Andrzej Wasilewski: Artur Szpilka został brutalnie sprowadzony na ziemię

- Dzisiaj mówienie: "co można było zrobić z Arturem?" jest bardzo proste, ale w przypadku Szpilki - przy jego temperamencie, charyzmie i nieco dziecinnej pewności siebie - większość rzeczy, moim zdaniem, była niemożliwa w praktyce. Dlatego cały czas godziliśmy się na różne kompromisy i półśrodki, żeby jego kariera sportowa szła do przodu. To zawsze było celem nadrzędnym - mówi w rozmowie z Interią Andrzej Wasilewski, promotor Artura Szpilki.

Artur Gac, Interia: Znane są już konkrety dotyczące najbliższej walki Artura Szpilki?

Reklama

Andrzej Wasilewski, współwłaściciel grupy Sferis KnockOut Promotions: - Jeszcze nie. Potrzebujemy kilku dni roboczych, żeby wszystko było dopięte. Mamy parę rzeczy do dogrania.

Najbardziej prawdopodobny scenariusz zakłada, że pojedynkiem na rozgrzewkę byłby występ "Szpili" na gali w Wieliczce, a następnie 2 grudnia w Tauron Arenie Kraków?

- Jest taka możliwość.

Rozmowy telefoniczne są czymś zupełnie innym od rozmów w cztery oczy. Jak odbiera pan Artura po powrocie do Polski?

- Myślę, że Artur dopiero teraz przeżywa prawdziwy okres dojrzewania. Nawet nie te przygody w zakładzie karnym, które na szczęście lekko zniósł, wpłynęły na niego. Dopiero dzisiaj jest świadomy tego, co dzieje się wokół niego. Przynajmniej na tę chwilę wyciąga bardzo logiczne i ostre wnioski. Oczywiście niespecjalnie optymistyczne, ponieważ obecnie bardzo mocno zszedł na ziemię.

Pięściarz liczy się z głosami krytyki?

- Myślę, że każdym głosem krytyki. Szczególnie od ludzi, których zna i nadal szanuje, bardzo się przejmuje. Na dzisiaj, co ważne, surowe oceny przyjmuje w sposób właściwy. To znaczy zdaje sobie sprawę, że temperament i wielka fantazja trochę oderwały go od rzeczywistości.

Ma poczucie, że trochę się pogubił?

- Muszę przyznać, że między innymi pana wywiad ze Zbyszkiem Raubą też był takim mocnym impulsem. Już abstrahując od tego, jakim językiem mówił trener i czy do końca słusznie. Natomiast faktem jest, że w wielu miejscach trafił bardzo celnie z tematem. Artur nawet przyznał jedną rzecz, która chyba najbardziej mi się podobała z tych tysięcy zdań, które wymieniliśmy po walce. Mianowicie to, że teraz sam widzi, że gdzieś mu uciekły i na jakiś czas schowały się ambicje sportowe. Teraz bardzo go boli, że w taki sposób przegrał.

To cenne uderzenie się w pierś.

- Chyba też nie będę niedyskretny, jeśli przytoczę jego słowa, które brzmiały mniej więcej tak: "życie wśród czarnoskórych pięściarzy w Ameryce też dodatkowo powodowało, że zawsze zwracał uwagę na aspekty finansowe, a później także sportowe".

Brzmi nieprawdopodobnie, że sport przestał traktować prymarnie.

- Teraz, po tej walce, myślę, że cierpi w wielu obszarach. W obszarze zwykłym - męskim, w tym sensie, że samiec alfa został pobity przez kogoś, kogo nie cenił wysoko jeśli chodzi o umiejętności i postrzegał dużo niżej od siebie. Do tego dochodzi aspekt ludzki, bo doskonale zdaje sobie sprawę, że po tych dziesiątkach lub setkach wypowiedzi, w większości wykrzyczanych w internecie, w ringu nastąpiło bardzo brutalne sprowadzenie na ziemię. Artur na sto procent zdaje sobie sprawę, że fachowcy, między innymi pana rozmówca, nie mylą się. Zresztą ja uważam, że jednym z powodów tego, co wydarzyło się w ringu, była strasznie długa przerwa. Wchodząc do ringu Artur zgłupiał, gdy pojawiły się emocje.

A jeśli chodzi o relacje z trenerem Ronniem Shieldsem?

- Tu Artur też świetnie zdaje sobie sprawę, że w jakiś sposób zdominował swojego szkoleniowca, co też było jednym z elementów całej układanki. Reasumując, większość rzeczy, które dzisiaj wypowiada, brzmi sensownie. Mam nadzieję, że Artur bardzo się podniesie, również przy naszej pomocy, ale o ostatnich lekcjach będzie pamiętał do końca kariery. Zresztą sam podjął decyzję, że chce być dużo mniej aktywny w mediach społecznościowych, ponieważ zrozumiał, że mocno oderwał się od rzeczywistości, słuchając dziennie setek komplementów lub różnych informacji od ludzi zupełnie anonimowych. W takiej sytuacji człowiek potrafi się zagubić i zatracić, co w przypadku Artura ewidentnie nastąpiło.

Wszystko to, co pan mówi, brzmi całkiem optymistycznie. Można być zbudowanym reakcją Szpilki choćby na wspomniany przez pana mój wywiad z trenerem Raubą, w którym szkoleniowiec się nie patyczkował.

- Panie redaktorze, to jest stan na dzisiaj. Pytanie, czy Artur nie odleci za dwa tygodnie lub miesiąc... Tego nikt nie wie. Natomiast na tę chwilę jest naprawdę ciężko pobity psychicznie i nawet bardziej słucha ludzi, którzy dobitnie mu coś mówią, niż tzw. klepaczy po plecach. Zdaje się rozumieć, że ci drudzy nie mają żadnego znaczenia. Doszło do tego, że to my go pocieszamy, mówiąc że ma 28 lat. W jego wieku jeszcze dużo rzeczy można zrobić, tylko pod warunkiem, że zrozumie co się wydarzyło w jego życiu.

To trochę smutna konstatacja, że Arturowi tak późno przyszło dojrzewać.

- Tyle że to chyba standard w wadze ciężkiej, gdzie zawodnicy wydają się być najbardziej przygotowani do wyzwań sportu i życia około 30. roku życia. Z kolei w przypadku Artura wydarzyło się bardzo wiele rzeczy, jak wspomniane zakłady karne i wyjazd do Ameryki, a na rozkładzie już ciężkie walki z Bryantem Jenningsem i Deontayem Wilderem...

A pan, z ręką na sercu, jest w stanie powiedzieć to samo, co stwierdził trener Raubo, że z perspektywy czasu żałuje, że darował Arturowi różne grzechy, bo jego były podopieczny nie wyciągnął wniosków?

- Łatwo ocenia się po fakcie, a dużo trudniej jest coś przewidzieć, a po drugie to wdrożyć w życie. Dlatego dzisiaj udzielanie wywiadów pod tytułem: "co można było zrobić?" jest bardzo proste, natomiast w przypadku Artura - przy jego temperamencie, charyzmie i nieco dziecinnej pewności siebie - większość rzeczy, moim zdaniem, była niemożliwa w praktyce. Dlatego cały czas godziliśmy się na różne kompromisy i półśrodki, żeby jego kariera sportowa szła do przodu, bo chcieliśmy i marzyliśmy o tym, by jak najlepiej boksował. To zawsze było celem nadrzędnym.

Artur na razie zostaje w Polsce, nie wraca do Stanów Zjednoczonych?

- Tak, zostaje.

Czyli na pewno nie będzie kontynuowana współpraca z trenerem Shieldsem?

- Wydaje się, że współpraca z trenerem Shieldsem istotnie nie będzie kontynuowana. Jednak nie znamy jeszcze wariantu treningowego, który przyjmiemy dla Artura w Polsce. Do tego jeszcze nie doszliśmy, ale to kwestia najbliższych dni.

Jeśli "Szpila" w niedługim czasie podbuduje się mentalnie, to zgodzi się pan, by znów w pewien sposób kreował swoją karierę i dobierał przeciwników?

- Myślę, że wszyscy musimy poczekać. To nie jest czas i miejsce na rozważania, co wydarzy się w perspektywie dłuższego czasu. Z całą pewnością, przy najbliższych jednej lub dwóch walkach, będę się upierał, by naprawdę zorganizować sprawdziany na "przetarcie". To nielubiane słowo wśród kibiców, ale w przypadku Artura jest absolutnie uzasadnione, ponieważ w półtora roku zaliczył dwa nokauty. On musi wrócić spokojnie, aby odbudować się emocjonalnie i psychicznie.

A zatem w najbliższej walce legenda o "słynnych" przeciwnikach z Węgier lub Łotwy znów może wrócić?

- To bardziej news medialny, bo jeśli spojrzy się na nasze ostatnie walki, to nie pamiętam, kiedy wystąpiła większa liczba Węgrów. Natomiast gdzieś to sobie żyje przysłowiowo w internecie...

Jak bardzo realny jest scenariusz, że 2 grudnia w Krakowie rywalem Szpilki będzie Krzysztof Zimnoch?

- Na tę chwilę wydaje się wysoce prawdopodobny, ale w sporcie, w dodatku dyscyplinie indywidualnej, nic nie można przewidywać. Przecież nie wiemy, czy Krzysiu, nie daj Boże, nie złamie ręki w ringu (Zimnoch walczy 9 września na gali w Radomiu z Joeyem Abellem - przyp. AG). Dlatego pewności nie ma w stu procentach, ale w tym kierunku idziemy.

Rozmawiał Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama