciwnikiem tego pokroju nigdy wcześniej nie miałem do czynienia. Tak jak powiedział mój trener Piotrek Wilczewski, u mnie wyszedł trochę brak doświadczenia olimpijskiego, z kolei rywal budował swój warsztat mnóstwem walk, zwycięstwami z najlepszymi i sukcesami, zanim przeszedł do boksu zawodowego. Po prostu załatwił mnie tą ogromną przewagą doświadczenia.

Pamiętamy, że o ile Daniel Jacobs, z którym dał pan bardzo dobrą walkę, też był wielkim wyzwaniem, to jednak były mistrz świata nie zmusił pana do tak skomplikowanego boksu. A na ringu w Providence, w każdej sekundzie walki, musiał pan wznosić nie na wyżyny myślenia i szukania rozwiązań.

- Zdecydowanie tak. Z Jacobsem było inaczej, bo jego styl bardziej mi pasował. Z drugiej strony, jeśli chce się być najlepszym, to trzeba przekraczać swoje granice. W każdym razie Jacobs też był niewygodny i bardzo dobrze poruszał się w ringu, natomiast Andrade jest kompletnie innym zawodnikiem. Realizował taktykę, która dała mu bardzo pewne zwycięstwo, ale nie zrobił nic, by wygraną nade mną efektownie przypieczętować. Żartując, był w ringu trochę takim psem ogrodnika, czyli sam nie boksował i mnie na nic nie pozwalał.

To pokazało, jak inteligentnym i mądrym taktycznie jest pięściarzem. Do końca wychodził z założenia, że skoro nie daje panu żadnych szans, to po co ma ściągać na siebie jakiekolwiek niepotrzebne ryzyko, a panu stworzyć możliwość na rozwinięcie skrzydeł, ustrzelenie go i odwrócenie losów pojedynku.

- Wszystko prawda, dlatego dzisiaj już wiem, dlaczego jest aż tak niechętnie wybieranym pięściarzem. Był unikany i będzie unikany, bo nie jest typem killera, który nawet mając tak dużą przewagę punktową, w pewnej chwili zdecyduje się pójść na ryzyko. Po prostu robi wszystko, jak w klasycznym boksie, żeby trafić, a samemu nie przyjąć ciosu. Przez to może nie jest porywającym stylowo pięściarzem, ale wygrywa, dlatego chwała mu za to i gratulacje.

A propos pana gratulacji w stronę Andrade, jedna pana wypowiedź przed walką nie przypadła mi do gustu. Konkretnie ta, że Amerykanin nie jest godnym nosić pasa mistrza. Mam wątpliwości, czy było to w stylu wielkiego sportowca.

- Moim zdaniem właśnie było to w stylu wielkiego sportowca, bo można być mistrzem świata, ale trzeba się godnie zachowywać. A jeżeli spóźniasz się na spotkania z kibicami, czy mówisz w wywiadzie, że nie jesteś dumny z faktu boksowania w swoim rodzinnym mieście, a duma powinna rozpierać kibiców, że mogą oglądać cię w swoim mieście, to dla mnie są oznaki skrajnej pyszałkowatości. Dlatego powiedziałem, że dla mnie Andrade nie jest godny być mistrzem świata, a to, że wygrał, nie zmienia mojego zdania. Owszem, sportowcem jest wielkim, ale człowiekiem pozostał takim samym, czyli pyszałkowatym chamem. Bo kimże jest sportowiec, który nie szanuje kibiców, dziennikarzy i wszystkich ludzi, którzy stawiają się na umówioną godzinę, tylko ostentacyjnie każe na siebie czekać? Dlatego nie wycofuję się ze swoich słów i cały czas się pod nimi podpisuję. Żeby być prawdziwym mistrzem świata, trzeba też - jako człowiek - coś sobą prezentować. Dlatego jeszcze bardziej mnie boli, że nie zdołałem go pobić.

Od walki upłynęło niespełna dwa tygodnie. W tej chwili znajduje pan więcej odpowiedzi, czy wręcz przeciwnie - w pana głowie mnożą się nurtujące pytania?

- Szczerze przyznam, że całkowicie odciąłem się od mediów społecznościowych. Mnie tam dzisiaj nie ma, nikt mnie nie znajdzie. Chciałem poświęcić czas mojej rodzinie. Przebywam głównie z córeczką, moją kobietą i wspólnie spędzamy całe dnie. Dlatego, co też będzie stwierdzeniem prawdy, za dużo o tej walce nie myślałem, bo tak naprawdę jeszcze jej nawet nie oglądałem. Można powiedzieć, że na razie temu wszystkiemu przyglądam się z boku, choć na pewno już wysnuwam jakieś wnioski, typu co powinienem zrobić, czego nie, a także jak chciałbym, by wszystko wyglądało w przyszłości. Celem na pewno jest powrót w miejsce, w którym byłem. Jak już powiedziałem, w moich oczach straciłem własną twarz, zawiodłem kibiców i swoją rodzinę, ale przede wszystkim zawiodłem sam siebie. Dlatego chcę jak najszybciej wrócić walką z dobrym rywalem, choć nie mówię, że od razu z absolutnego topu. Tak w tej chwili wyglądają moje przemyślenia, bo do wysnucia poważniejszych koniecznie potrzebuję obejrzeć walkę, co pewnie nastąpi jeszcze w tym tygodniu.

Odseparowanie się od mediów społecznościowych wynikało z konkretnych pobudek? Nie chce pan napatoczyć się na przykre komentarze czy opinie?

- Powód jest jeden - teraz najważniejsza dla mnie jest rodzina, którą przed walką siłą rzeczy musiałem zaniedbać. Cieszę się każdą chwilą z córeczką, a tych w ostatnich miesiącach nie miałem za wiele. Życie internetowe oczywiście daje możliwość podtrzymywania kontaktu z rzeszą ludzi, ale nie zajmuje na liście moich priorytetów pierwszego miejsca.

Podziela pan opinię, choć pewnie trudno znaleźć w niej pełne pocieszenie dla porażki, że czasami lepiej przegrać jedną walkę z rywalem tego pokroju, co Andrade niż wygrać dziesięć innych, z których niczego nie dowiedziałby się pan o swoich brakach i niedostatkach?

- Z jednej strony faktycznie nigdy nie ma radości z porażki, bo przecież każdemu z nas chodzi o wygrywanie, natomiast rzeczywiście wiele się o sobie dowiedziałem. Poza tym jakieś nazwisko już mam, a nie jestem zawodnikiem, który znalazł się blisko pasa przez przypadek i nagle wypadnie z gry, choć wiadomo, że porażka bardzo boli. A styl, w jakim zostałem pokonany, boli jeszcze bardziej. Dlatego ta walka jest niesamowitym materiałem do analizy, bo pokazuje, gdzie popełniliśmy błędy i jakie mam braki. Plus jest taki, że na tak trudnego stylowo rywala w tej wadze już nie trafię, wobec czego tym więcej trzeba wyciągnąć z tego, co się wydarzyło.

Andrade nie jest takim typem pięściarza, z którym mając pomysł, jak się do niego dobrać, groziłby wielki uszczerbek na zdrowiu, jak choćby ze strony Saula Alvareza lub Giennadija Gołowkina. Pytanie jest jednak inne: jak dobrać się do takie spryciarza, który w zarodku kasował pana wszystkie zamiary?

- Otóż to, praktycznie od początku walki zachodziłem w głowę, jak mam się do niego dobrać. Jednak nie znajdowałem żadnej odpowiedzi, bo facet wyeliminował mi wszystkie atuty. Widać, że w jego zespole praca trenerów była doskonała, w efekcie czego rozłożyli mnie na czynniki pierwsze. Nie powiem, że wygrali ze mną jeszcze przed walką, ale na pewno mieli na mnie doskonały plan, co do którego wiedzieli, że będzie na mnie idealnie skrojony.

Pan po walce wyraźnie wziął w obronę trenera Wilczewskiego, którego jedni mniej, a inni bardziej zaczęli obarczać odpowiedzialnością za styl, w jakim pan przegrał. Jednak przy tym całym okazanym wsparciu nie rozwiał pan wątpliwości, czy nadal będziecie razem trenowali. Dzisiaj jest już pan w stanie powiedzieć, że "Wilk" pozostanie pana szkoleniowcem?

- To, z kim będę pracował i co robił dalej, jest sprawą między mną, trenerem i całym teamem, ale najpierw muszę zobaczyć walkę. Powiem tylko, że na dziś nie wyobrażam sobie, żeby się z Piotrkiem rozstawać. Natomiast na pewno będziemy musieli zmienić pewne rzeczy w naszych przygotowaniach.

Konkretnie jakie?

- Na przykład nie Dzierżoniów, tylko wyjazdy do Stanów Zjednoczonych. Jednak potrzebuję jeszcze trochę czasu, by wszystko przemyśleć, spotkać się z promotorami oraz Piotrkiem i wtedy wszystko dogadać.

W każdym razie nie widzi pan podstaw, by dołączyć do chóru krytyków i wytknąć błędy trenerowi? Wiele mówi się o komunikacji w narożniku, o komendach przekazywanych przez trenera między rundami. Z drugiej strony przecież pan doskonale zna Piotra, a jest takie powiedzenie, że widziały...

- Widziały gały co brały, dokładnie! Ale ja zapytam inaczej: kto to mówi? Przecież to prawdopodobnie krytyka ze strony ludzi, którzy sami nigdy nie mieli styczności z boksem na takim poziomie. Nie przejmuję się osobami, które w internecie coś takiego piszą, bo to są teoretycy, którzy oglądają boks lub trochę potrenują. Nie jestem bufonem, dlatego mogę posłuchać ludzi, którzy naprawdę znają się na boksie, swoje przeszli w ringu i czują ten sport od podszewki. Opinie takich autorytetów jak najbardziej mnie interesują. A z głosów pozostałych, nawet dziennikarzy, którzy w teorii mogą być świetni, ale na salę pójdą raz na jakiś czas, nawet trochę się śmieję.

Czy w takim razie, w ostatnich dniach, dotarła do pana opinia fachowca, którą już wziął pan sobie do serca?

- Nie, ale to dlatego, że ja naprawdę nie blefuję, gdy mówię, że całkowicie odciąłem się od wszystkiego. Teraz oczkiem w głowie są moi najbliżsi. Nawet nie wiem, kto i co mówi na mój temat, bo tylko raz na jakiś czas "odpalam" strony bokserskie i na tym kończę.

Rozmawiał Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje