Reklama

Reklama

Boks. Fiodor Łapin przed galą w Gniewie: Chcemy by polskie orlęta stały się orłami

Chodzi o to, by polskie orlęta stały się orłami, wiemy, że takich chłopaków najlepiej wychować od początku, przyglądamy się nawet piętnastolatkom, ich karierze amatorskiej. Chcemy, żeby nic im nie przeszkadzało w rozwoju, bo czasami kariery kończą się bo nie ma pieniędzy, nie ma pomysłu, nie ma trenera czy sparingpartnerów” - mówi Fiodor Łapin, szef sportowy Queensberry Polska - jak zawsze szczerze o planach i o tym, że jego marzeniem jest skoncentrowanie się tylko na ukochanym sporcie.

Przemysław Garczarczyk: Fiodor, znamy się kilkadziesiąt lat i jedno o Tobie zawsze wiedziałem: lubisz ciszę. Ciężka praca trenera na obozach przygotowawczych, później w narożniku, ale światła reflektorów nie były dla Ciebie. Teraz jest to już niemożliwe.

Reklama

Fiodor Łapin: - Dalej nie chciałbym być na świeczniku, występuję, kiedy muszę, bo w tej nowej roli nie wystarczy być na sali i ciężko pracować. Teraz trzeba tłumaczyć, o co w tej nowej pracy, w tym nowym projekcie chodzi. Lepiej to wytłumaczę ja i przyjaciele zaangażowani niż ktoś, kto na tym się nie zna, albo czasami próbuje coś tam po swojemu interpretować. Ale ciągle jestem na sali, mamy przygotowania do trudnych walk Krzyśka Głowackiego i Kamila Szeremety, a oprócz tego mam dużo innych obowiązków.

Tworzy się wokół Ciebie sztab ludzi, którzy będą wspólnie pracować w Queensberry Polska, bo to projekt obszerny: część zawodowa, praca z tymi, którzy mają wkrótce odnosić sukcesy na ringach Europy, później świata plus pomoc w rozwoju tych polskich talentów o których wie niewielu.

- Potrzebowałem takiego wyzwania, zdecydowanie tak. Wiadomo, że nie jestem osobą, która gdzieś narzeka, nie wynoszę brudów z szatni, czy z klubu. Chyba, że nastąpi mi ktoś mocno na odcisk, to potrafię odpowiedzieć, ale to już musiałbym się mocno zdenerwować, bo są granice wszystkiego. Queensberry Polska to  wyzwanie i fajna grupa - połowa to strona angielska Franka Warrena, którego już dawno poznałem, podobnie jak ty i ja, Frank  lubi pięściarski "old school". Wrażenie Warren robi niesamowite, pogadałem z nim troszkę o boksie - nagle zrobił się młodszy o kilkadziesiąt lat, kiedy zaczęliśmy rozmawiać o walkach Sugar Ray Robinsona, Muhammada Alego, Franka Bruno, Naseema Hameda czy o walce Hatton - Tszyu. Brakowało mi czegoś  takiego, to jest gość na takim poziomie. Moim zdaniem, już mówiąc o biznesie - to jest taka maszyna biznesowa , którą on sam stworzył, bo tych fachowców w środku trochę tam jest. I polska strona - osoba, którą najbardziej widać czyli Mariusz Krawczyński, ale jest też Emil Jędrzejewski i Paweł Gasser: każdy z nich ma swój obszar działania i każdy z nas zdaje sobie sprawę jak wiele pracy jest przed nami.

Z nich wszystkich jestem w boksie najdłużej, wiem jak to wygląda. Ważne bo sukcesy biznesowe z innej dziedziny nie jest łatwo przenieść na sport. Boks zawodowy, widzimy co się dzieje w Polsce, nie ma żadnych reguł, generalnie jest wolnoamerykanka. Fajnie, że jest to grupa przyjaciół , gdzie jeden uzupełnia drugiego, jeden pomaga drugiemu. I wierzy w to co robi, a jak praca cieszy, to można pracować najciężej jak się da.

Wiadomo, że nie jest to projekt na sześć miesięcy czy na rok - możesz zdradzić na jak długo podpisałeś umowę z Queensberry Polska?

- Nawet nie rozmawialiśmy o latach. Stwarzamy coś od nowa, zdajemy sobie sprawę, że projekt nie będzie gotowy za dwa lata. Wchodzę tam, gdzie wierzę, że będzie wynik. Kiedy zaczynałem pracę w Polsce, moje pierwsze zdanie było, że interesują mnie tylko tytuły mistrza świata. W 2003 roku to była mrzonka - gdyby ktoś wtedy nas podsłuchał, to by nas wyśmiał. Dopiero dwa lata później "Diablo" Włodarczyk wszedł do pierwszej dziesiątki rankingu WBC i to było świętowanie prawie takie, jakby został mistrzem. Przez takie momenty przeszedłem i wiem jaka ciężka praca - na wielu płaszczyznach, bo sala treningowa to tylko część - nas czeka. Trzeba stworzyć zaplecze na miejscu, bo choć Frank Warren gwarantuje część sportową, wierzę moim przyjaciołom, że to zaplacze w Polsce będzie. Wierzę, bo ich znam, wiem na co ich stać - już to pokazują. Myśleć, żeby coś porobić przez najbliższe 2-3 lata, a potem zobaczymy jak będzie...nie, to nie ja.

Byłbym wariatem jakbym powiedział, że zaraz będziemy mieli mistrzów. To nie tak: wiemy, że te nazwiska w Polsce są, musimy je wychować. Wiadomo też, że zanim młodzież u nas wychowamy, ktoś ich musi pociągnąć - i tu są różne warianty. Chcą do nas przyjść zawodnicy z Rosji, Uzbekistanu, Francji, Kanady - nie tylko medaliści mistrzostw świata amatorów. Są na przykład pięściarze, którzy mają w zawodowstwie 18 zwycięstw bez porażki, mają walczyć pojedynki eliminacyjne do pasa mistrza świata.  Mówiąc do nas, myślę nie o teamie Franka Warrena w Anglii, tylko Queensberry Polska.

Ważne - to my będziemy wybierać czy nam taki zawodnik będzie pasował czy nie. Tutaj moja rola, bo wiesz jak to jest z tymi bokserskimi rekordami. Czasami te rekordy, a umiejętności pięściarskie to zupełnie inne rzeczy, dalekie od siebie. I na naszym podwórku tak się zdarza. Chodzi o to, by polskie orlęta stały się orłami, wiemy, że takich chłopaków najlepiej wychować od początku, przyglądamy się nawet piętnastolatkom, ich karierze amatorskiej. Chcemy, żeby nic im nie przeszkadzało w rozwoju, bo czasami kariery kończą się bo nie ma pieniędzy, nie ma pomysłu, nie ma trenera czy sparingpartnerów. 

Rozmawiamy w listopadzie 2020 roku: twoje życzenie?

- Żeby grupa Queensberry Polska stała twardo na nogach, na zdrowych podstawach. Żeby była grupą, która działa prężne, ma kontakty, ma polskich zawodników, którzy dają nadzieje na przyszłość. Żeby szło tak, jak sobie z grupą przyjaciół marzymy, żeby z nikim się nie kłócić, żeby móc zajmować się tylko sportem. To mi wystarczy.

Przemysław Garczarczyk, Polsat Sport

Dowiedz się więcej na temat: Fiodor Łapin | boks

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje