Andrzej Gołota "okradziony" za oceanem. Burza po walce o mistrzostwo świata
Andrzej Gołota przez wiele lat był największą nadzieją polskich kibiców na tytuł mistrza świata wagi ciężkiej. Medalista olimpijski z Seulu czterokrotnie walczył o ten tytuł. W pamięci kibiców pozostała walka z Chrisem Byrdem z 2004 roku. Werdykt sędziowski do dzisiaj budzi ogromne kontrowersje. Dzisiaj mija dokładnie 22 lata od wydarzeń w nowojorskiej Madison Square Garden.

Na przełomie XX i XXI wieku Andrzej Gołota był jedną z najbardziej elektryzujących postaci polskiego sportu. Pochodzący z Warszawy pięściarz rozgłos w kraju zyskał jeszcze w czasach startów w boksie amatorskim, gdy w Seulu w 1988 roku sięgnął po olimpijski brąz. Kolejnym krokiem w jego karierze był wyjazd do USA i przejście na zawodowstwo.
Szybko usłyszał o nim cały świat. Do historii przeszły dwie walki z Riddickiem Bowe'em, które zakończyły się dyskwalifikacją Gołoty. Polak szybko zyskał ogromną popularność w USA, co poskutkowało walką o mistrzostwo świata WBC z Lennoxem Lewisem. Szybka porażka przez nokaut z Brytyjczykiem odsunęła marzenia Polaka o tytule mistrza świata wagi ciężkiej.
Kolejną walką mistrzowską w karierze Andrzeja Gołoty był zaplanowany na 17 kwietnia 2004 roku pojedynek z Chrisem Byrdem. Stawką pojedynku w nowojorskiej Madison Square Garden był pas mistrzowski federacji IBF.
Andrzej Gołota walczył o mistrzostwo świata. Werdykt sędziowski skrzywdził Polaka
Gołota miał za sobą blisko trzyletnią przerwę, która nastąpiła po równie legendarnej walce z Mike'em Tysonem. Polak dość gładko rozprawił się przed czasem z Brianem Nixem oraz Terrence'm Lewisem, po czym otrzymał szansę pojedynku z Byrdem. Amerykanin dzierżył pas mistrzowski wywalczony dwa lata wcześniej po wygranej na punkty z Evanderem Hoyfieldem. W pierwszej obronie tytułu Byrd decyzją sędziów pokonał Fresa Oquendo.
36-letni wówczas Gołota znakomicie rozpoczął pojedynek, uzyskując zdecydowaną przewagę w pierwszych rundach. Z czasem Byrd zaczynał dochodzić do głosu, lecz działania żadnej ze stron nie zapowiadały większego przełomu. Po 36 minutach walki w ringu jasnym się stało, że o ostatecznym rozstrzygnięciu zadecydują sędziowie punktowi. I to wywołało niemałą burze.
O zaciętości pojedynku niech świadczy fakt, że każdy z trzech arbitrów przedstawił odmienny werdykt. Zdaniem Steve'a Weisfelda Polak wygrał 115:113. Odmiennej opinii był Tony Paolillo, który wypunktował triumf Amerykanina w tych samych proporcjach. Decydujący głos miała tym samym Melvina Lathan. Ku zaskoczeniu wielu, wypunktowała ona remis 114:114. To oznaczało, że pas mistrzowski pozostał w rękach Byrda.
Werdykt momentalnie wywołał ogromne kontrowersje. Sam Gołota jeszcze w ringu przekonywał, że jego zdaniem to on powinien zwyciężyć. Takiego samego zdania był m.in. Mike Tyson, który lata później wprost twierdził, że Polak został "okradziony" z tytułu mistrzowskiego. Wszystko rozbijało się o ostatnią rundę, która w opinii wielu ekspertów była na korzyść Gołoty. Sędzina Lathan widziała to inaczej, dając więcej punktów Byrdowi, co przesądziło o remisowym werdykcie.
Wiele lat później oliwy do ognia w rozmowie z TVP Sport dolała Mariola Gołota. Małżonka pięściarza odnosząc się do postawy sędziny Lathan w nieco żartobliwy sposób powątpiewała w jej czyste intencje. - Ta pani została potem przewodniczącą nowojorskiej komisji i przyznała się do przyjmowania prezentów od bokserskich promotorów. Gdybym wtedy wiedziała, że ma taki zwyczaj, to może sama bym jej coś sprezentowała przed walką z Byrdem? - stwierdziła.
Janusz Pindera w "Przeglądzie Sportowym" stwierdził, że werdykt w jego odczuciu nie był "szwindlem". Jego ocena była jednak druzgocąca dla Lathan, według którego ta "nie bardzo znała się na boksie". Tak czy inaczej Gołocie wówczas przeszła koło nosa trzecia szansa na mistrzowski tytuł. W swojej karierze Polak taką okazję otrzymał kolejny raz - siedem miesięcy później przegrał na punkty z Johnem Ruizem. Jak podkreślał Tyson, jego zdaniem również w tej walce Polak został "okradziony" z pasa mistrzowskiego.
Zobacz również:















