Andrzeja Gołotę zaatakowała podstępna choroba. Niepozorny objaw. Żona legendy bez tajemnic
- Nie ukrywajmy, pojawił się strach o Andrzeja, szczególnie pierwszego i drugiego dnia, gdy dopiero wykonywane były wszystkie badanie. I drżeliśmy, by nie było złych wiadomości. W pewnym wieku bierzemy już pod uwagę, że kiedyś się rozchorujemy, gdy w naszej maszynie coraz więcej części zaczyna się zużywać i psuć, ale nikt nie oczekiwał, że w wieku 57 lat nagle coś takiego może się przytrafić - mówi w rozmowie z Interią Mariola Gołota, w obecności męża opowiadając o jego kłopotach ze zdrowiem. To pierwszy wywiad z małżonką legendy polskiego boksu od kilku lat.

Powstanie niniejszego wywiadu to była, nawiązując do medycznej tematyki, "operacja na żywym organizmie". Andrzej Gołota, z którym chwilę wcześniej zakończyłem rozmowę (swoją drogą poprzedziła ją ciekawa wymiana wiadomości tekstowych, ilustrująca niebanalną skłonności do żartów 57-latka), ponownie zadzwonił ledwie po kilkunastu minutach, pozytywnie odpowiadając na prośbę i przekazując do telefonu swoją małżonkę, panią Mariolę. Chciałem uzyskać informacje na temat niedawnych problemów jej męża, zakończonych wizytą w szpitalu w Polsce, które zaalarmowały i zaniepokoiły mnóstwo kibiców. Od razu, z moją obecnością na linii, odbyło się szybkie ważenie decyzji. Lojalna małżonka wychodząc z słusznego założenie, że formalnie to pacjent musi dać zielone światło, by mówić publicznie o jego dolegliwościach, dla rozwiania wszelkich wątpliwości dwukrotnie dopytała o zgodę. Andrzej Gołota od razu podszedł do sprawy z aprobatą, aczkolwiek miał tylko jedną wątpliwość, wynikającą ze swojej bezgranicznej miłości do boksu. "Wiesz, żeby tylko nie wyszło tak, że swoimi zdrowotnymi problemami zrobię antyreklamę dla boksu" - uśmiechnął się, a małżonka roześmiała. Zdał sobie jednak sprawę, że dolegliwości dotykają ludzi w różnym wieku, a większym zmartwieniem jest dzisiaj problem wśród młodych z brakiem lub ograniczoną aktywnością fizyczną, co także wywołuje przeróżne choroby. Tym samym przekonał się, że to nie jego historia jest zagrożeniem dla sportu, któremu oddał wszystko, a w zamian - mimo upływu lat - wciąż cieszy się mianem jednego z najbardziej rozpoznawalnych polskich sportowców w historii.
Mariola Gołota: - Dobrze, panie Arturze, opowiemy. No więc zaczęło się od tego, o czym dotąd publicznie nie mówiliśmy, mianowicie w listopadzie zeszłego roku zmarła Andrzeja mama (krótko po pogrzebie Andrzej prywatnie wtajemniczył mnie w swoją żałobę - przyp.). Wcześniej byliśmy całą rodziną ją odwiedzić i się pożegnać. Przebywała w hospicjum, więc wiedzieliśmy, że to jest kwestia czasu… I to w pewien sposób na niego wpłynęło. Niedługo później, bo w styczniu, uszkodził sobie rękę i od tamtej pory nie miał za bardzo fizycznego ruchu, bo nie był w stanie komfortowo funkcjonować tylko z jedną sprawną.
Artur Gac, Interia: W końcu, w maju, przyszła operacja.
- Jednak przez ten okres czasu brak rutyn Andrzeja, czyli ćwiczeń i obecności na sali treningowej, a także wspomniane rodzinne przeżycia spowodowały, że mniej zadbał o swoją aktywność. I nastał moment, gdy przyleciał na bokserskie wydarzenie do Polski.
Mówimy o Forum Boksu i Międzynarodowych Targach Branży Bokserskiej, które w dniach 19-20 września odbywało się w Kielcach.
- Podczas tego pobytu pojawił się niepokojący objaw. Zadzwonił do mnie pan, który opiekował się Andrzejem i zapytał, czy na co dzień ma spuchnięte nogi. Od razu zaczęłam dopytywać, czy są spuchnięte równo, czy asymetrycznie. Odpowiedział, że jedna wyraźnie więcej. Zaniepokoiłam się i poprosiłam, by szybciutko zawieźli go do szpitala, bo to może być zator. Pojawiły się duże możliwości, z życzliwością zaoferowano nawet transport helikopterem do Krakowa, jednak odparłam, by nie tracili czasu, tylko wybrali jak najbliższą placówkę. W szpitalu, w wyniku specjalistycznych badań, rzeczywiście okazało się, że ma zatorowość płucną, a dodatkowo także arytmię, czyli duże skoki w rytmie pracy serca.
Od razu został hospitalizowany?
- Oczywiście. Najpierw dostał lekarstwa, by jak najszybciej zacząć rozpuszczać te zatory, a później miał wykonaną kardiowersję, czyli tak zwane zszokowanie serca impulsami elektrycznymi, by wpadło w prawidłowy rytm.
Andrzej w Polsce, pani w USA. Dało się zachować zimną krew?
- Starałam się. Szybko skonsultowałam się z tutejszym kardiologiem, który potwierdził, żeby nie obawiać się tego zabiegu na sercu, który w tej profesji jest już rutynową sprawą. Dlatego nie było planu, by za naprawę arytmii wziąć się dopiero po powrocie do Chicago. Andrzej w zupełności oddał się w ręce polskich lekarzy i bardzo dobrze, bo przekonałam się, że przy tym schorzeniu nie ma różnicy w opiece w obu krajach. Ponadto w takim, nieleczonym stanie prawdopodobnie nie mógłby lecieć tyle godzin, bez narażenia zdrowia. Czyli z jednej strony w zasadzie nie było wyboru, z drugiej podeszliśmy do sprawy spokojnie, z pełnym zaufaniem do specjalistów.
Czego dotyczyło największe zmartwienie?
- Tego, iż lekarze nie bardzo chcieli, aby tak szybko po kardiowersji udał się w podróż do Stanów. Tylko, wie pan, jakie mieliśmy opcje? Rozchorował się nagle, a jeśli zostałby w Polsce i, nie daj Boże, za chwilę znów by się coś wydarzyło, to nie zapewniłabym mu stałego wsparcia. Nie jestem w stanie być długo w Polsce, bo mam obowiązki zawodowe. Po prostu wzięliśmy pod uwagę, że gdyby z miesiąca na miesiąc był zwodzony, to co byśmy zrobili?
Życzliwych ludzi nie zabrakło?
- Ależ skąd, mogłabym wymienić wiele osób. Choćby szefa Polskiego Związku Bokserskiego, który zapewnił Andrzejowi absolutnie wszystko. Łącznie ze świeżutkimi owocami i gotowanymi obiadkami.
Andrzej przyleciał do Stanów i co dzieje się teraz?
- Cały czas jest monitorowany pod względem kardiologicznym. Jest na tabletkach, w grudniu idziemy na echokardiografię, a później w styczniu mamy spotkać się z lekarzem.
Podczas tego pobytu pojawił się niepokojący objaw. Zadzwonił do mnie pan, który opiekował się Andrzejem i zapytał, czy na co dzień ma spuchnięte nogi. Od razu zaczęłam dopytywać, czy są spuchnięte równo, czy asymetrycznie. Odpowiedział, że jedna wyraźnie więcej. Zaniepokoiłam się i poprosiłam, by szybciutko zawieźli go do szpitala, bo to może być zator. W szpitalu, w wyniku specjalistycznych badań, rzeczywiście okazało się, że ma zatorowość płucną, a dodatkowo także arytmię, czyli duże skoki w rytmie pracy serca.
Jak to dobrze, że taką spostrzegawczością i czujnością wykazał się tamten mężczyzna, w odpowiednim momencie reagując na widok spuchniętych nóg.
- Nie da się ukryć, że gdyby doszło do spóźnionej reakcji, może nawet zaważyłby jeden dzień, to problem byłby bardzo duży. Andrzej, sam z siebie, nie zwraca na takie rzeczy uwagi. Wprawdzie dzień wcześniej powiedział, że troszeczkę źle się czuje. Ale z nim problem jest taki, że jego nigdy nic nie boli, a przynajmniej tak mówi. Nawet z tą ręką, którą uszkodził, a konkretnie z ramieniem, zajęło mi przecież dwa miesiące, żebym namówiła go na wizytę u lekarza. "Nie, to przejdzie. Zobaczysz, przejdzie" - powtarzał mi i dwa miesiące obkładał prawą rękę lodem. Wciąż go pytałam, jak długo jeszcze będzie ten bark w ten sposób leczył, aż w końcu się ugiął.
Być może ma zupełnie inny próg bólu.
- Bez dwóch zdań, jego nigdy nic nie rusza, idzie się wyleczyć tylko dla świętego spokoju (uśmiech). Niestety tym sobie trochę pogarsza sytuację, bo każdy wie, że lepiej uchwycić problem wcześniej, ale jest nieprzejednany. Dodam jeszcze, iż po tym, jak wyszedł ze szpitala w Kielcach, pojechaliśmy do Warszawy do Szpitala Bródnowskiego. Tam przeszedł kolejną serię badań, która potwierdziła wszystko, co już wiedzieliśmy. Mogę czuć wielką wdzięczność, że to wydarzyło się w Polsce, a nie w innym kraju. Andrzej miał super opiekę i życzliwość ludzi. Na pokład samolotu już wszedł wyposażony w wysokie skarpety kompresyjne, by poprawić krążenie, z czego nigdy wcześniej nie korzystał. Dołożyłam mu także zegarek z wszystkimi funkcjami, w tym monitorowaniem rytmu pracy serca i ciśnienia. Dopełniliśmy wielu starań, aby jak najbezpieczniej mógł wrócić do USA.
Podkreśla pani, że został tak dobrze zaopiekowany.
- Wie pan… On przecież zna bardzo dobrze angielski, a lepszy kontakt ma nawet z personelem, z którym może komunikować się po polsku. Proszę mi wierzyć, jak ogromnie mi ulżyło, gdy codziennie o godzinie 3 nad ranem czasu amerykańskiego, tuż po obchodzie lekarza prowadzącego, otrzymywałam wiadomości na temat jego zdrowia. To było naprawdę miłe ze strony lekarzy, miałam informacje z pierwszej ręki i będąc na drugiej półkuli czułam się dużo spokojniejsza. Jedna rzecz mnie jeszcze niezwykle pozytywnie zaskoczyła.
Mianowicie?
- Z tej choroby męża mam takie doświadczenie, że o ile w Ameryce w wielu sytuacjach liczy się, byle tylko szybko-szybko i po wizycie, tak w Polsce lekarze słuchają, co się mówi. To znaczy brali pod uwagę nasze obserwacje, licząc się z moimi troskami i obawami.
A propos zatorowości, przypominam sobie, jak swego czasu Andrzej opowiadał mi, że ma problemy z żyłami w nogach.
- To prawda, Andrzej miał rozpuszczane żyły, ale to leczenie było w pełni zadbane i praktycznie zakończone. Jedynie kilka tygodni wcześniej miał jedną, malutką żyłę, która została rozpuszczona, jednak wsłuchał się w zalecenia. Wiedział, że nie powinien wsiąść do samolotu przez siedem dni, a on odczekał trzy tygodnie, czyli świadomie nie naraził swojego zdrowia.
Jakie główne zalecenia lekarzy pojawiły się po tej zatorowości? Mój tata, który przez całe życie także był bardzo aktywny, usłyszał na przykład, że koniecznie trzeba włączyć do codziennej diety odpowiednią porcję wody. Herbaty, kawy i innych napojów nie liczymy - chodzi wyłącznie o wodę.
- Zgadza się, Andrzej ma dokładnie takie same zalecenia. Poza tym na pewno musi dużo chodzić oraz już ma zielone światło na powrót do gymu z lżejszymi ćwiczeniami. Krótko mówiąc, podstawą jest ruch oraz picie sporej ilości wody. Andrzej wprawdzie dwa razy dziennie chodzi na dłuuuuugie spacery z naszym "Misiem" (pies państwa Gołotów - przyp.), ale problem w tym, że "Miś" co chwila się zatrzymuje, bo wszystko go interesuje. Ja robię takie spacery, by były w odpowiednim tempie, około 4 mile na godzinę, przez co są dużo zdrowsze dla serca.
Andrzej zdradził mi, że jeszcze w grudniu celuje w przylot do Polski. Nawet podpytywał mnie, jakie turnieje odbywają się w tym czasie.
- Tak, to byłby pierwszy przylot od czasu tego zdarzenia. Jest to możliwe także w związku z jeszcze jedną rzeczą, którą chciałabym podkreślić. Otóż dostałam wszystkie dokumenty do ręki, więc całą dokumentację z jego hospitalizacji w Polsce mogłam przekazać lekarzom w USA. Tutejsi specjaliści już nic więcej nie zlecili, nie wdrażając kolejnych procedur, poza monitorowaniem i nadchodzącą echokardiografią.
Na kilku ostatnich agencyjnych zdjęciach, na którym jest mąż z córką Alexandrą, omyłkowo podpisano panią.
- Tak, Ola w tym czasie odwiedziła tatę w Polsce, była z nim krótko zanim ja doleciałam. Ola to taka córka, która w takich sytuacjach rzuca wszystko i leci, byle tylko być z tatą. Nie ukrywajmy, pojawił się strach, szczególnie pierwszego i drugiego dnia, gdy dopiero wykonywane były wszystkie badanie. I drżeliśmy, by nie było złych wiadomości. W pewnym wieku bierzemy już pod uwagę, że kiedyś się rozchorujemy, gdy w naszej maszynie coraz więcej części zaczyna się zużywać i psuć, ale nikt nie oczekiwał, że w wieku 57 lat nagle coś takiego może się przytrafić. Nie trzeba 70-80-latka, tylko również w takim wieku, z dnia na dzień, można mieć objawy, które wymagają szybkiego dostrzeżenia i zareagowania. Tak sobie myślę, że jakaś część chorób jest wypadkową naszego stylu życia, a druga połowa przyczyn może być związana z genetyką i otoczeniem, w którym przychodzi nam żyć. W pędzie, z brudnym powietrzem, brudną wodą, nienajlepszą jakością jedzenia i stresem, który sieje spustoszeniem.
Andrzej coraz częściej bywa w Polsce. Z wiekiem robi się coraz bardziej sentymentalny, czy to jest jego miejsce na ziemi?
- Trafił pan w sedno. On w Polsce, według mnie, najlepiej się czuje. Gdybym miała oszacować ostatni czas, to praktycznie po równo dzieli go na pobyt w obu krajach. W ojczyźnie ma niewielką grupkę zaufanych przyjaciół, których bardzo lubi i ceni. Jeden z nich, Robert, zajmuje się nim niesamowicie, nosząc serce na dłoni, co udowodnił także w obliczu choroby. Dla porównania, ja latam do Polski bardzo rzadko. Był taki czas, gdy czułam niechęć z powodu tych wszystkich artykułów, które uderzały w męża. Myślałam sobie: "Andrzej nigdy nie zyska uznania w Polsce" i jakbym odpuściła. Jednak teraz, pod wpływem tego typu zdarzeń i ludzi, którzy pokazują tyle serca w momencie, gdy chory człowiek jest bezradny i bezbronny, troszkę przekonałam się do Polski i robi mi się cieplej na duszy. Wyszedł prawdziwy duch polskości, gdy trzeba zaopiekować się kimś, kto potrzebuje pomocy.
Ja myślę, że wbrew niektórym publikacjom lub anonimowemu szydzeniu z pewnych walk w internecie, Andrzej Gołota zawsze był wielbiony przez kibiców. Sam wielokrotnie byłem tego świadkiem i zasadniczo problem był tylko jeden. Nagle wydarzenia w ringu schodziły na dalszy plan, bo ludzi tłumnie do niego lgnęli.
- Zgadzam się, prawdziwych kibiców Andrzeja jest więcej, mimo że nieładnie bywał wyśmiewany i mu umniejszano. Boks nigdy go nie złamał, nie uczyniły tego nawet przegrane walki, choć zawsze krwawiło jego serce. A narracja była taka, gdy nie wygrywał największych walk, że tragedia i do niczego się nie nadaje, a przecież to nieprawda. Jako sportowiec wygrywasz tak długo, jak długo próbujesz walczyć o najwyższe cele. W pewnym momencie wiek i zdrowie już nie pozwoliły mu na więcej, ale swoje zdobył. Miał tak niesamowite pojedynki, że zdarza nam się, iż ktoś patrzy na fragment i pyta, czy to jest w naturalnym tempie, czy na przyspieszeniu.
Radykalna zmiana w naszym życiu jest możliwa tylko ze względu na Andrzeja. Czasami w moim sercu buntuje się poczucie tego, że zawsze musiałam coś poświęcać. Gdy nadchodziła jego walka, wtedy rzucałam wszystko i byłam z nim. Z drugiej strony, Andrzej już raz zdecydował się na wielkie poświęcenie, zostawiając Polskę, by przyjechać do mnie. Więc czasami przychodzi mi do głowy myśl, czy jak przyszłoby mi poświęcić moją karierę, bo on w Polsce czuje się lepiej i jest szczęśliwszy, to czy właśnie taka kolej nie przyszła na mnie?
Wysoka intensywność pojedynków, ciągłe wymiany i potężne ciosy, które raz po raz spadały na głowy obu zawodników - to była waga ciężka w starym stylu.
- To była jeszcze inna generacja ludzi. Ja potrzebuję w tygodniu mieć jeden dzień na odpoczynek mentalny, a u Andrzeja czegoś takiego w ogóle nie było. On trenował dzień po dniu. Być może tego zabrakło, że nie dał sobie powiedzieć, że istnieje coś takiego, jak psychiczna niemoc i może warto z kimś porozmawiać, by fachowiec pomógł pewien bagaż przeżyć rozładować. Andrzej jednak do dzisiaj nie uznaje, że poza zdrowiem fizycznym jest jeszcze inne, które czasami też wymaga pomocy. Wie pan, to wszystko jest jednak szalenie skomplikowane i związane z naszymi doświadczeniami od najmłodszych lat, z naszymi rodzinami i najbliższym otoczeniem, czy wtedy mieliśmy się komu zwierzyć i zaufać w takie wsparcie. Przypomnę tylko, jak wielki charakter pokazał w Ameryce. Ten kraj dał mu szansę, jakie teraz daje też Polska, ale musiał tę szansę wykorzystać. Zaszedł najdalej, jak to było możliwe według jego życia i możliwości, robiąc to w super widowiskowym stylu. Kiedyś sobie powiedziałam, że co niektórzy jeszcze zatęsknią za Andrzejem Gołotą w ringu. I to się dzieje. Można go lubić i chwalić za styl walki oraz to, co zrobił w boksie lub wskazywać, czego nie uczynił, ale wywołuje takie emocje, że nikt nie pozostaje obojętny. To jest właśnie chyba wymiar wielkości jednostki.
A co zrobić z tym, że Andrzeja tak ciągnie do Polski?
- (śmiech) I tu mamy problem. Niemniej, jak wspomniałam, zmieniło się moje postrzeganie Polski i wcale nie dziwię się, że Andrzej cały czas chce tam być. Prawdopodobnie gdyby nie to, że trzyma mnie praca, to chciałby przenieść się ze mną na stałe.
No właśnie. Ile czasu zostało pani do emerytury i czy faktycznie, po zamknięciu tego rozdziału, jest perspektywa powrotu do Polski po kilku dekadach?
- Andrzej marzy o tym cały czas, ale ja zawsze wyobrażałam sobie, że ponieważ tak kocham swoją pracę i, nieskromnie mówiąc, jestem w tym dobra, to nie widzę się na emeryturze. Szkoda mi wszystkiego, co wypracowałam, bo moje relacje z ludźmi, których jako prawniczka obsługuję, są dużo bliższe niż jakby to byli tylko klienci. Mam też tę przewagę choćby nad byłym zawodem mojego męża, że mój nie jest limitowany czasowo i ciągle się nim nie znudziłam. Radykalna zmiana w naszym życiu jest możliwa tylko ze względu na Andrzeja. Czasami w moim sercu buntuje się poczucie tego, że zawsze musiałam coś poświęcać. Gdy nadchodziła jego walka, wtedy rzucałam wszystko i byłam z nim. Z drugiej strony, Andrzej już raz zdecydował się na wielkie poświęcenie, zostawiając Polskę, by przyjechać do mnie. Więc czasami przychodzi mi do głowy myśl, czy jak przyszłoby mi poświęcić moją karierę, bo on w Polsce czuje się lepiej i jest szczęśliwszy, to czy właśnie taka kolej nie przyszła na mnie?
Nie chcę pani straszyć, ale przysłuchujący się naszej rozmowie Andrzej dostał właśnie podany na tacy mocny oręż. Wie już dokładnie po jakie argumenty powinien sięgnąć.
- Panie Arturze, mój mąż twardo stąpa po ziemi (uśmiech). W trakcie zrobił sobie jajecznicę, jednocześnie wyciągnął pojemniczek z lekarstwami, gdzie wszystko mu układam. "To na czczo, to ze śniadaniem, to o drugiej po południu, a to wieczorem". Już patrzę… Tę tabletkę na czczo zjadł, a teraz otworzył sobie kolejną przegródkę. W sumie przepisano mu w Polsce sześć różnych lekarstw. To zdyscyplinowany mężczyzna. A propos, śmiać nam się chciało podczas pobytu w Polsce, gdy oglądaliśmy jeden z kanałów, a tam w bloku reklam jedna za drugą promowała kolejne witaminy i suplementy, jakby jedne lepsze od drugich. Andrzej skwitował, że wszystkie by mu się przydały.
Dorzucam jeszcze "smacznego" do tej jajecznicy.
(- Dziękuję - krzyknął Andrzej Gołota).
- Na koniec chcę jeszcze powiedzieć, że jest pan pierwszym dziennikarzem, z którym rozmawiam od kilku lat. Mieli ludzie do mnie telefon, dzwonili, ale zostałam bardzo zniechęcona. Pan był zawsze bardzo uczciwy dla męża i nigdy nie robił z igły wideł, widziałam rzetelność w przekazie jego słów i opisie wydarzeń. Dziękujemy za dobre serce i potraktowanie nas, jak ludzi, bez przyklejania nam łatek, abyśmy martwili się, jak je sobie odkleić, o ich konsekwencje i naszą reputację.
Rozmawiał Artur Gac
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl














