Reklama

Reklama

Artur T. Kowalski: Afera w polskim boksie jest porównywalna z aferą Amber Gold

- Afera w boksie amatorskim, gdyby się dobrze przyjrzeć, jest porównywalna z aferą Amber Gold, jeśli chodzi o zasady działania - mówi w rozmowie z Interią Artur T. Kowalski, były prezes Małopolskiego Związku Bokserskiego i wieloletni organizator prestiżowego, międzynarodowego turnieju bokserskiego w Krakowie o "Złotą Rękawicę Wisły".

Artur T. Kowalski: - Właśnie jestem po lekturze pana artykułu, opartego na wypowiedziach prezesa Polskiego Związku Bokserskiego Leszka Piotrowskiego. Bardzo dobry materiał, ale chętnie dołączę do dyskusji o kondycji mojej kochanej dyscypliny. Wobec tego wszystkiego, co pan prezes porusza, tych wszystkich przepięknych planów, warto dodać kilka impresji.

Artur Gac, Interia: Jaka jest pana opinia?

- Musimy powiedzieć sobie szczerze: problemem polskiego boksu nie tylko jest fakt, że upadły wielkie zakłady pracy i skończył się dopływ gotówki, w postaci etatów dla pięściarzy. Po prostu zmienił się system, trzeba było zmienić zasady działania i dostosować się do nowego rynku. Dlatego uważam, że to jest połowa prawdy.

Reklama

A jaka jest druga połowa?

- Głównymi winowajcami, i mogę to powiedzieć w sądzie, patrząc tym osobom w oczy, jest przynajmniej dwóch gości z boksu zawodowego. W dodatku to faceci, którzy przecież wyrośli z boksu amatorskiego. Przecież śp. ojciec Andrzeja Wasilewskiego był prezesem PZB, wobec czego Andrzej świetnie znał środowisko. Chodziłem z nieżyjącym już Staszkiem Draganem na posiedzenia zarządu, gdzie Andrzej praktycznie dyktował ludziom, co mają robić. Daję panu pełne prawo do cytowania moich słów, bo mówię prawdę.

Jaki formułuje pan zarzut pod adresem Andrzeja Wasilewskiego?

- To, co Andrzej zrobił pięściarzowi Andrzejowi Wawrzykowi, to jedno wielkie draństwo. Najnormalniej w świecie ukradł zawodnika z TS Wisła Kraków, który był mistrzem Unii Europejskiej, już startował na mistrzostwach świata młodzieżowców, a do tego był kapitalnie wyszkolony technicznie przez trenerów Tomasza Winiarskiego i mojego ojca Teofila. Co tu dużo mówić, Wawrzyk był w szerokiej kadrze, przygotowującej się do igrzysk olimpijskich. Nie przez przypadek nazywano go talentem i wielką nadzieją. Powtórzę, Wasilewski zwyczajnie go ukradł, podobnie jak Artura Szpilkę z Górnika Wieliczka, o czym przed laty traktował pewien artykuł, słusznie zatytułowany: "porwany za młodu".

Skupmy się na Wawrzyku i Szpilce.

- Tak jest, to są najbardziej jaskrawe i czytelne przykłady tego, dlaczego nie mamy medali w boksie olimpijskim. Prawda jest taka, że facet, który jeździ bentleyem, ma w nosie zdrowie swoich zawodników i ich przyszłość. Patrzy wyłącznie na własną kasę, dlatego ich zepsuł.

Jak pan to wytłumaczy?

- Proszę spojrzeć: młody zawodnik, który przemierza przez różne turnieje krajowe i międzynarodowe, takie jak "Złota Rękawica Wisły", przechodzi przez paletę walk i sprawdzianów z zawodnikami o różnych stylach. Jeśli zawodnik startuje w mistrzostwach najwyższych rangą, to pokonuje drabinkę etapami, od eliminacji. Tu pojedynki nie są ustawiane. Na takiej arenie sportowiec musi mieć psychikę, charakter i przede wszystkim musi wygrywać. A co robi Wasilewski, Gmitruk, Babiloński i cała reszta?

Co robią?

- Dają zawodnikom na rozgrzewkę "kelnerów", co do których wiadomo, że polegną z kretesem. Jaką to buduje psychikę? A później trafiają na ciut bardziej wymagających rywali i dostają w łeb.

Trzeba dodać, że mało jest przypadków w boksie zawodowym, by zawodnik od początku był prowadzony bardzo odważnie. Inna sprawa, że rywali na tzw. przetarcie potrzeba mu pięciu, a nie dwudziestu.

- Nie, panie redaktorze kochany, błąd. Niech pan popatrzy, jak była prowadzona grupa Klausa Petera Kohla, do której osobiście posłałem Mariusza Wacha, dzięki bardzo dobrym relacjom z Krzysztofem Buschem. Tam była cała plejada gwiazd, ale oni wszyscy poszli do grupy zawodowej dopiero, jako medaliści wielkich imprez amatorskich, z ukształtowaną psychiką do wygrywania z najlepszymi. Oni tam nie uczyli się bicia z "kelnerami". Natomiast uczyli się innego, motorycznego podejścia do walk, które sukcesywnie wydłużały się z systemu trzech-czterech rund.

Koniec końców Mariusz Wach wrócił do Polski...

- Gdyby Mariusz, gdy dostał propozycję kontraktu, zdecydował się pójść do Kohla, byłby w innym świecie. A tak w głowie zamieszał mu Gmitruk i to on, powiedzmy sobie uczciwie, skończył mu karierę.

Wszystko dobrze, ale dlaczego grupa Uniwersum chciała wziąć Wacha, skoro Polak nie miał w dorobku żadnego tytułu?

- Już panu odpowiadam. Zaczęło się od tego, że Mariusz pojechał do Hamburga na tygodniowe sparingi, jeszcze jako początkujący senior, przed swoim pierwszym tytułem mistrza Polski. Na miejscu zobaczyli ponaddwumetrowego chłopaka, który był idealnym sparingpartnerem dla Kliczków. Dlatego go chcieli. Czy pan sobie wyobraża, że Wach, który w pierwszym sezonie miał dostać osiem walk, każdą za pięć tysięcy euro, pod okiem trenera Fritza Sdunka i w towarzystwie braci Kliczków, nauczyłby się boksu na tym poziomie, żeby zostać mistrzem świata? Przecież to oczywiste, jak słońce na niebie. To był największy błąd Mariusza, za co winię Gmitruka, który porwał Wacha na skandalicznych warunkach.

Widział pan ten kontrakt?

- Tak, ale niestety nie zrobiłem kopii. W każdym razie, gdyby go pan zobaczył, to załamałby się pan psychicznie. Lepsze warunki ma stróż nocny na "tandecie" (sieć komisów na krakowskim Płaszowie - przyp.) niż miał Wach. Przecież on nie miał ubezpieczenia, nie miał nic! Pamięta pan, gdy uszkodził sobie rękę? Nie miał pieniędzy na leczenie i gimnastykował się na własny rachunek. A Gmitruk go najzwyczajniej w świecie "olał".

Diagnozę pan postawił. Jaka jest recepta na poprawę obecnego stanu rzeczy?

- W październiku 2016 roku, gdy wręczano mi Złoty Krzyż Zasługi, rozmawiałem z ministrem sportu i turystyki Witoldem Bańką. Skierowałem następujące słowa: "panie ministrze, czy nie można wprowadzić takich zasad, jakie są w piłce nożnej?".

Czyli jakich?

- Że nie można, tak sobie, porywać zawodnika. Proszę pana, afera w boksie amatorskim, gdyby się dobrze przyjrzeć, jest porównywalna z aferą Amber Gold, jeśli chodzi o zasady działania.

Aż tak?

- Oczywiście, proszę posłuchać. Zawodnik typu Szpilka, Wawrzyk i cała plejada innych, w boksie amatorskim są przygotowywani za pieniądze. Czyje? Państwowe. A stowarzyszenia są finansowane przez kogo? Przez ministerstwo sportu. Skąd pieniądze otrzymuje Polski Związek Bokserski? Z ministerstwa. Ile lat i nakładów potrzeba, żeby zawodnik od kadeta lub młodzika doszedł do wysokiego poziomu, by wzorem wymienionych zawodowców sięgać po medale mistrzostw Europy? Przecież to kosztowało masę szkoleń, obozów, treningów, żywienia i wyjazdów. Jeżeli to oszacujemy i pomnożymy przez liczbę zawodników, którzy zostali wzięci za darmo przez promotorów bokserskich, to jakie to będą kwoty?! A czy jakikolwiek promotor bokserski zrefinansował komukolwiek koszty szkolenia? A jeżeli tak, to na jakim poziomie?

Zadał pan całą masę pytań.

- Które są odpowiedzią na obecny stan rzeczy w polskim boksie. Dowodzę, że to nie tylko problem braku etatów, ale przede wszystkim łobuzerka promotorów. "Wasyl" jeździ, jak już wspomniałem, bentleyem. A czy dał klubom, które wychowały zawodników, na wychowanie następnego Szpilki lub Wawrzyka? Nie dość, że zmarnował tych chłopaków, łamiąc im psychikę, to teraz przybiera się do Wacha. Mariusz jest już na ostatniej prostej, więc przed emeryturą jeszcze trochę poboksuje.

Bądźmy w pełni sprawiedliwi. Wawrzyk w rozmowie ze mną kiedyś oszacował, że w ciągu pięciu lat bycia reprezentantem Polski, zarobił 5 tysięcy złotych. Przyzna pan, że to żadna gratyfikacja, która mogłaby zatrzymać pięściarzy przy boksie olimpijskim.

- Dlatego podpowiadałem niejednokrotnie, rozmawiając z promotorami, aby zrobili to inaczej. Proponowałem, żeby wybrali sobie zawodnika i finansowali go, tak by miał z czego żyć. W ten sposób doprowadziliby go do medalu olimpijskiego, który gwarantuje mu świadczenie do końca życia, a dopiero po zdobyciu tego najcenniejszego "krążka", podpisaliby z nim kontrakt i zabrali na zawodowstwo. To zupełnie inna sytuacja.

Czy można połączyć jedno z drugim?

- No pewnie. Przecież, jeśli wykaże się taką współpracę, to jest pozycja do negocjowania środków nawet z państwowej puli, na finansowanie tego typu szkolenia, poprzez boks zawodowy. Niestety ludzie przy boksie zawodowym są ślepi, pazerni i głupi. Ta głupota powoduje, że teraz nie mamy już żadnych pięściarzy.

Andrzej Wasilewski chyba zaczął o tym myśleć, bo niedawno wyraził myśl, że może doprowadziłby jakiegoś amatora do igrzysk olimpijskich, które są ukoronowaniem kariery sportowca, a i dla niego byłyby też spełnieniem kolejnego marzenia.

- (śmiech) Andrzej po prostu złapał się na tym, że jak wykończył tych, z którymi mógł sięgać po tytuły, to teraz musi sobie kogoś przygotować od początku. To będzie szalenie trudne, bo talenty nie rosną, jak włosy na głowie. Przecież trzeba paruset chłopaków, którzy przejdą przez salę, aby wyłowić tego jednego, który będzie miał talent i predyspozycje do boksu. Są inne, łatwiejsze i mniej wyrafinowane sztuki walki, które zaczynają dystansować boks, również na polu finansowym. Jedną rzecz chciałbym jeszcze raz powtórzyć.

Proszę bardzo.

- Chciałbym zobaczyć księgowe pozycje grup zawodowych, w odniesieniu do zawodników, wziętych z klubów amatorskich, jako refundacje kosztów, które poniosły kluby, korzystając z państwowej kasy. Innymi słowy, czy zawodowe organizacje rekompensowały pieniądze publiczne. Bo, jeśli nie, to mamy do czynienia z podobnymi sytuacjami zawłaszczenia efektu, za który się nie zapłaciło.

W swoim przekazie jest pan bardzo ekspresyjny. Dlaczego w ogóle pan do mnie zadzwonił?

- Na finiszu kariery organizatora boksu amatorskiego jeszcze chciałbym zrobić coś dobrego i powiedzieć prawdę: ludzie, opamiętajcie się!

Rozmawiał Artur Gac

Stanowisko promotora Andrzeja Wasilewskiego opublikujemy w najbliższych dniach.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy