Reklama

Reklama

Artur Szpilka dla Interii: Dzisiaj nie ma we mnie tej agresji co kiedyś. Jestem zupełnie innym człowiekiem

- W tej chwili mam 31 lat, więc gdybym uważał, że dzieje się ze mną coś nie tak, to może bym powiedział: "słuchajcie, to jest koniec". Ale tego nie ma. W pewnym sensie fajne jest to, że niektórzy już całkowicie postawili na mnie krzyżyk i każą mi dać sobie spokój. Dzisiaj moim celem jest przekonanie się, czy ten Artur Szpilka, którego sam najlepiej pamiętam, już - mówiąc w przenośni - umarł, czy nie - opowiada w bardzo osobistej rozmowie z Interią Artur Szpilka, były pretendent do tytułu mistrza świata w wadze ciężkiej. Dziś sen z powiek spędza "Szpili" powrót do zdrowia, a później zamierza stoczyć walkę, która przyniesie mu odpowiedzi na najważniejsze pytania.

Artur Gac, Interia: Objawy okołowirusowe szczęśliwie cię omijają?

Reklama

Artur Szpilka, pięściarz wagi junior ciężkiej: - Odpukać, nie złapałem wirusa. Mam naprawdę mnóstwo znajomych, którzy też mają szerokie grono kumpli i żaden z nich nie ma koronawirusa. Można powiedzieć, że jestem na etapie poszukiwania kogoś ze znajomych, kogo to dopadło, bo zastanawiam się, czy rzeczywiście jest to aż takie groźne, jak się wszystkim wydaje. Mam nadzieję, że mnie to nieszczęście będzie omijało, bo jeden problem już mam. To znaczy jestem po operacji.

Dodajmy, poważnej, bo związanej z barkiem.

- Tak, dlatego obecnie to jest moja największa udręka. Nigdy nie miałem czegoś takiego i nie spodziewałem się, że aż tak długo człowiek dochodzi do sprawności. Jestem już sześć lub siedem tygodni po zabiegu, a jeszcze w stu procentach nie mogę ruszać ręką. Tak że to jest masakra. A do pełnej sprawności wrócę po około pół roku.

Decydując się na zabieg miałeś wiedzę, na co się piszesz?

- Powiem szczerze, że nie wiedziałem, że to potrwa aż tyle. Nawet się tego nie spodziewałem. Jednak z drugiej strony też nie wyobrażałem sobie, żeby cały czas walczyć z tą dolegliwością. Generalnie myślałem, że nadwyrężyłem sobie bark i to wszystko. Bolał mnie już przed walką, podczas przygotowań, więc mówiłem sobie, że czasami tak bywa, ból chwilę potrzyma, po czym minie. Sądziłem, że z barkiem będzie tak samo. Jednak dwa tygodnie po walce dalej mnie bolało, więc poszedłem zrobić rezonans, który wykazał, że mam zerwany mięsień podgrzebieniowy.

Szok?

- Mało powiedziane. Od razu zapytałem doktora, jak to jest możliwe, że podczas ciosów prostych nie czuję bólu, a pojawia się tylko przy ciosach sierpowych lub podczas prostych czynności, gdy podawałem komuś rękę lub chciałem podrapać się po drugim barku. Odparł, że to właśnie spowodowane jest zerwaniem mięśnia podgrzebieniowego, który wtedy pracuje. Pytałem dalej, jak w takim razie w ogóle mogłem podnosić rękę. Wyjaśnił mi, że pozwalał mi na to mocno wypracowany mięsień nadgrzebieniowy. Suma summarum nie widziałem innego wyjścia, jak tylko operacja, ponieważ na pół gwizdka nie dało się pracować i walczyć.

Czas, po trosze, sprzyjał podjęciu takiej decyzji.

- Wtedy już uderzył koronawirus i nie było wiadomo, jak sytuacja się rozwinie. I z tego, co słyszę, wcale nie będzie tak kolorowo, jeśli chodzi o najbliższe gale. Jest odpowiedni moment, żeby ten czas wykorzystać na odpoczynek od boksu, przemyślenie wielu spraw i właśnie na zajęcie się własnym zdrowiem.

Teraz uciążliwe musi być to, że masz przed sobą perspektywę naprawdę długiego powrotu do zdrowia, co na pewno ciąży na psychice.

- Niewątpliwie masz rację. Powiem więcej: mam dwóch kolegów, którzy także są sportowcami i przeszli przez to samo, ale u nich niestety wszystko się przedłużyło. Niby już wyglądało okay, byli cztery miesiące po operacji i wydawało im się, że mogą zacząć uderzać. Ale co się stało? Pozrywali w środku tzw. mocujące kotwice. A z czym to się wiąże? Doktorzy musieli te kotwice wyciągać, a następnie znów je mocować. W efekcie przerwa wydłużyła się do roku. Dlatego ja mam głęboką nadzieję, że u mnie tak się nie wydarzy, więc staram się z chłodną głową podchodzić do sprawy. Zresztą doktor z rehabilitantem przestrzegają mnie, że do odzyskania pełnej sprawności ręki potrzeba nawet pół roku. Ja sam, przy najlepszych wiatrach, obiecuję sobie, że nastąpi to we wrześniu. A wtedy będę gotowy na walkę w grudniu, czyli rewanż z Radczenką.

W świetle tego, co sam mówisz, nie da się ukryć, że wszelkie plany są na dziś obarczone sporym ryzykiem.

- Oczywiście, ja cały czas mówię o bardzo optymistycznym scenariuszu.

Wspólnie z promotorem Andrzejem Wasilewskim niedawno zawarliście porozumienie, na razie dżentelmeńskie, że kończy się wasza formalna relacja. W efekcie tzw. wolnym zawodnikiem masz się stać po jeszcze jednej walce, co do której na razie nie ma pewności, kiedy dojdzie do skutku.

- Ja w umowie sobie zastrzegę, żeby pojedynek odbył się za sześć lub siedem miesięcy od momentu, gdy dam sygnał, że jestem gotowy. Nie wiem, czy Andrzej Wasilewski się zgodzi. Na razie ustaliliśmy, jak ma to wyglądać i w końcu musimy to podpisać.

Twoje nadchodzące rozstanie z promotorem jest waszą wspólną decyzją, czy prawdę mówiąc to wyłącznie twoja wola i w pojedynkę o to zabiegałeś?

- To jest nasza wspólna decyzja. Coś się skończyło i coś się zaczyna. Obaj doszliśmy do takiego wniosku. Sądzę, że w obecnej sytuacji, rewanż z Radczenką dla mnie jest priorytetowy. Co prawda w naszej rozmowie Andrzej zahaczył jeszcze o ewentualną walkę z Włodarczykiem. Odpowiedziałem, że bardzo chętnie, ale najpierw jest Siergiej i tu nie ma żadnego gadania. Zobaczymy, co będzie dalej, bo przecież ja nie zamykam się na Andrzeja. Nasz koniec współpracy nie oznacza, że mówię do promotora "na razie" i nie chcę go znać. Jeśli Andrzej załatwi jakąś fajną walkę, to oczywiście skorzystam z okazji. On jest najlepszym promotorem w Polsce, to nie podlega żadnej dyskusji. 

Aczkolwiek mam też plan na swoją karierę i w nowym rozdaniu będę mógł prowadzić ją sam oraz mam ludzi, którzy mi w tym pomogą. Będzie całkiem inaczej. Andrzej działa w tym biznesie już długo, a ja uważam, że wszystko to można zrobić samemu. Ja na przykład zawsze chciałem wyzwań i uważam, że w takim rozdaniu one prędzej się pojawią, a dojdą jeszcze sponsorzy. Oczywiście dzisiaj trochę gdybamy, a wszystko wyjdzie w praniu. 

Niemniej, jak słyszysz, jestem optymistycznie nastawiony. Dziś jednak moją największą udręką jest powrót do zdrowia po kontuzji, a mając perspektywę, że zbyt szybki powrót może ściągnąć na mnie kolejne problemy ze zdrowiem, staram się stopować.

Co konkretnie będzie całkiem innego, to znaczy korzystniejszego z twojego punktu widzenia?

- Moja wizja jest taka: rozstaję się z Andrzejem, w efekcie czego sam załatwiam sobie walki oraz mam menedżera, który je organizuje i to bez znaczenia, gdzie miałyby się odbywać. Ale jeśli Andrzej Wasilewski zadzwoni i powie mi, żebyśmy się spotkali, bo ma dla mnie jakąś atrakcyjną walkę, to oczywiście, że będę z nim rozmawiał. I chętnie się zgodzę, ale wtedy, przede wszystkim, otrzyma mniejszą gażę za taki pojedynek, czyli już nie 33 procent, tylko 10 procent. I na takie coś jestem jak najbardziej otwarty, bo nie ma większego promotora w Polsce niż Andrzej Wasilewski.

Zatem, tak jak myślałem, na twojej decyzji w dużej mierze zaważyły kwestie finansowe, a więc kalkulacja, że w nowym układzie mniej pieniędzy będziesz oddawał promotorowi.

- Tak, jak mówię, teraz chce sam prowadzić swoją karierę, ale nie zamierzam z nim zrywać kontaktu i wydaje mi się, że tak to będzie też działało w drugą stronę odnośnie składania mi ofert. Przy czym tak naprawdę największą odpowiedzią na wszelkie moje pytania będzie rewanż z Radczenką. I tu nie ma co się oszukiwać. Sam powiedziałem sobie, że w zależności od tego, jaki będę w tym pojedynku, zaczną się rozmowy, co dalej. Zakładając jednak, że wszystko ułoży się tak, jak sobie zaplanowałem, po tym pojedynku stanę się wolnym zawodnikiem i swoim agentem, niejako zaczynając karierę od nowa. Z nowymi pomysłami i w otoczeniu ludzi, którzy tym żyją i dobrze mi życzą.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje