Reklama

Reklama

Boks. Deontay Wilder wygrał z Luisem Ortizem

Deontay Wilder (40-0, 39 KO) udowodnił, że jest obok Anthony'ego Joshuy najlepszym obecnie pięściarzem kategorii ciężkiej. Amerykanin miał bardzo trudną przeprawę, ale ostatecznie przełamał w nowojorskiej Barclays Centre siejącego postrach Luisa Ortiza (28-1, 24 KO).

Jeszcze kilka godzin wcześniej wydawało się, że do pojedynku w ogóle może nie dojść - Ortiz miał ponoć problemy z przejściem badań na ciśnienie i rozważano zastąpienie go Charlesem Martinem. Na szczęście skończyło się tylko na strachu. Pięściarz z Alabamy wniósł na wagę przed tym pojedynkiem najmniej od lat, co sugerowało, że postanowił w walce z Kubańczykiem postawić na szybkość. I to było widać.

Obaj pięściarze rozpoczęli walkę z dużym respektem do siebie, ale to Ortiz kilkukrotnie zaskoczył czempiona celnymi kontrami. W drugim starciu Wilder co prawda posłał Kubańczyka na matę ringu, ale nie było tam czystego ciosu i sędzia słusznie nie liczył. Amerykanina to jednak mocno rozochociło i rzucił się na rywala, dzięki czemu po kilku nudnych minutach zrobiło nam się między linami gorąco. Ale tylko na chwilę, bo potem znowu wszystko wróciło do normy - tańczący wokół rywala Wilder i szukający półdystansu Ortiz. Tak wyglądały cztery pierwsze starcia.

Reklama

Zanosiło się na ringowe szachy, ale w piątej rundzie w końcu pojawiły się iskry - Wilder zaskoczył "King Konga" celnym prawym sierpowym, poprawił jeszcze jednym mocnym uderzeniem i Kubańczyk znalazł się na deskach. Na jego szczęście do gongu kończącego to starcie zostało tylko kilka sekund.

W szóstej rundzie doszło do kilku ostrych spięć, ale prawdziwe emocje pojawiły się znowu w starciu siódmym - teraz to Ortiz złapał czempiona znakomitym prawym sierpowym i "Brązowy Bombardier" musiał walczyć o przetrwanie. Czempion pokazał jednak charakter i zdołał przetrwać ten kryzys, unikając nokdaunu.

Po tych zrywach obaj byli już bardzo zmęczeni, ale wydaje się, że to pretendent w kolejnych dwóch rundach wywierał presję na mistrzu. Do czasu.

W dziesiątej rundzie zregenerowany Wilder ponownie przedarł się przez obronę Ortiza potężnym prawym sierpowym  i ten mocno "zatańczył" na nogach. Tej okazji mistrz świata nie wypuścił już z rąk - rzucił się na zranioną zwierzynę, posłał Ortiza jeszcze dwa razy na matę ringu i sędzia, być może nawet trochę zbyt późno, przerwał to starcie. Oby więcej takich walk!

Dla Wildera wygrana nad Ortizem była już siódmą skuteczną obroną mistrzowskiego tytułu federacji WBC. Ewentualny pojedynek "Brązowego Bombardiera" ze zwycięzcą potyczki Joshua-Parker zapowiada się więcej niż pasjonująco.


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL