Reklama

Reklama

Boks. Cieślak – Makabu. O co chodzi z tym pay-per-view?

Gdy wydawało się, że emocjami, które towarzyszą piątkowej walce Michała Cieślaka z Ilungą Makabu w Kinszasie, można byłoby obdzielić wiele gal, a niektóre zdarzenia – z racji rangi imprezy – być może długo się nie powtórzą, oliwy do buchającego ognia dolał środowy komunikat o transmisji gali w Polsce w systemie pay-per-view. Czy decyzja o płatnym dostępie do walki Cieślaka o tytuł mistrza świata, ogłoszona na dwie doby przed pojedynkiem, może przynieść sukces finansowy, w co głęboko wierzą promotorzy, czy bardziej prawdopodobne, że zakończy się totalną klapą?

Przy okazji tego przedsięwzięcia właściwie nic, co dzieje się od momentu ogłoszenia walki Cieślaka z Makabu, nie jest normalne. Powiedzieć, że organizacja gali w Demokratycznej Republice Konga jest postawiona na głowie, to jak uciec się do największego banału. Z drugiej strony, gdyby chcieć wymienić każdy element tej układanki, mniejszy lub większy, który nie licuje z kalibrem pojedynku o mistrzostwo świata WBC, uchodzącej za jedną z największych federacji, niniejszy tekst nie miałby końca.

Reklama

W nim rzecz tyczy się forsy. I nie tyle zawodników i promotorów, choć pośrednio także zasobności ich portfeli, ile ekstra wydatku zafundowanego sympatykom boksu i, szerzej, kibicom sportu. Gdy można było odnieść wrażenie, że wszelkie przeciwności i mnożące się komplikacje jeszcze mocniej jednoczą fanów wokół Cieślaka, ów brać podzieliła się w ocenie wprowadzenia, za pięć dwunasta, płatnego dostępu do gali. Inna sprawa, że gdyby obszarem badania były nastroje użytkowników Twittera (owszem, to tylko ułamek szerszej reprezentacji opinii), nie sposób byłoby mówić o symetrii między zwolennikami takiego rozwiązania, a dużo bardziej aktywnymi i wyraźniej artykułującymi swoje niezadowolenie przeciwnikami tej decyzji.

Tu warto sobie przypomnieć, że w założeniu PPV miało być zarezerwowane dla ekskluzywnych imprez sportowych, w tym absolutnie wyjątkowych gal boksu zawodowego, których bohaterowie generują największe zainteresowanie, czyli są powszechnie rozpoznawalni. Jak wiadomo, życie mocno zrewidowało te plany. Ostatni wyśmienity wynik wygenerowała w 2014 roku walka Artura Szpilki z Tomaszem Adamkiem (wykupiono ok. 240 tys. dostępów PPV). Od tego czasu żadna inna gala, pod egidą polskich promotorów, nawet nie zbliżyła się do tego osiągnięcia, choć w międzyczasie do ringu wchodzili czołowi zawodnicy w naszym kraju. 

Warto tu dodać, że absolutny rekord został ustanowiony w 2011 roku. Mowa o gali z walką wieczoru Tomasz Adamek - Witalij Kliczko, przy czym dysponentem praw do starcia we Wrocławiu była stojąca za ukraińskimi braćmi firma K2 Promotions. Wówczas PPV sprzedało się - uwaga - w liczbie 600 tysięcy dostępów!

Dużo czy mało?

Można sądzić, że kibic sportu zaczyna coraz bardziej rozumieć, że za wyjątkowo opakowany produkt w wersji "premium", raz na jakiś czas warto dodatkowo zapłacić, ale... I właśnie to "ale", w odniesieniu do przyjętych standardów i oczekiwanej gwarancji jakości, podenerwowało kibiców na równi z 40 złotymi. Zresztą wysokość kwoty, w tym przypadku, też wywołuje niemałe dyskusje.

Nieoficjalnie wiadomo, że decyzja promotorów, zaaprobowana przez telewizję, zapadła kilka dni wcześniej, ale ważniejsze, że światło dzienne ujrzała dopiero w środę późnym popołudniem, gdy Cyfrowy Polsat zaczął rozsyłać w tej sprawie stosowne komunikaty.

Co kierowało promotorami i w czym upatrują oni optymizm dla wprowadzonego rozwiązania? Udało nam się ustalić, że otoczenie polskiego pięściarza swoją wiarę w powodzenie PPV opiera na dwóch przesłankach.

Pierwszą ma być wielka mobilizacja w rodzinnym mieście Cieślaka - Radomiu, który zamieszkuje ponad 200 tysięcy osób. To właśnie lokalni fani mają stać się głównym nabywcą usługi, a jeśli do tego dołączą rozsiani po całym kraju sympatycy boksu, doceniający rangę pojedynku, sprzedaż ma okazać się wielce zadowalająca. To optymistyczne założenie, bo wydaje się, że rozpoznawalność Cieślaka, patrząc poza środowisko bokserskie, w tej chwili raczej jest szczątkowa.

Druga rzecz to fakt, że o wydarzeniu w Kinszasie, w związku z najróżniejszymi perypetiami polskiego obozu, od kilkunastu dni dużo się mówi i sporo pisze. Istotnie, to fakt. I właśnie, z punktu widzenia sztabu Cieślaka, piętrzące się kontrowersje mają zaważyć na tym, że ludzie zdecydują się zapłacić i będą śledzić na żywo wydarzenia z Afryki. Tu jednak czai się wcale nie mniejsze niebezpieczeństwo, bo ten sam argument "za" dla jeszcze większej grupy potencjalnych klientów może okazać się tym "przeciw". Jeśli bowiem ktoś rzuci okiem, w jakiej scenerii odbywał się trening medialny lub dojrzy przekaz z pierwszej konferencji, to może nabrać obaw, czy w zamian za 40 złotych obejrzy w nienagannej jakości walkę wieczoru.

Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że uczestnikiem przedsięwzięcia jest Andrzej Wasilewski, który współpromuje Cieślaka i odegrał niebagatelną rolę, gdy z przyczyn zdrowotnych z walki z Makabu wycofał się Krzysztof "Diablo" Włodarczyk. Rzecz w tym, że szef grupy Knockout Promotions zwykł wielokrotnie powtarzać, z czym należało się zgodzić, że nieprzemyślane korzystanie z PPV w gruncie rzeczy psuje tę ekskluzywną usługę, zamiast budować jej znaczenie i prestiż. Dziś, w trakcie gorączkowych dyskusji w mediach społecznościowych, kibice przypominają promotorowi właśnie te słowa i prezentowane stanowisko.

50 tysięcy dolarów na przygotowania

Decyzja promotorów jest motywowana finansowo, a zarobek z PPV ma pokryć poniesione wydatki. Dotarliśmy do szacunków, z których ma wynikać, że łączny koszt przygotowań Cieślaka, poczynając od treningów do niedoszłego występu 20 grudnia w Nowym Dworze Mazowieckim, przez pobyt w Stanach Zjednoczonych, po wydłużony obóz z powodu przesuwanego terminu walki z Makabu, jest szacowany na około 50 tysięcy dolarów. Same wydatki na sparingpartnerów miały "pożreć" kilkanaście tysięcy dolarów. Są jednak tacy, którzy poddają w wątpliwość te wyliczenia, twierdząc że najcenniejszym sparingpartnerem był Artur Szpilka, który zdecydował się pomagać rodakowi za darmo. Dla porównania, dotąd najdroższe przygotowania Krzysztofa "Główki" Głowackiego podobno opiewały na kwotę o połowę niższą, czyli 25 tys. dolarów. W momencie, gdy stało się jasne, że nie uda się pozyskać takich pieniędzy od sponsorów, które uzupełniłyby poniesione nakłady finansowe, zapadła decyzja, by poszukać środków z pay-per-view. Optymiści po cichu liczą na sprzedaż usługi nawet na poziomie około 50 tys. subskrypcji.

O właściwą i miarodajną ocenę całego przedsięwzięcia będzie można pokusić się dopiero w chwili, gdy poznamy oficjalne wyniki sprzedaży. Wówczas przekonamy się, czy rację mieli promotorzy, których pomysł przystemplowała telewizja Polsat (przy okazji podejmując ryzyko ewentualnej wizerunkowej wpadki), czy jednak sprawdzi się prognoza kibiców i będących blisko dyscypliny sympatyków boksu.

Galę będzie można obejrzeć na dekoderach satelitarnych, do odbioru telewizji kablowej IPTV i telewizji internetowej oraz na urządzeniach mobilnych. Łącznie w przekazie telewizyjnym znajdą się trzy pojedynki. Dostęp do transmisji można zamawiać w Cyfrowym Polsacie i IPLI. Początek studia o godz. 19.30.

Artur Gac

Dowiedz się więcej na temat: Michał Cieślak | Ilunga Makabu

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama