Reklama

Reklama

Andrzej Wasilewski: Moja misja chyba zaczyna zmierzać ku końcowi

- W porządku, nie polemizuję, że mogłem nie zapłacić ekwiwalentu klubom amatorskim za wyszkolenie Artura Szpilki i Andrzeja Wawrzyka. Możliwe, że nie było żadnych opłat, lecz uważam, że to w ogóle nie ma żadnego znaczenia. To dotykanie problemu nie z tej strony, z której trzeba - polemizuje w rozmowie z Interią Andrzej Wasilewski, największy w kraju promotor boksu zawodowego, odnosząc się do zarzutów, jakoby był jednym z winowajców obecnej kondycji boksu olimpijskiego i profesjonalnego.

Artur Gac, Interia: Napisał pan następującą wiadomość na Twitterze: "I jak tu ma się chcieć coś robić w boksie? Widać jakie charaktery, poziom intelektualny, megalomania, uczciwość i rzetelność występują dookoła". To odpowiedź na słowa pana Kowalskiego w rozmowie z Interią?

Andrzej Wasilewski: - To zbiór wielu elementów, które od wielu miesięcy przyjmuję do siebie. Niemniej, rzeczywiście, przeczytałem wywiad z tym panem. Nazwisko kojarzę, ale nie pamiętam, jak pan Kowalski wygląda. Nie słyszałem, by w ostatnich latach cokolwiek aktywnego robił w polskim boksie. Nie wiem, może działa regionalnie, ale ja o tym nie wiem. Najchętniej wolałbym nie odnosić się do jego wypowiedzi.

Reklama

Dlaczego?

- Bo mówi to osoba, która nie ma o tym zielonego pojęcia i, jak rozumiem, nie wychowała żadnego czempiona. A w dodatku obraża i daje możliwości do występowania na drodze sądowej o zniesławienie, ale nie będę się w tym jeszcze bardziej "babrał". Natomiast to nie jest jeden człowiek, tylko głos dosyć istotnej części środowiska bokserskiego, które od lat niestety nie ma sukcesów w żadnym obszarze.

Proszę odnieść się do merytorycznych argumentów pana Kowalskiego. Ile zapłacił pan dwóm małopolskim klubom TS Wiśle Kraków i Górnikowi Wieliczka za przejęcia Andrzeja Wawrzyka i Artura Szpilki?

- Po pierwsze w ogóle nie pamiętam, bo to było chyba z dziesięć lat temu. Przy tej okazji jednak przypomnę, że sam byłem współtwórcą porozumienia z Polskim Związkiem Bokserskim, które kiedyś funkcjonowało. Jeden z zapisów dotyczył okresu karencji, a mianowicie w okresie 24 miesięcy przed igrzyskami olimpijskimi mieliśmy zobowiązanie, by nie zabierać pięściarzy z boksu amatorskiego.

Rozmawiajmy precyzyjnie: zapłacił pan jakikolwiek ekwiwalent za wyszkolenie tej dwójki zawodników?

- Nie mam bladego pojęcia.

I nie jest pan w stanie tego sprawdzić?

- Ależ skąd. W księgowości sprzed dziesięciu lat?

Fakty są takie, że pan nie jest w stanie tego sprawdzić, a z drugiej strony pada konkretne sformułowanie, że nic nie zapłacił pan klubom za obu zawodników, co - jak dowodzi były prezes Małopolskiego Związku Bokserskiego - pośrednio przekłada się na obecny stan polskiego boksu.

- W porządku, ja z tym nie polemizuję. Nie zaprzeczam, możliwe, że nie było żadnych opłat, tylko uważam, że to w ogóle nie ma żadnego znaczenia. To dotykanie problemu nie z tej strony, z której trzeba. Moje pytanie brzmi: czy ludzie pokroju pana Kowalskiego mieli i mają jakąkolwiek propozycję dla młodych pięściarzy? Przecież gdyby były jakieś perspektywy w boksie olimpijskim, to ci zawodnicy by zostawali.

Naprawdę nie uważa pan, że taka rzecz, jak ekwiwalent za wyszkolenie, powinna obowiązywać?

- Nie, nigdzie na świecie tego nie ma.

Przecież choćby w piłce nożnej tak jest.

- Ale to jest kwestia kontraktów. Czasy komunistyczne skończyły się wiele lat temu. Teraz obowiązuje pewna, bardzo duża swoboda w obrocie handlowym i mnóstwo różnych stosunków można uregulować odpowiednimi umowami.

Wspomniał pan o niegdyś wypracowanym porozumieniu. W jakim okresie ono obowiązywało?

- Nie pamiętam lat... Niemniej uważałem, że w formie gestu rzeczywiście należały się "jakieś tam" zwroty dla macierzystych klubów, a po drugie kwestia ochrony kadry olimpijskiej. Sam byłem współtwórcą tej umowy.

Wówczas kto był prezesem związku?

- Pan Czesław Ptak.

Zatem mówi pan o bardzo odległych czasach, wszak prezes Ptak sprawował kadencję w latach 2000-2004.

- Bo to był ostatni prezes, z którym się siedziało i rozmawiało o przyszłości szeroko rozumianego polskiego boksu. Teraz jest kolejna kwestia: państwo wydało pieniądze na wyszkolenie zawodnika, a jakiś klub regionalny chce odzyskać te pieniądze. Przecież, jeżeli zawodnik jest członkiem kadry narodowej, to teoretycznie utrzymuje go państwo, a nie klub, z szacunkiem dla klubu. Mam jeszcze dodać, że te kluby nie mają żadnej ścieżki kariery, nie mają żadnej oferty, ani pomysłów dla zawodników? Nie mają niczego, żadnych szans, żadnych perspektyw.

Pojawia się konkretna propozycja. Pan Kowalski mówi, że niejednokrotnie proponował promotorom, by wybrali sobie zawodnika i finansowali go w kierunku startu na IO, a ewentualny medal gwarantowałby mu świadczenie do końca życia. Dopiero wtedy można by było zawrzeć kontrakt zawodowy, co byłoby zupełnie inną sytuacją.

- Tak miało być z Mariuszem Wachem. Ustaliłem z prezesem Ptakiem, że zostawiamy Mariusza w amatorstwie, ponieważ on rzeczywiście rokował bardzo dobrze, jeśli chodzi o bycie nadzieją olimpijską. Stanęło na tym, że go nie ruszamy, ale koniec końców Wach poszedł do innej grupy.

W kolejnych latach ten pomysł nie wracał w stosunku do innych pięściarzy?

- Nie, z prostego powodu. Nie było ani jednego, bardzo wyróżniającego się zawodnika. Nie chcę umniejszać chłopakom, ale niektórzy nie byli nawet mistrzami Polski. To gdzie tu mowa o igrzyskach olimpijskich?

Byłby pan orędownikiem wypracowania porozumienia Polskiego Związku Bokserskiego z Polskim Wydziałem Boksu Zawodowego?

- PWBZ może podpisać, co chce, a zawodnika weźmie się na czeską lub słowacką licencję i nikomu nic się nie zapłaci. W boksie zawodowym nie ma takiej możliwości, oprócz tego, że PZB może sam podpisać kontrakt z pięściarzem, z gwarancją, że zawodnik będzie kontynuował karierę w boksie olimpijskim.

Zapytam więc inaczej: czy jakkolwiek wyobraża pan sobie synergię i współpracę z Polskim Związkiem Bokserskim, w jednym, tak naprawdę wspólnym celu: wyszkolenia świetnego amatora, który z marszu będzie przygotowany do wyzwań boksu amatorskiego?

- Jest jeden problem. Ja, jako Andrzej Wasilewski, absolutnie tak. Natomiast to w żaden sposób nie uchroni przed tym, aby zawodnicy w sposób niekontrolowany uciekali na zawodowstwo.

A więc pan w jaki sposób wyobrażałby sobie taką współpracę?

- Próba była zrobiona przy Mariuszu Wachu. Dokładnie taka była sytuacja.

Ale już ustaliliśmy, że to było kilkanaście lat temu.

- Lecz w tej tematyce nic się nie zmieniło. Niech pan zrozumie jedną rzecz, bo tego nikt nie rozumie. W piłce nożnej jest FIFA, a w Europie UEFA. One rządzą kartami zawodnika. Jeśli piłkarz narozrabia, to nigdzie na świecie nie zagra, a być może nie będzie mógł odbyć nawet oficjalnego treningu.

A w boksie?

- Każdy może sobie jechać do innego kraju, ewentualnie pocztą elektroniczną wysyła 150 dolarów, otrzyma nową licencję, po czym boksuje gdzie chce i jak chce.

Czyli bałby się pan, że nawet jeśli zapadłyby ustalenia na poziomie krajowym, to zawodnicy mogliby wystrychnąć was na dudka?

- Ja się niczego nie boję. Mówię tylko, że przy istniejącym systemie prawnym, a mianowicie braku jednej federacji, jak to ma miejsce we wszystkich innych dyscyplinach sportu, nie ma możliwości uporządkowania tego w sposób ostateczny. Po prostu nie ma! To nie jest kwestia chęci pana Wasilewskiego, czy nawet Polskiego Związku Bokserskiego. Zawsze znajdzie się drugi Andrzej Gmitruk, który powie: "a ja mam to wszystko gdzieś. Proszę bardzo, tu mam albańską lub rumuńską licencję". Dodam, że w Rumunii są trzy federacje, a w Niemczech cztery. Więc nawet, jeśli PZB dogada się z dwoma, to trzecia wystawi dowolnemu zawodnikowi licencję.

Naprawdę nie wierzy pan, że porozumienie na szczeblu krajowym, nie miałoby racji bytu?

- To niemożliwe, bo nie ma choć jednego szczebla międzynarodowego. Dlatego nawet wypracowanie ewentualnego kompromisu, niczego nie da. Po prostu skuteczność byłaby zerowa. Przedstawmy to na przykładzie.

Proszę bardzo.

Pan jutro może sobie zarejestrować stowarzyszenie boksu profesjonalnego i pan będzie wydawał licencje, tak jak robi to Krzysztof Kraśnicki. Przecież to, co robi Krzysiu pod szyldem "Polski Wydział Boksu Zawodowego", nie jest żadną federacją, a zwykłą działalnością gospodarczą. Tu jest pies pogrzebany. Wszyscy mamy wbite do głowy, że musi być jakaś federacja, która daje, cofa lub zawiesza licencje, ale w boksie zawodowym tego nie ma.

A w Stanach Zjednoczonych?

- Owszem, coś takiego istnieje na terytorium Ameryki. Dlaczego jeden z polskich promotorów zaprasza dziadków, którzy przyjeżdżają do nas walczyć za nieduże pieniądze? Bo większość z nich, z jakichś przyczyn, nie może boksować w Stanach Zjednoczonych.

Najczęściej z przyczyn zdrowotnych?

- Zdrowotnych, ale także zawieszenia, bo przykładowo narozrabiali lub nie zastosowali się do pewnych przepisów. Przyczyn bywa wiele. Wracając do meritum, w Ameryce taki pięściarz rzeczywiście nie zaboksuje. Natomiast przylatuje do Europy i boksuje, gdzie chce i z kim chce. Była potężna awantura z Oliverem McCallem. Osobiście prezydent WBC, czyli federacji meksykańskiej, która nadzoruje tylko te walki, które sama sankcjonuje swoimi pasami, ale nie ma nic do czynienia z innymi pojedynkami, przysłał pismo do Krzysztofa Kraśnickiego.

Co w nim napisał?

- Bardzo prosił, aby uszanować wiek McCalla, ilość walk przez niego stoczonych oraz jego kłopoty psychiczne, żeby walki z jego udziałem nie robić w Polsce. Szef PWBZ nawet mu nie odpisał. Pojedynek odbył się i... tyle. Na tym przykładzie pokazuję coś, co ma służyć szerszemu zrozumieniu tematu.

To dlaczego takiej federacji boksu, w skali 1 do 1, nie ustanowić na naszym terytorium?

- Nie ma takiej możliwości z jednej, prostej przyczyny. Otóż w Europie obowiązuje dużo większa dowolność stowarzyszeń.

W porządku, ale u nas, póki co, funkcjonuje jedno.

- Okay, jest jedno, ale za godzinę ktoś inny może zarejestrować kolejne stowarzyszenie z własnym regulaminem. Przecież to kompletna lipa. Powiem panu więcej, choć może nie powinienem tego mówić publicznie...

Śmiało.

- Jeśli komuś coś stanie się w ringu, to ja nie wiem, kto za to w Polsce będzie odpowiadał. Przecież pan Kraśnicki w żaden sposób nie jest umocowany w polskim systemie prawnym. Nie ma nic wspólnego z PZB, Polskim Komitetem Olimpijskim, ani Ministerstwem Sportu i Turystyki. Nic, nigdzie.

O takich sprawach też mówmy głośno.

- No więc powiedzmy głośno: polska, tak zwana federacja, w ogóle nie istnieje. Nie ma czegoś takiego. To jest tylko działalność gospodarcza pana Kraśnickiego.

No dobrze, ale pana grupa jest zrzeszona w tej, pana zdaniem, pseudofederacji.

- No tak, bo chcemy być w polskim stowarzyszeniu. Staram się robić wszystko, co mogę, w ramach rozsądku, by było polskie, a nie amerykańskie.

To może trzeba pomyśleć o założeniu federacji?

- Panie redaktorze, nie mam siły. Mam dość już tego wszystkiego. Federację tworzyliśmy, PZB nas wciągało, później wyrzucało ze swoich struktur... Parę lat na to straciłem. Dłużej już mi się nie chce.

W takim razie, dlaczego pan, poważny facet, współwłaściciel największej w kraju grupy boksu zawodowego, z wykształcenia prawnik i człowiek sukcesu, tkwi w czymś, co ma tak poważne luki formalno-prawne?

- Ma pan rację. Coś panu powiem. Kiedyś byłem rzecznikiem, dlatego współpracowałem z PZB. Bzdury mówił w wywiadzie pan Kowalski, że ja coś wskazywałem palcem, co jest kompletną nieprawdą. Mnie wszyscy znali przez ojca i byli grzeczni, ale zawsze bardzo bali się boksu zawodowego i odpychali mnie, a nie przyciągali. Stworzyłem pewien regulamin i porozumienie, po czym przyszedł prezes Zbigniew Górski i nie widział dla nas miejsca.

Czemu was wyrzucił?

- Bo wówczas taka była tendencja w AIBA (Międzynarodowe Stowarzyszenie Boksu amatorskiego - przyp.), żeby rozdzielać boks amatorski od zawodowego.

Powiedział pan, że ostatnim, poważnym partnerem do rozmów w boksie amatorskim, był prezes Ptak. Czy obecny prezes PZB Leszek Piotrowski nie jest poważnym partnerem?

- Nie mam pojęcia, w życiu na oczy go nie widziałem.

Co zatem ze sławetnym, "okrągłym stołem", o którym pan nieraz pisze na Twitterze?

- Nikt tego nie podchwycił.

Nadal jest pan zainteresowany?

- Powiem panu szczerze, że chyba powoli to "byłem". Ponieważ krzyczę o tym od dwóch, a może nawet trzech lat, gdy zacząłem mówić, że polski boks chyli się ku upadkowi. Nawoływałem, że wszyscy powinni przestać patrzeć na swoje humorki, nastroje i gierki, a usiąść do stołu i spróbować wszystko uporządkować. Nikt nigdy tego nie podchwycił. Ani jedna osoba.

To ciekawe, bo w PZB usłyszałem, że nie dalej, jak pół roku temu, rzekomo proszono pana oraz pana Mariana Kmitę o to, aby wspólnie usiąść i wypracować strategię rozwoju. Ponoć nie było zainteresowania.

- Pierwszy raz słyszę. Nic odnośnie tej inicjatywy nie wiem. Kompletnie nie pamiętam takiej sytuacji, a przecież zawsze chętnie przyjdę na herbatę.

To nie zabrzmiało zbyt poważnie.

- A czy po drugiej stronie są poważni ludzie? Panu zajęło kilka minut, by zrozumieć problematykę braku federacji w boksie zawodowym. Natomiast z panem prezesem Piotrowskim musiałbym spędzić chyba z dwa dni, żeby on coś z tego zrozumiał. Przepraszam, nie chcę być niegrzeczny i w sumie rozumiem zdziwienie ludzi, bo to rzeczywiście nie mieści się w głowie!

Jaki jest pana główny zarzut, kierowany pod adresem decydentów PZB?

- Wszystkie związki sportowe po rewolucji ustrojowej przeżyły szok. Po diametralnej zmianie systemu finansowania, warunków rynkowych, marketingowych i telewizyjnych, niektóre związki - szybciej lub wolniej - zrewolucjonizowały się i dostosowały do absolutnie nowych realiów. Niestety Polski Związek Bokserski, z wszystkimi swoimi strukturami, nie przeszedł tej rewolucji. Na tym polega największy problem.

Niedawno wyraził pan myśl, że może doprowadziłby jakiegoś amatora do igrzysk olimpijskich, które są ukoronowaniem kariery sportowca, a i dla pana byłyby spełnieniem kolejnego marzenia.

- Zaczynam widzieć, że moja chęć działalności i misja w boksie zawodowym, chyba powoli zaczyna zmierzać ku końcowi.

Co to znaczy?

- Nie mam z tego żadnej przyjemności, ani satysfakcji. Żadnej! W żadnym wymiarze. W związku z powyższym myślę sobie, co mogłoby mi jeszcze sprawić wielką, osobistą satysfakcję, a także dumę z dokonania dla sportu, kraju i dyscypliny... Taką rzeczą jest rzeczywiście opieka nad 1-3 zawodnikami, by tak ich poprowadzić, aby po tylu latach, a czekamy od 1992 roku, zdobyć kolejny medal olimpijski. Przecież to kompromitacja.

Nadal, działając z ramienia boksu zawodowego, czy zawieszając "promotorkę"?

- Jeszcze nie wiem, w żaden sposób tak dokładnie nie myślałem. Ale jedno już mogę zawyrokować: z całą pewnością nawet przez myśl by mi nie przeszło działać w strukturach związkowych, w dzisiejszych realiach PZB. Podkreślam to po raz "enty", że w ogóle mnie to nie interesuje.

Ostatnio pojawiła się propozycja, w dyskusji zgłoszona przez Mateusza Borka, że osobą kompetentną na posadę prezesa PZB byłby Grzegorz Proksa, jeszcze do niedawna aktywny pięściarz, od lat zasiadający w radzie nadzorczej jednego z banków.

- Z ogromną sympatią, ale ja nie widzę żadnego kandydata. Po prostu nie widzę. Z całą pewnością najlepszym kandydatem mógłby być ktoś, będący reprezentantem jednej z dwóch grup.

Grup z jakimi walorami?

- Albo, jak to się dzieje w Rosji, bardzo majętny człowiek, dla którego byłoby zaszczytem, że został prezesem federacji i po prostu swoimi pieniędzmi oraz kontaktami potężnie ją dofinansowywał. Tak jest w rosyjskim boksie, siatkówce, judo... Tam prawie każdy z oligarchów "opiekuje się" jakąś dyscypliną. Taki człowiek na co dzień nie wykonuje wielkiej pracy, ale stać go, by zatrudniać zawodowych menedżerów, którzy zarządzają związkiem, jak przedsiębiorstwem.

A drugi wariant?

- Alternatywą jest młody człowiek, będący specjalistą od marketingu, zarządzania oraz mocno "siedzący" w realiach administrowania. Innymi słowy bardzo porządny urzędnik, który w ramach dostępnych instrumentów i możliwości rynkowych, byłby zdolny zdobyć większe środki i dobrze je wydawać.

Rozmawiał Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje