Reklama

Reklama

Boks. Krzysztof "Diablo" Włodarczyk dla Interii: Znowu mam wielką miłość

- Zakochałem się w córce, to niesamowite uczucie. Kiedy we wrześniu urodziła się mi Maryśka, to byłem taki trochę dziwny, jakiś nieswój, dopiero kiedy przyjechała do domu i była ze mną cały czas, to proszę mi wierzyć, strasznie mnie w sobie rozkochała. Dawniej, kiedy rodził się syn, miałem do niego ogromną miłość, bo to mój pierworodny, z czasem ta miłość się jednak trochę rozhulała, rozbujała, choć w dalszym ciągu jest wielka, tak jak do wszystkich moich dzieci. Chciałbym wykształcić Marysię, kiedy dorośnie, chciałbym pokazać jej świat, chcę być dobrym ojcem, żeby potem, kiedy dzieci dorosną, byli dobrymi ludźmi - mówi w szczerej rozmowie z Interią były mistrz świata organizacji WBC i IBF w kategorii junior ciężkiej Krzysztof "Diablo" Włodarczyk.

Zbigniew Czyż, Interia: Panie Krzysztofie jak wygląda teraz pana dzień?

Krzysztof "Diablo" Włodarczyk: - Osiemdziesiąt procent tygodnia spędzamy na wsi, dzień wygląda dosyć rozkosznie. Wstajemy wcześnie rano, Marysia budzi nas o szóstej, są dwie, trzy godziny zabawy z córką, potem idzie na pierwszą drzemkę, a my jemy wspólne śniadanie. Lubię ten czas między drzemkami Marysi spędzać na gospodarstwie. Tam jest zawsze coś do roboty, a moją siłą zawsze gdzieś pomogę. Dużo spacerujemy po lesie, totalna dzicz, zero ludzi. Dla mnie to pełna rokosz, porównując to do czasu, kiedy na przykład przygotowuję się do walki.

Reklama

Czyli uciekliście przed wirusem z Warszawy?

- W sumie tak, poza tym remontujemy dom, więc od czasu do czasu jesteśmy w Warszawie. Przy małym dziecku spędzanie czasu na wsi jest idealnym rozwiązaniem. Świeże powietrze, dużo przestrzeni i ciągły kontakt z naturą. Można wypić kawę w spokoju, położyć się na trawie, kiedy temperatura pozwala, jesteśmy praktycznie cały czas w ogrodzie.

Domyślam się, że jest zatem także odpowiednie miejsce, żeby wykonać trening.

- Staram się systematycznie biegać, mamy małą siłownię, więc schodzę tam wieczorami i ćwiczę. 

W tym czasie da się w ogóle skupić na sporcie, na treningach?

- Oczywiście, że tak, cały czas o tym myślę. Myślami wybiegam do przodu, do tego, co będzie, jak to wszystko już się skończy, dlatego cały czas trzeba podtrzymywać formę, żeby później jak wyjdziemy na salę treningową, do ringu, to żeby nie było tak, że startujemy od zera. Nie chcę zmarnować tego czasu, dlatego jest odpowiednia tarcza, są worki, czasami ćwiczenia techniki z kolegą.

W listopadzie stoczył pan w Zakopanem zwycięską walkę z Taylorem Mabiką, wstępnie na koniec tego roku wyznaczony jest pojedynek o wakujący tytuł mistrza świata federacji WBC w kategorii junior ciężkiej z Ilungą Makabu z DR Kongo, jest już wstępny plan przygotowań do tej walki?

- Plany zmieniają się tak jak pogoda, więc jest z tym różnie, ale zgadza się, psychicznie szykuję się walki o mistrzostwo świata. Czy będzie to Makabu, czy ktoś inny, to nie ma wielkiej różnicy. Najważniejsze jest to, żeby odpowiednio się do niej przygotować, z odpowiednim nastawieniem wejść do ringu. Tak naprawdę boksem trzeba się bawić, wiadomo, że wynik jest bardzo ważny, ale ważne jest też to, co dookoła, ważna jest publiczność, moi kibice. Przed walką trenujemy naprawdę bardzo intensywnie, w sparingach potrafię stoczyć nawet około sześćdziesięciu rund. 

Kiedy spodziewa się pan bliższych decyzji co do zarówno terminu tej walki jak i już ostatecznego rywala?

- Trudno to określić, ale myślę, że może to być wrzesień, październik lub listopad.

W związku z całą sytuacją obawia się pan o swoją przyszłość i o to jak będzie wyglądał boks po pandemii?

- Oczywiście, że jest jakiś znak zapytania, czy wszystko będzie dobrze, tak jak wcześniej. Chciałbym jeszcze parę lat fajnie poboksować, na wysokim poziomie. Wiem, że kibice oczekują, żeby dać im trochę adrenaliny, dlatego chciałbym im obiecać, że w najbliższym czasie będziemy więcej ryzykować, żeby walki wyglądały lepiej, były bardziej spektakularne i bardziej cieszyły oko.

A wyobraża pan sobie walkę w ringu bez kibiców, tylko z telewizją?

- Dlaczego nie, jeśli będzie taka potrzeba, to tak. My na przykład cały czas sparujemy bez kibiców, więc jak najbardziej wyobrażam to sobie. Nie wiem, czy by to przeszkadzało, czy nie, natomiast na pewno byłoby mi przykro, że nie może przyjść na walkę moja najbliższa rodzina, przyjaciele, moi kibice. Taki jednak jest świat na razie, trzeba się do tego dostosować i przecierpieć, dać temu w pewnym sensie swobodę i zrozumienie, żeby nasi najbliżsi nie ucierpieli. Słyszałem ostatnio od mojego przyjaciela, że zmarł jego kolega, dlatego na pewno nie powinno się tego wirusa lekceważyć.

Wracając do początku naszej rozmowy, to chciałbym zapytać jak pan się sprawdza w roli ponownie młodego ojca.

- Dziękuję, choć słowo młodego jest trochę na wyrost (śmiech). Zupełnie inaczej, ponownie mam wielką miłość, ale i większą dojrzałość. Ta mała dama strasznie mnie w sobie rozkochała. Kiedy rodził mi się syn miałem do niego ogromną miłość, w dalszym ciągu ją mam, to mój pierworodny, z czasem ta miłość się trochę rozhulała, zresztą muszę podkreślić, że do wszystkich moich dzieci, a mam ich troje, jest taka sama, jest wielka. Chciałbym je kształcić, pokazywać im świat i chcę być dobrym ojcem, po to, żeby kiedy one dorosną, byli dobrymi ludźmi.

Oglądał pan walkę Artura Szpilki z Siergiejem Radczenką, po której doszło do wielkich kontrowersji? Niektórzy eksperci twierdzą, że Polak nie zasłużył na wygraną, że doszło do wielkiego skandalu, co pan na to?

- Powiem tak, w mojej karierze rożnie bywało, z różnymi komentarzami się spotykałem i wcale nie byłem obrażony, że ktoś określił moją walkę tak, czy siak. Trudno, czasami boksuje się tak, a czasami inaczej. Myślę, że trzeba mieć tak zwany samosąd, czyli mieć świadomość jak się walczyło. Można się nie odzywać, nie komentować i tak dalej. U mnie też tak bywało, że komentatorzy sportowi i koledzy pięściarze mówili tak, czy owak, jednemu może się podobać, innemu nie. Czasami jest lepiej brzydko wygrać niż pięknie przegrać, trzeba umieć umówić rewanż i wtedy się zadecyduje, kto tak naprawdę jest lepszy. Przyznam szczerze, że nie oglądałem tej walki, słyszałem tylko z opowiadań, czytałem także komentarze.

- Chcę podkreślić, że wszystko, co jest związane z tą osobą, kompletnie mnie nie interesuje, natomiast sam się spotykałem z różnymi sytuacjami, które mnie bolały, ale jeśli ktoś myśli i jest taki mądry, że zrobi to lepiej, to niech wejdzie do ringu i zrobi to lepiej. Nie widzę chętnych...

A co pan sądzi o Marcinie Najmanie, o nim również jest ostatnio głośno, niektórzy twierdzą wręcz, że to nadużycie nazywać go sportowcem.

- Marcina Najmana znam około piętnastu lat. Powiem tak, on jest sam w sobie niesamowitą postacią, robi coś, w czym czuje się dobrze i ja tego nie oceniam. Kiedyś między nami doszło do jakiejś awantury, ale już wszystko sobie wyjaśniliśmy. Marcin robi to, co uważa za słuszne, każdy jest kowalem swojego losu. Chciałbym w tym miejscu podkreślić, że są w naszym środowisku osoby, które tak naprawdę nic nie zrobiły, a robią z siebie nie wiadomo jak wielkie gwiazdy i postacie.

- Najman w tym środowisku istnieje wiele lat, tak naprawdę gdyby z nim usiąść na spokojnie i porozmawiać, to dostalibyśmy jego inny światopogląd na całą tę sytuację. Sam uważa, że to co robi, robi dobrze, to się sprzedaje, ludzie to kupują i chwała mu za to, nie robi nikomu krzywdy, nie okrada nikogo, że ktoś kupuje płatną telewizję i potem to ogląda. Moim zdaniem fakt, że stanął do walki z Mariuszem Pudzianowskim, to wykonał super robotę, wyszedł do walki z jednym z najsilniejszych w swoim czasie ludzi na świecie. 

Marcin Najman jest według pana sportowcem, czy nim nie jest?

- Marcin Najman robi to, co uważa za słuszne. Inni siedzą przed komputerami i hejtują, nic nie robią poza dłubaniem w nosie. Ostatnio w telewizji pokazywali tak zwany e-sport, a ja się pytam, co to ma wspólnego ze sportem skoro ma ten wyraz w swojej nazwie? Zobaczyłem za przeproszeniem tłuste dziecko, które jeszcze chwila i będzie wytaczało się spod biurka. To dla mnie paranoja. Sport to przede wszystkim poświęcenie, to ciężka praca, codzienna dyscyplina, gotowość do wyrzeczeń, do rezygnacji z codziennych przyjemności, na które większość naszego społeczeństwa może sobie pozwolić. Ale sport to również wielka pasja, której oddaje się swoje serce. A tego oszukać się nie da.

Rozmawiał Zbigniew Czyż



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje