Reklama

Reklama

Andrzej Fonfara: Mam ważny atut do bycia mistrzem świata

- Nie zamierzam mieć długiej kariery. Jeszcze dobrych parę walk, póki będę wygrywał. Jeśli zobaczę, że to już nie ma sensu, wtedy podejmę męską decyzję - przekonuje w rozmowie z Interią Andrzej Fonfara, najlepszy polski pięściarz w wadze półciężkiej. "Polski Książę" w marcu na gali w Nowym Jorku pokonał przed czasem w dramatycznych okolicznościach Chada Dawsona.

Artur Gac, Interia: Gratuluję panu szalenie ważnego zwycięstwa przez techniczny nokaut nad Chadem Dawsonem w walce o pana "być albo nie być". A konkretnie o pozostanie w czołówce i liczenie się w rozgrywce o tytuły.

Reklama

Andrzej Fonfara: - Na pewno tak. Był to bardzo ważny pojedynek, który wywindował mnie w rankingach i zbliżył do elity wagi półciężkiej. Rywal w osobie byłego mistrza świata był zawodnikiem z szerokiej czołówki, który też miał aspiracje, żeby jeszcze poboksować na najwyższym poziomie. Zresztą sam powiedział, że daje sobie rok, góra półtora i chciałby ten czas jak najlepiej wykorzystać. Tym cenniejsze, że pokonałem przed czasem tak zmotywowanego pięściarza.

Nie da się ukryć, że zwycięstwo w tym pojedynku bardzo mocno zaczęło się panu wymykać z rąk.

- Racja, przy czym czułem się w ringu bardzo dobrze. Mniej więcej kontrolowałem przebieg tej walki i wiedziałem, że jak podkręcę i zacznę zadawać więcej ciosów, to skończę go przed czasem. W każdym razie moim kibicom i swojemu narożnikowi zafundowałem lekki horror, było trochę nerwów, ale koniec końców zastopowałem Dawsona w ostatniej 10. rundzie. Niemniej czułem się świetnie, za to rywal z rundy na rundę po moich ciosach opadał z sił. Z drugiej strony są pozytywy, bo dziesięciorundowa walka dała mi sporo doświadczenia. Ponadto okazało się, wbrew niektórym opiniom, że wcale nie przyszło mi mierzyć się z cieniem Amerykanina, którego "poskładam" w kilka minut. Chad pokazał, że jeszcze dużo w nim jakości ze starego mistrza.

Na kartach punktowych przegrywał pan w sposób wyraźny u wszystkich sędziów (u dwóch trzema, u jednego czterema pkt) i mówiąc obiektywnie, nie można było mieć pretensji do pracy arbitrów.

- Fakt, Dawson miał tę optyczną przewagę, ale w ringu odczuwałem to troszkę inaczej. Wiedzieliśmy, że walka ogólnie jest bardzo wyrównana, choć ze wskazaniem na Chada. Dlatego w przerwach między rundami mój trener motywował mnie, że muszę wygrać przed czasem. Pojedynek tak się ułożył, ponieważ rywal był świetnie przygotowany. Widział pan, że Amerykanin mnie punktował, uciekał na nogach i nie dawał się trafiać. Przy jego stylu wyszło trochę mojej rdzy, bo nie boksowałem prawie dziewięć miesięcy. Przez to nieco za wolno toczyłem to starcie, będąc zbyt leniwy w ringu. Ciosy Dawsona nie robiły na mnie wrażenia, ale niepotrzebnie dawałem się mu obijać, bo za to zbierał punkty. To zwycięstwo postrzegam w kategoriach kolejnej lekcji boksu, lecz z nie byle jakim rywalem. Teraz jestem na fali wznoszącej i gotowy na następne pojedynki.

Nieco leniwego stylu boksowania szkoda tym bardziej, że przed walką doskonale miał pan świadomość, że od początku trzeba być aktywnym i na swój sposób agresywnym.

- Dokładnie tak! Niektórzy mówią, że przegrałem pierwszą rundę, choć moim zdaniem było odwrotnie. Popełniłem trochę błędów, ale przewagę miałem w tym, że moje ciosy były dużo mocniejsze. Natomiast jeśli chodzi o częstotliwość uderzeń i zadawanie kombinacji, rozkręciłem się dopiero później. Szkoda, że nie podkręciłem tempa trochę wcześniej, ale najważniejsze jest zwycięstwo.

Ta walka pokazała, że o ile jest pan pięściarzem z przewagą siły i mocy uderzenia, to technicznie lepszym bokserem był Chad Dawson.

- Amerykanin pokazał, że jest zawodnikiem na zaawansowanym poziomie technicznym. Nie przez przypadek wygrywał ze świetnymi rywalami i był trzykrotnym mistrzem świata. W ogólnym rozrachunku technika Dawsona nie wystarczyła mu do przechylenia szali na swoją stronę, bo przegrała z moją siłą, wytrzymałością i kondycją. Nie można mieć wszystkiego, ma się różne atuty, ale mój daje mi niebagatelną przewagę.

Właśnie w takich sytuacjach, gdy wybrzmienie ostatniego gongu oznaczałoby porażkę.

- Zgadza się. Zresztą ten walor pokazałem nie po raz pierwszy, bo pamiętamy kilka moich walk, jak chociażby tą z Gabrielem Campillo. Wtedy punktacja też nie była na moją korzyść, ale potrafiłem wziąć się w garść i skończyć zawodnika. To ważny atut dla pięściarza, który ma aspiracje na bycie mistrzem świata.

Niepokoi jedna rzecz. W dalszym ciągu nie widać poprawy, jeśli chodzi o pana obronę. Nie chcę mówić, że nadal przypomina szwajcarski ser, ale trudno o inne porównanie.

- Cały czas nad tym pracuję. Nowy trener Virgil Hunter na pierwszym naszym obozie nie próbował mnie bardzo zmieniać. Mówił, żebym cały czas był sobą, ale oczywiście wprowadziliśmy parę poprawek. Przede wszystkim wracałem do pozycji bokserskiej, co było głównym celem, by poprawić obronę. Dzięki temu lepiej mogłem ustawić się do rywala, czyli bardziej bokiem. Po każdej akcji starałem się wracać do idealnej pozycji, dlatego moje ataki wychodziły z obrony. Virgil nie jest specjalnym fanem uników, rotacji, ani bardzo luźnego stylu. Preferuje boks bardziej statyczny, powiedzmy w stylu Andre Warda, poprzez trzymanie pozycji, schodzenie z linii ciosu i lewy prosty.

Niemniej ten element pana boksowania cały czas pozostawia sporo do życzenia.

- Oczywiście. Nigdy nie byłem wirtuozem obrony. Moimi atutami zawsze były siła, determinacja i wygrywanie w końcowych rundach.

Dobrze by było czym prędzej wyeliminować te mankamenty, bo nie staje się pan coraz młodszym zawodnikiem. Przyjął pan już trochę ciosów, a przykłady pięściarzy, którzy przez lata potrafili zainkasować mocne uderzenia dowodzą, że w pewnym momencie istnieje cienka granica. Czasami jeden cios za dużo przyjęty powoduje, że zawodnik staje się pięściarzem rozbitym.

- Mam nadzieję, że w moim przypadku do tego nie dojdzie. Tak jak kiedyś mówiłem, nie zamierzam mieć długiej kariery. Jeszcze dobrych parę walk, póki będę wygrywał i czuł się pięściarzem, który wychodzi do ringu po coś. Jeśli zobaczę, że to już nie ma sensu, to podejmę męską decyzję. Ja tak naprawdę nie muszę walczyć, żeby żyć na odpowiednim poziomie. Prowadzę różne biznesy i mam dla kogo żyć, bo niedawno powiększyła mi się rodzina. Z żoną doczekaliśmy się wspaniałego syna, dlatego tym bardziej będę wyczulony na wszelkie niepokojące oznaki. Jeśli poczuję, że to już koniec, a walki przestaną sprawiać mi przyjemność, wtedy powiem "pas". Nie chcę skończyć - jak to pan nazwał - w roli "buma", bo gra nie byłaby warta świeczki. Będąc w zdrowiu chcę poświęcić się mojej rodzinie.

Rozmawiał Artur Gac

Dowiedz się więcej na temat: Andrzej Fonfara | Chad Dawson | gabriel campillo | Virgil Hunter

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama