Reklama

Reklama

Boks. Dillian Whyte wstał z desek i pokonał po "wojnie" Oscara Rivasa

Dillian Whyte (26-1, 18 KO) przyzwyczaił już kibiców, że daje znakomite walki. Przed momentem po kolejnej ringowej wojnie pokonał Oscara Rivasa (26-1, 18 KO), zdobył tytuł mistrza świata wagi ciężkiej federacji WBC w wersji tymczasowej, ale przede wszystkim zapewnił sobie status obowiązkowego pretendenta i walkę z pełnoprawnym championem, Deontayem Wilderem (41-0-1, 40 KO).

Panowie zgodnie ze swoją reputacją od razu przeszli do rzeczy, wchodząc w wymiany w półdystansie. A każdy cios po obu stronach był bity ze złymi intencjami. Anglik drugą rundę rozpoczął od lewego prostego, chcą nieco wydłużyć dystans. Na początku drugiej minuty wystrzelił prawym krzyżowym, znalazł lukę w defensywie rywala i mocno nim wstrząsnął. Kolumbijczyk chwiał się na nogach, ale nie przewrócił się. Zraniony wciąż pozostawał groźny, wyprowadzając potężne sierpy na oślep. Whyte postanowił nieco uspokoić sytuację i wrócił do boksowania, z czego dotąd raczej nie był znany. Po przerwie kontynuował taką taktykę, ustawiając sobie byłego olimpijczyka jabem i strasząc mocnymi hakami na korpus. Rivas polował na jakiś mocny sierp, lecz nie wyczuwał dystansu i zdecydowana większość jego akcji pruło powietrze.

Reklama

W kolejnych minutach Whyte konsekwentnie rozpoczynał swoje akcje podwójnym, czasem nawet potrójnym jabem. W połowie szóstego starcia lewe oko Rivasa zaczęło się zamykać, więc ten postanowił bardziej zaryzykować i za wszelką cenę dążył do półdystansu. I siódma odsłona miała już inny przebieg. Sędziowie mogli ją tak naprawdę wypunktować w obie strony, choć więcej inicjatywy wykazał Kolumbijczyk. W ósmej rundzie początkowo też radził sobie nieźle, ale Whyte zaznaczył ją świetną końcówką. Najpierw trafił prawym podbródkowym i natychmiast poprawił lewym hakiem w okolice wątroby. Widać było, że zranił tym ciosem Rivasa, choć ten ani myślał, by skapitulować i wciąż nacierał.

Wydawało się, że Dillian ma wszystko pod kontrolą, tymczasem prawy podbródkowy Rivasa wysłał go na matę ringu na początku dziewiątej rundy! Anglik przeżywał katorgę, ale przetrwał kryzys i na finiszu tego starcia zaczął odpowiadać swoimi bombami. Ta runda porwała publiczność, a kolejna była równie ciekawa. Co prawda nikt w niej nie był już liczony, za to obaj poszli na przełamanie. Nokaut wisiał w powietrzu. Jeden i drugi miał swoje momenty na tym odcinku, lecz więcej zrobił Anglik i to dla niego prawdopodobnie poszła na kartach sędziów ta runda. W jedenastym starciu tempo nieco spadło. Rivas mając mocno spuchnięte lewe oko nie widział chyba wszystkich akcji rywala, dzięki czemu Dillian trafił go trzy razy prawym krzyżowym.

Czujący swoją przewagę Whyte w ostatnich trzech minutach skoncentrował się przede wszystkim na tym, by nie przyjąć czegoś mocnego. Rivas atakował, lecz nie zdołał przechylić szali zwycięstwa na swoją korzyść. Po ostatnim gongu sędziowie punktowali 116:111 i dwukrotnie 115:112 - wszyscy na korzyść Whyte'a.

Dowiedz się więcej na temat: Oscar Rivas | Dillian Whyte

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje