Reklama

Reklama

Boks. Briedis uważa, że to Głowacki sprowokował go do zadania ciosu łokciem

Owiana złą sławą walka Krzysztofa Głowackiego z Mairisem Bridisem odbyła się w czerwcu ubiegłego roku, ale temperatura wokół niej, z uwagi na kontrowersje, wciąż jest bardzo wysoka. Okazuje się, że łotewski pięściarz, a jednocześnie zawodowy policjant, wcale nie poczuwa się do winy, zwracając uwagę, że wszystko zaczęło się od przewinienia Polaka.

Stawką walki Głowackiego z Briedisem był tytuł mistrza świata federacji WBO w kategorii junior ciężkiej, a także awans do finału prestiżowego turnieju World Boxing Super Series. Zatem było się o co bić, bo gra toczyła się o tytuł i wielkie pieniądze, jakie rzadko można spotkać w tej wadze.

Pojedynek jednak szybko wymknął się spod kontroli, a spora w tym wina również arbitra Roberta Byrda, który stracił kontrolę nad wydarzeniami w ringu. Początkiem szybkiego końca były wydarzenia z drugiej rundy. Istotnie, Polak najpierw uderzył rywala w tył głowy, ale tu zasadne jest postawienie pytania, czy odpowiedź Łotysza była adekwatny do przewiny "Główki", gdy z pełnym zamachem, z impetem wymierzył naszemu pięściarzowi cios łokciem w twarz.

Reklama

Ostatecznie finał sprawy był pomyślny dla strony polskiej. Rację przyznano promującej Głowackiego rodzimej grupie KnockOut Promotions, pozytywnie rozpatrując jej protest, w wyniku czego Briedis został pozbawiony tytułu WBO, a Polak znów stoi pierwszy w kolejce do tego pasa.

Teraz w rozmowie z "Przeglądem Sportowym" 35-letni Briedis zwraca uwagę, że gdyby pojedynek odbył się bez takich fajerwerków, wówczas byłoby o nim cicho. A tak wciąż prowadzone się ożywione i gorące dyskusje.

Zaś, w odniesieniu do samego faulu, Łotysz tak widzi całą sprawę: "Nikogo nie zabiłem, nikogo nie obraziłem. Wyszło jak wyszło. Głowacki uderzył mnie w tył głowy i taka była moja reakcja. Jak miałem mu oddać, stojąc z boku? Eleganccy panowie tak nie postępują. Gdyby Krzysztof zachował się jak dżentelmen, to do niczego by nie doszło" - przekonuje Briedis w rozmowie z red. Przemysławem Osiakiem.

Łotysz przyznał też, że cała sytuacja wywołała wielki gniew kibiców, ale jego zdaniem granice zostały przekroczone, bo niektóre zachowania dotykały także jego rodzinę, w tym dzieci.

"Nawet żona dostawała niemiłe wiadomości. Tłumaczyłem jej: Zobacz, na Łotwie mamy półtora miliona ludzi i głupich nie brakuje. A wyobraź sobie, że w Polsce pewnie jest ich trzydzieści razy więcej" - powiedział czołowy pięściarz kategorii cruiser.

W finale turnieju WBSS, znów na swoim terenie w Rydze, Briedis zmierzy się z Kubańczykiem Yunielem Dorticosem, który po drodze pokonał m.in. Mateusza Masternaka. Pojedynek ma odbyć się 21 marca.

AG

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama