Reklama

Reklama

Boks. Krzysztof "Diablo" Włodarczyk zdecydowanie odpowiada Arturowi Szpilce

- Kim Artur Szpilka będzie w kategorii junior ciężkiej? Przede wszystkim promotor Andrzej Wasilewski ma w sobie litość. U niego ta cecha tak się właśnie nazywa. Dlatego podejrzewam, że nie da mu zrobić krzywdy i więcej będzie boksował w Polsce, a mniej wyjazdowo, żeby czasem nie przegrał. Tak to widzę. Jak nazywa się takiego zawodnika, który tu pojedzie i wygra, tam pojedzie i przegra? - mówi w rozmowie z Interią były mistrz świata w kategorii cruiser Krzysztof "Diablo" Włodarczyk, odpowiadając na ostatnią zaczepkę Artura Szpilki przy okazji występu wieliczanina w Sosnowcu.

Artur Gac, Interia: Oglądał pan walkę wieczoru gali w Sosnowcu?

Reklama

Krzysztof "Diablo" Włodarczyk: - Nie oglądam takich rzeczy, a szczególnie z udziałem takich ludzi.

Na pewno nie sposób powiedzieć, że ze sportowego punktu widzenia cokolwiek pan stracił.

- O tym kimś za wiele nie chcę mówić. A o przeciwniku? Tu nawet nie ma co mówić o rywalu. Ten zawodnik wyszedł po to, żeby się przewrócić. I tyle.

Przed walką pojawiały się nawet brutalne oceny, porównujące umiejętności Włocha Fabia Tuiacha do... worka treningowego.

- Ale to nawet nie był worek treningowy. Gdyby to był prawdziwy worek, to przynajmniej przez cztery rundy trwałby w ringu.

Wydaje się, że takie walki - przynajmniej w randze pojedynków wieczoru - absolutnie nie powinny mieć miejsca, choćby przez wzgląd na budowanie wizerunku boksu.

- Powiedziałbym, że to cios w sport.

Po walce, w rozmowie z dziennikarzami, znów wrócił temat pana pojedynku z Arturem Szpilką, o czym głośno wypowiedział się pana adwersarz, mówiąc, że w najbliższych miesiącach w tzw. limicie umownym chętnie stoczyłby taką walkę.

- Nawet powiedziałbym, że zostałem obrażony.

To też, bo konkretnie z ust Artura padło takie zdanie: "może Ruda w końcu się nie przestraszy i przyjmie wyzwanie. (...) To jest cykor, tej walki w ogóle nie chce, a gada".

- Ruda, czyli dodatkowo w kontekście płci przeciwnej... To ja pytam, jak można nazwać tego człowieka? Chorzy ludzie tak nieraz mają, że obrażają kogoś, bo sami są bezwartościowi. Więc aby poczuć się trochę lepiej, najlepiej im zaatakować innych. Współczuję temu upośledzonemu człowiekowi, który ma problem sam z sobą. Bo tak naprawdę jedyne, z kim on może boksować, to sam z sobą przed lustrem. A po drugie niech dobrze spojrzy w to lustro.

W jakim celu?

- Bo to twarz nieskalana intelektem i wzrok tęskniący za rozumem. Przecież on wygląda, jakby miał wodogłowie. Taki ktoś nie może mnie wyprowadzić z równowagi. Bo gdybym się poczuł obrażony, to pewnie bym pojechał do Sosnowca... Jednak ja nie muszę schodzić do poziomu małp, między normalnymi ludźmi to rzecz niespotykana. Jeśli będę miał ochotę z nim zaboksować, a on ze mną, to sprawa jest prosta: siadamy, pertraktujemy warunki i boksujemy. W sporcie ludzie mają do siebie szacunek.

Rzecz w tym, że publiczne dyskusje na temat waszej walki przypominają telenowelę, a konkretów jak nie było dwa lata temu, tak nadal ich nie ma.

- Dokładnie, zgadzam się, to już przypomina serialowy tasiemiec.

I co pan na to?

- Jak wszystko będzie się zgadzać, to możemy boksować. Nawet za tydzień. Nie ma problemu. Tylko niech ktoś chce to zorganizować i niech zaproponuje cenę, bo ja nie wyjdę, żeby się bić za frajer. Nie potrzebuję jałmużny. A jeśli jemu jest potrzebna, to widocznie musi boksować, bo nie ma innych perspektyw. A ja mam alternatywy i poradzę sobie w życiu bez boksu.

Zdaniem Artura jest dokładnie odwrotnie. To znaczy pan publicznie rzekomo podtrzymuje gotowość stoczenia takiej walki, ale jak przychodzi co do czego, to gaśnie w panu zapał.

- Ja się tylko pytam, kto będzie za to płacił? Odpowie mi pan?

To jest bardzo dobre pytanie.

- No właśnie. Jeśli on jest takim dobrodziejem, to nie ma problemu. Niech wyjmie pieniądze ze skarpety i możemy boksować.

Wiadomo, że to nie nastąpi. Pytanie, czy wasz pojedynek byłby w stanie wygenerować na polskim podwórku takie zainteresowanie, by można było doprowadzić do takiej konfrontacji. Wszak najtrudniej byłoby udźwignąć wasze oczekiwania finansowe, bo pan chciałby zarobić bardzo godnie, a nie jest tajemnicą, że Artur również ma wielki apetyt.

- To, co on by chciał, tak naprawdę mi powiewa. Z nas dwóch to ja jestem zawodnikiem utytułowanym, więc w porównaniu do niego, mogę żądać. Z kolei on niestety może chcieć tyle, ile ktoś mu da.

Z pana punktu widzenia to zupełne odwrócenie ról.

- Jemu właśnie dużo się wydaje. Ma poczucie, że jest nie wiadomo jak wielką gwiazdą, a tak naprawdę w świecie sportu... Nie mogę powiedzieć, że nie jest sportowcem, bo w porównaniu do innych nim po prostu jest, ale niestety dla niego nie należy mu się tyle kasy, ile by oczekiwał. Należy mu się tyle, ile może ustalić z promotorem, z panem Andrzejem Wasilewskim i Piotrem Wernerem. Natomiast ja mogę żądać więcej.

Czyli pana zdaniem zarobki powinny być adekwatne do dorobku sportowego, a nie uzależnione od popularności, która w przypadku Artura jest spora?

- Ale jaka znowu jego popularność? Z tego, co jakiś czas temu ktoś mi mówił, w świecie wirtualnym popularność można zyskać, ale też można ją sobie kupić. Ja, od kiedy jestem z moją obecną partnerką, czyli od niespełna trzech lat, staram się dbać o swój dobry wizerunek i przestałem robić głupie rzeczy, które wcześniej mnie stopowały. Poza tym w ogóle przestałem zwracać uwagę, że tak powiem brzydko, na idiotów, tylko zająłem się sobą.

Sugeruje pan, że u Artura tak może wyglądać budowanie popularności?

- Tak słyszałem, że w społeczność internetowej można sobie "kupić" parę tysięcy "lajków". Ja się w to nigdy nie bawiłem, bo nie kupuję swojej popularności. Nie będę się w ten sposób sprzedawał. Jeszcze parę lat temu popularność zdobywało się osiągnięciami i tym, co człowiek sobą reprezentował w świecie realnym, a więc popularność była rzeczywista. A dzisiaj mamy zalew różnej maści "influenserów", lecz gdybyśmy tylko wyłączyli internet, to ci ludzie w jednej chwili by zniknęli, nagle nikt by ich nie znał i nie kojarzył, kim są. Ja swoją markę budowałem przez lata i gdyby teraz, nagle, skończyła się era portali społecznościowych, to - niestety dla niektórych - kibice nadal będą wiedzieli, kim jest Krzysztof Włodarczyk.

To tylko pokazuje, że między panem i Arturem nie ma żadnego wspólnego mianownika. "Szpila" uważa, że to on jest panu potrzebny, a nie pan jemu. Dodał, że zaraz sobie zejdzie do kategorii junior ciężkiej i będzie, swoim zdaniem, jak za pstryknięciem palcem, w gronie 5-10 najlepszych cruiserów.

- Niestety nie będzie. "Ajtuj Szminka" nie będzie w Top 10. Nie będzie też w najlepszej "15", ani nawet w "20".

A kim może być w tej kategorii?

- Kim będzie? Przede wszystkim promotor Andrzej Wasilewski ma w sobie litość. U niego ta cecha tak się właśnie nazywa. Dlatego podejrzewam, że nie da mu zrobić krzywdy i więcej będzie boksował w Polsce, a mniej wyjazdowo, żeby czasem nie przegrał. Tak to widzę. Jak nazywa się takiego zawodnika, który tu pojedzie i wygra, tam pojedzie i przegra?

Journeyman? Naprawdę?

- Tak, dokładnie. A wracając do meritum, on mi tu nie jest do niczego potrzebny. Tym bardziej do szczęścia. Ja mam trójkę dzieci, mam dla kogo żyć i jedyne, na czym najbardziej mi zależy, żeby było zdrowe. Niczego bardziej na świecie nie pragnę. A jak jest z tym osobnikiem? Jeśli ktoś mówi o tobie złe rzeczy, to głównie dlatego, że o sobie nie może powiedzieć nic dobrego. Z tego względu totalnie się nim nie przejmuję, a tylko naprawdę, szczerze, współczuję mu jego frustracji. To zagubiony człowiek, bo obraża dlatego, żeby poczuć się, jaki z niego macho. Powiem jeszcze jedno.

Słucham?

- Ja na jego miejscu, naprawdę, to za przeproszeniem chodziłbym kanałami. Mam na myśli to, co zrobił, a mówiło o tym dwóch kolegów, szczególnie jeden z Białegostoku, o takim samym imieniu jak moje. Ja bym się tego wstydził. Powiem więcej, ze wstydu bym się spalił i nie chciałbym, żeby ktokolwiek o tym wiedział, a już tym bardziej mówił. Przeprosiłbym tych ludzi i nie chciałbym, aby w ogóle poruszali mój temat.

Artur też mówi o pana niehonorowym zachowaniu, gdy po tym, jak dał panu przed salą treningową "w trąbę", miał pan go straszyć.

- Gość zaatakował mnie, gdy obie ręce miałem zajęte, bez pardonu uderzył mnie w twarz i na tej podstawie uważa się za chojraka? Co to jest za kozak? Kozak z firmy "wozak", zwykły pajac. Czym się tu chwalić? Jak to porównać do wydarzeń z 2000 roku, gdy grupa 15-20 osób zaatakowała mojego brata? Mając wtedy 19 lat rzuciłem tekstem, czy już nie mają kogo bić i niech sprawdzą się z równymi sobie. Nagle ta cała wataha, jeden po drugim, zaczęła do mnie startować, a gdy kilku padło, reszta się wycofała. Sprawa jeszcze miała ciąg dalszy, w międzyczasie przyjechała policja, ale zmierzam do tego, że to jest moment próby, w którym możesz "przykozaczyć". 

Ja w kilku przypadkach mogę nazwać się bohaterem, jak np. wtedy, gdy razem z trenerem Fiodorem Łapinem uratowaliśmy wisielca w Lasku Bielańskim przy AWF-ie. Zdjęliśmy tego mężczyznę i ocaliliśmy mu życie. Z kolei w wieku 8 lat uratowałem brata, który wpadł do szamba. Zanurzyłem cały tułów w tym syfie i go wyciągnąłem. Gdyby nie to, dzisiaj byłbym bez niego. To jest bohaterstwo, a nie sytuacja, gdy atakujesz drugiego człowieka z zaskoczenia, z tzw. partyzanta. Byłem jaki byłem, ale od 24 lat jestem sportowcem. Nie mogę sobie zarzucić, że brałem "koksy" na jakąkolwiek walkę, ani nie mogę mieć do siebie pretensji, że faulowałem lub robiłem rywalom coś złego. To niech ten człowiek spojrzy w lustro i odpowie z ręką na sercu, z twarzą skierowaną ku Bogu, czy jest taki czysty. Poza tym z każdym człowiekiem, z godnością, mogę przywitać się prawą dłonią, bo w porównaniu do pewnych ludzi obie ręce mam czyste. W dodatku mogę przejść ulicami każdego miasta, z podniesioną głową, nie musząc oglądać się za plecy.

Rozmawiał Artur Gac

Dowiedz się więcej na temat: boks | Krzysztof 'Diablo' Włodarczyk | Artur Szpilka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama