Reklama

Reklama

Artur Szpilka - prawdziwa historia

Jedni go wielbią i wróżą mu świetlaną przyszłość, inni mieszają z błotem, określając mianem groźnie wyglądającego kelnera, którego błyskotliwa kariera zgaśnie, kiedy tylko trafi w ringu na kogoś, kto ma pojęcie o boksowaniu. Artur Szpilka ma rzesze oddanych kibiców i równie pokaźny tłum przeciwników. Ma charyzmę, dzięki której nie można pozostawać wobec niego obojętnym. Czy "Szpila" przyćmi kariery Andrzeja Gołoty oraz Tomasza Adamka i zostanie pierwszym polskim mistrzem świata wagi ciężkiej?


31 lipca 2009 roku, Seminole Hard Rock Hotel na Florydzie. Trwa podrzędna gala zawodowego boksu. Padają ciosy, leje się krew. Uwaga siedzącej w pierwszych rzędach publiczności koncentruje się jednak nie na tym, co dzieje się w ringu, ale na zawadiacko przechadzającym się w jego okolicach 20-latku. Wśród zainteresowanych chłopakiem gapiów są znani pięściarze: Glen Johnson i Randall Bailey.

- Kim jest ten chłopak? - pytają Andrzeja Wasilewskiego, promotora "Szpili".

- "Endrju", zobacz - mówi Leon Margules z Warriors Boxing Promotions, wskazując na krnąbrnego chłopaka - wiesz, że ubóstwiam Krzysia Włodarczyka jak własnego syna, jestem jego współpromotorem, ale gdyby to on chodził wokół ringu, nikt by na niego nie zwrócił uwagi. Tylko spójrz na niego! - emocjonuje się doświadczony amerykański promotor, obserwując prowokacyjnie zachowującego się i tryskającego pewnością siebie Artura...

Reklama

Dla Szpilki walka na Florydzie była debiutem na amerykańskim ringu. 20-latek z Wieliczki zrobił swoje i w pierwszej rundzie znokautował Jeremy’ego Maya.

Od ulicznego zabijaki po nadzieję olimpijską...

- To zawsze był taki mały łobuz. Odkąd pamiętam, bił się po kątach. Sprawiał problemy wychowawcze - wspomina Jolanta Ziemiecka, mama Artura. Chłopak miał niespożyte pokłady energii. Grał w koszykówkę i piłkę nożną. Trenował też karate. Marzył o tym, żeby zostać bokserem. Postawił na swoim i trafił do Górnika Wieliczka. - Kiedy pierwszy raz przyszedł na trening, miał może 12-13 lat. Zaliczył parę zajęć i słuch o nim zaginął - wspomina pierwszy trener "Szpili", Władysław Ćwierz.

Artur to zapalony kibic Wisły Kraków. Nie ukrywa, że wielokrotnie bił się za swój klub. Prowadził nawet zeszyt, w którym na bieżąco aktualizował bilans ulicznych walk. Jedną z nich chciał stoczyć przed szkołą, kiedy po dłuższej przerwie ponownie spotkał się z trenerem.

Tak całe zajście wspomina trener Ćwierz: - Chłopcy grali w piłkę przed szkołą. Wśród nich był jeden kibic Cracovii. Artur podszedł do mnie i zapytał "Co on tu robi?". Powiedziałem, że trenuje u mnie boks już dwa miesiące. Zaczęło się od wyzwisk, chcieli się pobić. "Nie będą mi się bili przed szkołą" - pomyślałem. Wziąłem ich na salę, ubrałem kaski i rękawice. Szpilka raz dobrze trafił rywala i dalsza walka nie miała sensu. Przerwałem pojedynek, kazałem im podać sobie ręce i zakończyć spór raz na zawsze.

Trener szybko zauważył, że "Szpila" ma talent. Wezwał rodziców Artura na spotkanie i zapowiedział, że chłopak do roku zostanie mistrzem Polski. - Dotrzymał słowa. Włodziu ma rękę do wyłapywania talentów. Postanowiliśmy z mężem dać Arturowi szansę. "Niech wyładuje agresję na treningach" - pomyśleliśmy. Może rzeczywiście boks jest tym, co chce robić w życiu? I tak to się zaczęło - wspomina mama pięściarza.

Artur szybko udowodnił, że ma papiery na boksowanie. - Na turnieju w Żywcu jak palnął prawym sierpem lokalnego faworyta, to ten przeleciał przez pół ringu i padł w narożniku. W pierwszej rundzie było po walce. Sędzia Zbigniew Górski, dzisiejszy prezes Polskiego Związku Bokserskiego, powiedział, że to może być świetny pięściarz. Przyznałem mu rację - relacjonuje trener Ćwierz.

Na kolejne sukcesy nie trzeba było długo czekać. Wygrany prestiżowy turniej O Złotą Rękawicę Wisły, wicemistrzostwo Europy kadetów, ćwierćfinał mistrzostw świata juniorów, mistrzostwo Polski seniorów - to tylko niektóre z kolejnych osiągnięć "Szpili".

Marzeniem Artura był wyjazd na igrzyska olimpijskie w Pekinie. Zabrakło niewiele. - W turnieju kwalifikacyjnym w Atenach przegrał z Litwinem 18-19. Miał pecha. W ostatniej akcji wyprowadził cios na tułów, Litwin uderzył na górę. Sędziowie zobaczyli cios rywala i jemu dali punkt. W finale czekał Grek, którego Artur wcześniej pokonał. Bardzo żałował tej porażki. Igrzyska byłyby spełnieniem marzeń - zdradza trener Ćwierz.

W więzieniu docenił wartość rodziny

Po niepowodzeniu w Atenach Szpilka podpisał zawodowy kontrakt. Trener Ćwierz namawiał swojego podopiecznego, żeby ten został w boksie amatorskim do igrzysk w Londynie, ale decyzja "Szpili" była nieodwracalna. - Nie zapytał mnie o zdanie, tylko został zawodowcem. Chciał zarabiać. W boksie amatorskim nie ma pieniędzy, chociaż akurat Artur miał sponsora - podkreśla szkoleniowiec.

Na zawodowym ringu "Szpila" stoczył pięć zwycięskich walk zanim trafił do więzienia za grzechy sprzed trzech lat: bójkę przed dyskoteką w Wiśniowej.

Został zatrzymany 23 października 2009 roku, dzień przed planowanym pojedynkiem z Wojciechem Bartnikiem na gali Polsat Boxing Night z udziałem Andrzeja Gołoty i Tomasza Adamka. Początkowo siedział w Krakowie, przy Montelupich, następnie został przeniesiony do zakładu karnego w Tarnowie. Na wolność wyszedł 22 kwietnia 2011 roku.

- Najtrudniejsza była świadomość, że przebywa w więzieniu, a nie w domu. Baliśmy się każdego dnia. Żyliśmy od telefonu do telefonu, od widzenia do widzenia. Jego życie stało się naszym życiem. Muszę się przyznać, że zaniedbałam dom, dzieci, wszystko kręciło się wokół Artusia. Panu Bogu dziękować, że jest na wolności i pilnuje się, żeby nie dać się sprowokować i tam nie wrócić - podkreśla mama "Szpili".

Pobyt w więzieniu zmienił Artura. Wydoroślał. - Docenił wartość rodziny. Listy, które pisał, były pełne emocji. No i te widzenia... Spojrzał na życie z innej perspektywy. Zrozumiał, że nie tędy droga. Ale jako matka wiem, że jeszcze musi trochę wydorośleć - dodaje Jolanta Ziemiecka.

Kiedy Mollo trafił, mocniej zabiło serce

W więzieniu przytył ponad 30 kg i przeskoczył do wagi ciężkiej. Po wyjściu pokonał dziewięciu kolejnych rywali - tylko jeden wytrzymał w ringu do końca. To Jameel McCline, wielkie chłopisko, były trzykrotny pretendent do pasa mistrza świata królewskiej kategorii wagowej. - Szpilka będzie wspaniałym bokserem, ale musi być cierpliwy. To wymaga czasu. Nie można nienaturalnie przyspieszać jego kariery. Ma szybkie ręce, świetnie porusza się w ringu, no i potrafi przyjąć cios - podkreśla Amerykanin.

Pół roku po wyjściu z zakładu karnego, w trzecim pojedynku w wadze ciężkiej, skutecznie zniechęcił po trzech rundach do dalszej walki Owena Becka, innego byłego pretendenta do tytułu. - Pewnie, że to był cień Becka sprzed lat, ale dalej to wysokiej klasy pięściarz, a nie jakiś przysłowiowy Węgier czy Słowak - zwraca uwagę Andrzej Wasilewski.

Najtrudniejszą walkę stoczył 1 lutego tego roku w Chicago. Zanim znokautował w szóstej rundzie byłego rywala Andrzeja Gołoty Mike’a Mollo, sam dwukrotnie był liczony. W czwartej odsłonie Amerykanin wykorzystał nonszalancko opuszczoną gardę "Szpili" i mocnym lewym sierpowym rzucił go na matę ringu. - Czy jakieś myśli pojawiły mi się wtedy w głowie? Nie specjalnie. Chciałem jak najszybciej wstać i zrobić swoje - wspomina Artur.

Tak też się stało. Szpilka szybko doszedł do siebie, zdominował Mollo w ringu i zakończył walkę efektownym nokautem. - Pokazał charakter. Nie każdy pięściarz potrafi się podnieść i wygrać po tym, jak sam był liczony - zaznacza McCline.

- Jeździmy na walki syna, ale ta była w Chicago, nie mogliśmy polecieć. Bardzo byliśmy z mężem podenerwowani siedząc przed telewizorem. Mocno biły nam serca, jak Mollo trafił Artura, to aż podskoczyłam z krzesła - dodaje mama pięściarza.


Na chłodno pojedynek z Mollo ocenia Andrzej Wasilewski. - Z punktu widzenia trenerskiego ta walka nie była dobra, ale była pełna emocji. Coś za coś. Gdyby Artur zaboksował z głową, to nie byłoby tej dramaturgii. Promocyjnie odnieśliśmy sukces, bo w Ameryce ta walka odbiła się szerokim echem. Tyle, że chcąc stawiać najbardziej ambitne cele przed Artutem, to ta walka była dla nas kubłem zimnej wody - twierdzi.

Starcie Mollo ze Szpilką istotnie zrobiło furorę w USA. Na rewanż mocno naciskała współpromująca Artura w Stanach grupa Warriors Boxing Promotions. Organizatorzy dopięli swego. Mollo i "Szpila" po raz drugi skrzyżują rękawice 16 sierpnia na stadionie baseballowym U.S. Cellular Field w Chicago.

Jak Szpilka został promotorem Zimnocha

Szpilka to fenomen. Stoczył zaledwie 14 zawodowych walk, nigdy nie zbliżył się nawet do walki o mistrzowski pas, a popularnością bije krajową konkurencję na głowę. Medialnie ustępuje obecnie chyba tylko Tomaszowi Adamkowi. Co stoi za promocyjnym sukcesem Artura? - Gdybym znał odpowiedź na to pytanie, to wszyscy moi zawodnicy byliby tak popularni - śmieje się promotor "Szpili".

Andrzej Wasilewski podaje przykład ze swojego podwórka. - Porównajmy trzech pięściarzy z naszej grupy: Pawła Kołodzieja, Krzysia Włodarczyka i Artura Szpilkę. Paweł ma wyższe studia, przyzwoicie porozumiewa się w dwóch językach obcych, zawsze grzeczny, szarmancki. No i ten dżentelmen nie bardzo przyciąga uwagę mediów. Nie jest tak gorącym tematem jak "Szpila". Podobna jest sytuacja z Krzysiem - porównuje.

W przypadku Artura jest inaczej. Do widowiskowych walk dokłada pełny kontrowersji życiorys. Walki na ulicy, przeszłość kibicowska i pobyt w zakładzie karnym dodają jego występom pikanterii. No i ma cięty język. Zawsze mówi to, co myśli, nie bacząc na konsekwencje. - Zawsze wzbudzał emocje. Jest osobą intrygującą. Też wyrobił sobie wizerunek chuligana przez pobyt w zakładzie karnym i kibicowanie. Ludzie szybko wyrabiają sobie o nim zdanie, ale prawdziwe oblicze Artura jest inne. Jest świetnym dzieckiem, wrażliwym człowiekiem, tylko nie potrafi zapanować nad emocjami - podkreśla mama Artura.

Próbkę utraty zimnej krwi przez "Szpilę" obejrzeliśmy podczas konferencji prasowej promującej starcie Andrzeja Gołoty z Przemysławem Saletą. Charakterny wieliczanin wszczął przepychankę z Krzysztofem Zimnochem i solidnie zbluzgał niedoszłego rywala. "Jesteś roz...., dziecko ci zrobię w ringu" - groził Zimnochowi.

- Są pewne granice, które Artur przekroczył podczas tej konferencji. Ja się na takie zachowanie po prostu nie zgadzam. Ktoś się uśmiechnie i powie, że Szpilka z Zimnochem przebili medialnie całą konferencję Gołoty z Saletą, no bo tak rzeczywiście było, ale to zajście nie miało prawa się zdarzyć - denerwuje się Andrzej Wasilewski. - Od razu do niego zadzwoniłam i zwróciłam mu uwagę, nawet na Facebooku mu to napisałam. Potem przyznał: "Mamo, miałaś rację" - dodaje Jolanta Ziemiecka.

Zachowanie "Szpili" spotkało się z powszechną krytyką, ale na całym zajściu najwięcej zyskał...Zimnoch. Z pomijanego pięściarza, który występował dotąd w roli zapchajdziury podrzędnych gal, wyrósł na czołowego zawodnika wagi ciężkiej w Polsce, a jego walka z Arturem otwiera dziś listę życzeń wielu kibiców. 

Zapytaliśmy "Szpilę", skąd bierze się jego popularność. - Ludzie chcą prawdy, nie lubią udawania. Ja im tę prawdę daję - podkreśla.

Czy wielka rozpoznawalność nie przeszkadza mu w codziennym życiu? - Nic podobnego. Kibice mnie zaczepiają, proszą o zdjęcie, autograf. Oczywiście jak dzieje się to jak jestem w połowie obiadu w restauracji to jest to kłopotliwe, ale nie mam z tym problemu. Poza tym moja Kamila zawsze ma przy sobie trochę moich podpisanych zdjęć do rozdania. A wrogowie? Ci są mocni tylko w internecie.

Dwa lata do mistrzostwa świata

Artur jest niecierpliwy. Najchętniej już teraz walczyłby ze światową czołówką. Jego kariera rozwija się w bardzo szybkim tempie. Niewielu jest pięściarzy o tak niewielkim ringowym stażu, którzy mieliby w bokserskim CV walki z Mollo, McClinem czy Beckiem. - On potrzebuje lepszego przeciwnika, żeby go szanować. Inaczej nie jest w stanie skoncentrować się w walce i w pełni zmobilizować. Widzieliśmy to wielokrotnie podczas walk - powiedział promotor pięściarza.

- Pali się do coraz bardziej ambitnych pojedynków. Wydaje nam się, że to właściwa droga, a telewizja Polsat to popiera. Oczywiście zachowamy przy tym zdrowy rozsądek, bo nie w tym rzecz, żeby ściągać dla Artura Mike’a Tysona w szczycie formy, tylko trzeba, zakładając drogę do walki mistrzowskiej, pokonywać w szybkim tempie coraz trudniejsze przeszkody znajdujące się na tej drodze - podkreśla Andrzej Wasilewski.

Zapytaliśmy, jaka przyszłość czeka Artura. Czy "Szpila" przebije dokonania Andrzeja Gołoty i Tomasza Adamka i jako pierwszy Polak wdrapie się na szczyt wagi ciężkiej? - Za wcześnie, żeby to ocenić. Na pewno w ujęciu światowym jest dobrze rozpoznawalnym, ciekawym prospektem - zauważa promotor pięściarza.

- Największym ograniczeniem Artura jest tak naprawdę sam Artur. Wiele już razy powtarzał przed walką, że będzie panował nad emocjami i trzymał się taktyki, ale po pierwszej wymianie szedł na żywioł. Dodatkowo w przyszłości problemem mogą być warunki fizyczne, gdyż obecnie wagę ciężką zdominowali bracia Kliczkowie, a ich potencjalni następcy, jak David Price, Tyson Fury czy Deontay Wilder, są nawet jeszcze wyżsi i jeszcze ciężsi. Niekoniecznie lepsi boksersko, ale to wszystko zmierza chyba właśnie w kierunku prawdziwych olbrzymów. Na najwyższym poziomie Szpilce może zabraknąć tych kilku centymetrów wzrostu oraz zasięgu ramion - podkreśla Łukasz Furman z branżowego portalu Bokser.org.

Andrzej Wasilewski zwraca uwagę na mankamenty, które musi wyeliminować "Szpila", jeżeli marzy o zawojowaniu bokserskich ringów. - Artur nie ma instynktu defensywnego, słabiej się czuje walcząc w defensywie, a w wadze ciężkiej nie można bezkarnie przyjmować ciosów, bo to się źle kończy. Ma też czasem problemy z koncentracją i powtarza te same błędy techniczne. Także przed nami jeszcze bardzo dużo pracy. Czy jest w stanie poprawić wszystkie mankamenty? Nie wiem - przyznaje.

- Na jego plus należy na pewno przypisać bardzo dobrą pracę nóg, umiejętność analizowania walki w jej trakcie, twardy charakter oraz odwrotną pozycję, co w wadze ciężkiej jest raczej rzadkością. Uważam natomiast Artura tak naprawdę za bardzo dużego zawodnika kategorii junior ciężkiej. Według mnie przy odpowiedniej diecie mógłby zbić zbędne kilogramy do limitu 90,7 kg. i w tym wieku jeszcze zrobić to bez żadnego uszczerbku dla swojej formy. A tu szanse na mistrzostwo świata byłyby już ogromne. Artur mógłby pokonać każdego, natomiast w królewskiej kategorii samo serce do walki nie wystarcza, o czym przekonał się wcześniej Tomek Adamek. Potencjał Szpilka ma znacznie większy niż Andrzej Wawrzyk czy Albert Sosnowski, lecz mimo wszystko nie wyobrażam go sobie jeszcze na tronie wagi ciężkiej. Za to w limicie 90,7 kilograma jak najbardziej - dodaje Łukasz Furman.

Mocno kciuki za Artura trzyma rodzina. - Ma talent, potrafi się sprzedać. Sukces wymaga współpracy wielu osób, ale jest w bardzo dobrych rękach. Trener Fiodor Łapin jest dla niego dużym autorytetem, to jedyna osoba, której słucha pod kątem boksu. Wiem, że są ludzie, którym mój syn się nie podoba, ale ma też wielu kibiców. Ma czas. Udowodni w ringu, że warto oglądać jego walki i mu kibicować. Mocno w to wierzę - podkreśla mama Artura.

Dotąd o mistrzostwo świata wagi ciężkiej walczyło pięciu Polaków: Andrzej Gołota, Albert Sosnowski, Tomasz Adamek, Mariusz Wach i, w piątkowy wieczór w Moskwie, Andrzej Wawrzyk. Żadnemu nie udało się wdrapać na tron królewskiej dywizji.

Sam "Szpila" nie ma złudzeń. Wie, że osiągnie wszystko. Zapytaliśmy go, w jakim punkcie będzie jego kariera za pięć lat.

- Za ile?! Za dwa lata będę mistrzem świata! Maksymalnie za dwa!

- Nie za szybko?

- Nie, nie ma na co czekać

Autor: Dariusz Jaroń

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje