Andrzej Gołota dla Interii: Postanowiłem, że nie oddam tej walki walkowerem

- Na pewno niezbyt śledzę sytuację w polskim boksie, ponieważ mam z nim bardzo mały kontakt. Jednak dzięki temu, że ostatnio przez trzy dni oglądałem turniej w Krakowie, mogłem zobaczyć na własne oczy, że w Polsce jest paru bardzo fajnych zawodników i sporo utalentowanej młodzieży. Aż zdziwiłem się, jak ładny poziom zaprezentowali ci młodzieńcy - mówi w rozmowie z Interią 50-letni Andrzej Gołota, legendarny pięściarz, czterokrotny pretendent do tytułu mistrza świata w wadze ciężkiej.

Artur Gac, Interia: Takiego gościa honorowego chyba nikt się nie spodziewał. Jak doszło do pana wizyty w Krakowie na turnieju o "Złotą Rękawicę Wisły"?

Reklama

Andrzej Gołota, legenda polskiej wagi ciężkiej: - Szczerze mówiąc nie pamiętam, nazwiska nie trzymają mi się głowy. W każdym razie ktoś z organizatorów napisał do mojej żony za pośrednictwem mediów społecznościowych.

Miał pan jakiekolwiek obiekcje, czy skorzystać z zaproszenia?

- Nie miałem żadnych. Lubię boks i chciałem zobaczyć, co dzieje się na polskim podwórku.

Jak ocenia pan całą organizację?

- Powiem szczerze, że wszystko było ekstra zrobione, naprawdę byłem miło zaskoczony.

Jakie ma pan wspomnienia związane z Krakowem?

- To właśnie w tym mieście, mając 19 lat zdobyłem swój pierwszy tytuł mistrza Polski seniorów. Poza tym nie miałem żadnych związków z tym miastem, nie licząc tego, że wielokrotnie przejeżdżałem przez Kraków, jadąc do Zakopanego, zazwyczaj na przygotowania.

W finale wspomnianych MP, które odbyły się w 1987 roku, mierzył się pan z kolegą klubowym z Legii Warszawa Januszem Czerniszewskim. Jakieś szczegóły utkwiły panu w pamięci?

- Wszystko pamiętam, tu głowa mnie nie zawodzi (śmiech).

To jak pan zapamiętał przebieg pojedynku o złoto? To był finał rozgrywany do jednej bramki?

- Z tym pojedynkiem wiąże się bardzo ciekawa historia. Otóż w tamtym czasie nie przywiązywałem dużego znaczenia do walk sparingowych, dlatego z sali treningowej pewną przewagę psychologiczną nade mną miał starszy o jedenaście lat i znacznie bardziej doświadczony Janusz. Miałem wtedy do wyboru oddać tytuł walkowerem, ale powiedziałem mu: "Jasiu, ja wszystko rozumiem, ale wiesz, to są mistrzostwa Polski, a w dodatku można wygrać pieniądze, może nie jakieś wielkie, ale to zawsze coś". Na to on mi odpowiedział: "słuchaj, ja tu muszę mieć mistrzostwo Polski i oczywiście pieniądze". Wtedy ja odrzekłem: "o nie, nie, tak to na pewno nie będzie". Postanowiłem, że walkowera mu nie oddam i przegrał tę walkę. Koniec końców nie miał ani tytułu, ani pieniędzy, które w innej sytuacji, gdyby nie ta propozycja, byłem skłonny mu przekazać, bo Jasiu odchodził na emeryturę.

Wówczas w Krakowie błysnęła cała grupa 19-latków, bo poza panem, po tytuły sięgnęli także Dariusz Michalczewski w kategorii lekkośredniej oraz Jan Dydak w wadze półśredniej. Redaktor Jerzy Cierpiatka, który wówczas był kierownikiem biura prasowego, swój materiał opatrzył tytułem: "To idzie młodość".

- Mimo młodego wieku daliśmy radę bardziej doświadczonym zawodnikom. A trzeba pamiętać, że dawni seniorzy dość mocno karali w ringu bardzo obiecujących juniorów, po prostu ich nokautując.

Czyli wtedy, gdy starszy o ponad dekadę Czerniszewski składał panu tę propozycję, to mógł chcieć pana postraszyć, że w przeciwnym razie zostanie pan znokautowany i gorzko tego pożałuje?

- Tak jest, tym bardziej, że wygrywał ze mną walki sparingowe, do których ja w tamtym okresie bardzo źle podchodziłem, traktując je jako zło konieczne, które trzeba zaliczyć i tyle. Biorąc to wszystko pod uwagę, Jasiu był bardzo pewny swego. Ja jednak wiedziałem, że jeśli mocno się w niego wejdzie, to on nie wytrzymuje ciśnienia i jest do ogrania.

Czyli taktykę oparł pan na śmiałym ruszeniu na rywal, by w ten sposób wytrącić mu jego atuty?

- Otóż to, a żeby było jeszcze śmieszniej, do tego turnieju przygotowywałem się tylko przez dwa tygodnie, ponieważ byłem na "unitarce" w wojsku. Dopiero z tak niewielkim wyprzedzeniem pojechałem na obóz kondycyjny z Legią, ale nie ma się co oszukiwać, że moja kondycja w finale trochę kulała.

Wtedy na dobre rozpoczęła się pana kariera, a już rok później był pan brązowym medalistą IO w Seulu, osiągając swój największy sukces w amatorskim boksie.

- Uważa pan, że przegraną można nazwać sukcesem?

A pan ma bardziej poczucie porażki niż sukcesu?

- Tak naprawdę porażki. Szkoda, bo w półfinale powinienem był wygrać z Koreańczykiem Baikiem Hyun-Manem, ale niestety stało się inaczej.

Czego wtedy zabrakło, żeby pokonać Azjatę? (walka została przerwana z powodu rozcięcia u Polaka łuku brwiowego - przyp. red.)

- Wie pan... Na igrzyskach niektórzy spalają się samym turniejem, który jest bardzo długi, a w trakcie tych kilkunastu dni trzeba trenować i zbijać wagę. Ja to przegrałem właśnie dlatego, że ten turniej był dla mnie za bardzo rozciągnięty w czasie i zabrakło mi doświadczenia, jak to wszystko ogarnąć. Po prostu brakło mi fizycznego spokoju.

A mentalnego i psychicznego?

- Tego również.

Trzyma pan w domu, w jakimś eksponowanym miejscu, ten medal?

- Gdzieś tam jest, widzę go, mam przed oczami...

Niedosyt niedosytem, ale mimo wszystko, gdy człowiek spojrzy w kierunku "blaszki" z najbardziej prestiżowej imprezy w boksie amatorskim i olimpijskim, to mały uśmiech chyba się pojawia?

- Mówię szczerze, przeważa poczucie niedosytu, że nie ma "blaszki" ze złota. Szkoda, ale co zrobić.

Niedawno powstał szczególny pana sercu klub bokserski, pierwszy taki na świecie, pana imienia w Krotoszynie.

- To była bardzo fajna i istotna sprawa.

Konsultowano to wcześniej z panem lub pana małżonką?

- Owszem, zwrócono się z taką propozycją. Moja odpowiedź brzmiała: "a dlaczego by nie?".

A jakie ewentualnie można było mieć wątpliwości, by odmówić?

- Wie pan, akurat z miastem Krotoszyn nie mam nic wspólnego, ale z drugiej strony, skoro mam tam swoich sympatyków, to dlaczego miałbym im odmówić?

Pewnie najpiękniej byłoby, gdyby ktoś w Warszawie wpadł na taki pomysł.

- Teraz jest już za późno.

A dlaczego? Mógłby powstać drugi klub, a może jakaś filia.

- Tak daleko może aż nie idźmy.

Kilka razy już pan był w Krotoszynie. Frekwencja na sali dopisywała?

- Naprawdę byłem aż zdziwiony, że jest tylu chętnych do trenowania tego sportu. Teraz też byłem i  znów aż miło było na to popatrzeć.

A czym pana obecność w tym terminie w Polsce głównie była podyktowana?

- Między innymi właśnie turniejem o "Złotą Rękawicę Wisły", ale nie tylko. Chciałem jeszcze zostać na pogrzebie kolegi Dariusza Mroza, który zginął tragicznie, ale niestety nie miałem szans przedłużyć pobytu. To był mój kolega z czasów Legii Warszawa, walczyliśmy w jednej drużynie.

Niedawno był także pogrzeb trenera Andrzeja Gmitruka.

- To bardzo smutna sprawa i wielka szkoda, że tak się stało. Wprawdzie nie mieliśmy żadnych zażyłych kontaktów, między nami nie było też przyjaźni, ale przecież znaliśmy się dobrze.

Razem z trenerem Gmitrukiem byliście na IO w Seulu. Jak pan wspomina szkoleniowca?

- Był dobrym trenerem, prawdziwym pasjonatem tego sportu. Na pewno był profesjonalistą i prezentował właściwe wartości w boksie. Andrzej wiedział, jak w danej sytuacji należy się zachować, szczególnie właśnie w boksie.

Gdy obserwowało się jego zachowanie choćby w przerwach między rundami, to zawsze widać było charyzmę i...

- ...potrafił się zachować adekwatnie do sytuacji. W wielu przypadkach umiał bardzo trafnie podpowiedzieć, co należy zrobić, a nie każdy trener potrafi to przekazać.

Gdy z Izu Ugonohem wspominaliśmy trenera Gmitruka, to nasz pięściarz właśnie zwrócił szczególną uwagę, że trener Gmitruk miał niesamowitą umiejętność trafiania do zawodników o różnych charakterach i temperamentach. Doskonale wiedział, które metody są skuteczne i docierają do konkretnej osoby.

- Tak właśnie było, dostosowywał się i potrafił zareagować odpowiednio do danej sytuacji.

Kilka lat temu wyznał mi pan, że nie ogląda obecnych walk, a na pytanie z czego to wynika, z rozbrajającą szczerością odparł pan, że nie potrafi odpowiedzieć. Jak jest teraz?

- Na pewno niezbyt śledzę sytuację w polskim boksie, ponieważ mam z nim bardzo mały kontakt. Jednak dzięki temu, że ostatnio przez trzy dni oglądałem turniej w Krakowie, mogłem zobaczyć na własne oczy, że w Polsce jest paru bardzo fajnych zawodników i sporo utalentowanej młodzieży. Aż zdziwiłem się, jak ładny poziom zaprezentowali ci młodzieńcy.

Zaobserwował pan, że mamy talenty?

- Na pewno. To jest fakt.

Przez parę godzin miałem okazję oglądać z panem ramię w ramię pojedynki i kilka razy wyraźnie się pan ożywił. Co, pana zdaniem, znamionuje potencjał u młodego pięściarza?

- Przede wszystkim umiejętność zachowania się po otrzymaniu ciosu.

Rozważa pan jakąś rolę dla siebie przy boksie?

- Na pewno nie w charakterze promotora czy menedżera, ale bardziej konsultanta.

No właśnie, kiedyś już to słyszałem, że jeśli już, to jako doradca. Tu by się pan widział?

- Można o tym pomyśleć, temat jest otwarty, ale jeszcze do końca nie jestem przekonany.

W chwili refleksji powiedział mi pan, że w końcu tyle lat spędził w boksie i żeby ten czas nie był w pewnym sensie stracony, to należałoby podzielić się doświadczeniem i ulokować je w utalentowanych chłopcach.

- Ciekawy tekst, co? W każdym razie jest to bardzo realne i nie wykluczam takiej możliwości.

To musiałby być polski zawodnik, czy narodowość nie gra roli?

- Chodzi o zawodnika nieważne skąd, ale żeby chciał walczyć. Tylko tyle i aż tyle.

Jak ocenia pan poziom obecnej wagi ciężkiej na świecie?

- Poza dwoma zawodnikami, praktycznie nie ma wagi ciężkiej na świecie. Są oni i później długo, długo nikt. W okresie, gdy ja boksowałem, chyba więcej było rywalizacji. A teraz Anthony Joshua i Deontay Wilder tworzą nowy typ pięściarza, zwłaszcza atletycznie zbudowany Joshua.

A co sądzi pan na temat najlepszego obecnie Polaka w królewskiej kategorii wagowej Adama Kownackiego?

- Osobiście nie znam Adama, widziałem go chyba tylko raz w życiu. Tak samo, jak dotąd widziałem tylko jeden pojedynek Adama, w którym przetrącił Artura Szpilkę.

Widać, że w przygotowaniu fizycznym Adam ma jeszcze duże braki, za to prezentuje bardzo ofensywny styl boksowania, który na razie mocno go premiuje.

- Wygrywa i to jest najważniejsze.

I to wszystko napawa optymizmem przed walkami z tuzami tej kategorii?

- Na razie właśnie nie, bo musi zrozumieć, że powinien bardziej dbać o siebie i fizycznie być bardziej wytrenowany.

Czyli brzuszek nie wchodzi w grę?

- Raczej nie, bo to nawet nie brzmi poważnie i nie wygląda profesjonalnie.

I absolutnie nie chodzi o wygląd jako taki, prawda?

- Oczywiście, obudowa fizyczna pozwala sprostać mocnym ciosom.

14 grudnia miała miejsce rocznica walki rewanżowej z Riddickiem Bowe’em, która podobnie jak pierwsza, obrosła nieprawdopodobną legendą ze względu na pana dyskwalifikacje. Wraca pan do niej myślami?

- To było tak dawno temu, że już prawie zapomniałem, co tam się stało (śmiech). A tak szczerze, co zrobić... Nie analizuję tego, to nie moja rola.

A ile prawdy jest w tym, że podobno po jakimś czasie ówczesny prezydent RP Aleksander Kwaśniewski zapytał pana, dlaczego przy tak wyraźnym prowadzeniu na punkty, uderzył pan Bowe’a poniżej pasa. Pan miał zapytać, czy odpowiedzieć szczerze, a gdy prezydent przytaknął, ponoć odparł: Bo mnie wku***. To prawda?

- No nie, aż tak mocno nie było, ale sama pogawędka mogła mieć miejsce, choć za bardzo tego nie pamiętam. Niech to już pozostanie słodką tajemnicą.

Kiedy znów przyleci pan do ojczyzny?

- Myślę, że za kilka miesięcy.

Rozmawiał Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje