Reklama

Reklama

Andrzej Fonfara: Jestem sympatycznym gościem, ale umiem przyłożyć

​Ma dopiero 27 lat, a już jest idolem kibiców boksu w USA. Za ostatnią walkę zarobił 400 tysięcy dolarów, a jego rywal po dziewiątej rundzie miał dość potężnych ciosów Polaka. - Jestem sympatycznym gościem, ale naprawdę umiem przyłożyć - mówi w rozmowie z Interią zapalony kibic Legii, przyjaciel Artura Boruca i najbardziej popularny obecnie polski pięściarz - Andrzej Fonfara.

18 kwietnia 2015 roku, Carson, Kalifornia. Idol całego Meksyku, złoty dzieciak Julio Cesar Chavez Junior mierzy się w ringu z Andrzejem Fonfarą. Latynos jest murowanym faworytem, za walkę zarobi 2,5 miliona dolarów. Polak zgarnie mniej niż jedną szóstą tej kwoty. Na ringu jednak tego nie widać.

Od pierwszego gongu to Fonfara wywiera presję na słynnym rywalu. Meksykanin stara się pokazywać, że ciosy nie robią na nim wrażenia. Uśmiecha się prowokująco i gestykuluje, jakby mówił: "No chodź, pokaż co umiesz". A Polak potrafi mocno uderzyć.

Walka w czwartej rundzie nabiera tempa i momentami jest brutalna. Pięściarze stoją na środku ringu i okładają się. Żaden nie odpuszcza nawet na moment. Mijają minuty, a Chavez wyraźnie traci siły. 

Reklama

Junior nigdy nie przykładał się specjalnie do treningów, licząc na swój wielki talent i nadludzką wytrzymałość. W szóstej rundzie przyjmuje kilka bomb Fonfary, chwieje się na nogach.

Siódma runda. Polak atakuje Meksykanina barkiem, sędzia odejmuje punkt Andrzejowi. 


W ósmym starciu rozjuszony jak wściekły byk Fonfara rusza do przodu. Bije potężnie, a Chavez już się nie uśmiecha. Próbuje się odgryzać, ale tym razem to Polak kiwa głową. "Nie trafiasz mnie kolego".

Minuta do końca dziewiątej rundy. Latynos wdaje się w wymianę ciosów z Polakiem. Na moment odsłania prawą stronę, a Fonfara natychmiast uderza piorunującym lewym sierpem. Meksykanin pada na deski. Z trudem podnosi się z ringu. Kilkadziesiąt sekund później oddycha bardzo ciężko. Trener pyta go, czy da radę walczyć dalej. Słynny pięściarz przecząco kiwa głową, poddaje się.

Kilka minut później sędzia unosi w górę rękę jego pogromcy, a spiker ogłasza zwycięstwo "Polskiego Księcia". And the winner is... "Polish Prince" - Andrzej Fonfara!

Odliczał centy, żeby zatankować samochód

Uwielbiany przez fanów boksu w Chicago i coraz bardziej popularny w USA Fonfara, za oceanem jest już prawie dziesięć lat. Dziś jest słynnym pięściarzem, który za kolejne walki zarabia setki tysięcy dolarów, ale kiedy przyjechał do Stanów jako nastolatek, do "Księcia" było mu daleko.

- Zdarzyły się trudne momenty. Pamiętam, jak odkładałem dolary i centy, żeby zatankować samochód. Ciężkie chwile jednak tylko mnie wzmocniły. Sposobem na kłopoty było dla mnie to, by zagryźć zęby i mocno trenować - mówi nam dzisiaj Andrzej.

Jak 18-letni chłopak z Białobrzegów trafił do Stanów Zjednoczonych?

- Tuż po moim zawodowym debiucie, mając 18 lat dostałem ofertę wyjazdu od jednego z promotorów. Niewiele myśląc wyruszyłem do Stanów i wkrótce potem stoczyłem tam pierwszą walkę. To był skok na głęboką wodę, ale liczy się to, że nie utonąłem - podkreśla z dumą Fonfara.

Trudnych chwil w USA wcale jednak nie brakowało. Już w swojej piątej zawodowej walce Polak przegrał jednogłośną decyzją sędziów ze słabiutkim Eberto Mediną. Zdołał się podnieść. Wygrał kilka pojedynków i dostał pierwszą poważną szansę - pojedynek z Derrickiem Findleyem. Skończyło się dramatycznie. Deski w drugiej rundzie, huraganowy atak Amerykanina w końcówce i ciężki nokaut.

- Wtedy zwątpiłem. Wszystko szło dobrze, a nagle taka porażka, taki nokaut. Byłem załamany - wspomina Fonfara.

"Sterydy? Powinienem był trzy razy sprawdzić leki"

Na szczęście Polak szybko odrzucił myśli o zakończeniu kariery i zabrał się do pracy. Dziś podkreśla, że klęska z Findleyem nauczyła go więcej niż niejedno zwycięstwo. - Czasem tak jest, że przychodzi porażka, trzeba wstać, otrzepać się i iść dalej. Tamta porażka to była dobra lekcja - mówi.

Fonfara znowu wygrał kilka walk, wzmocnił się (z wagi junior średniej przeszedł do super średniej) i wydawało się, że wszystko wraca na dobre tory. Po pewnym zwycięstwie ze Skylarem Thompsonem, Andrzej dostał jednak telefon z komisji bokserskiej stanu Illinois. Okazało się, że u Polaka wykryto niedozwolone środki dopingujące.

- Ta sytuacja ze sterydami to był wypadek przy pracy. Byłem chory, przyjąłem lekarstwa, w których były zakazane substancje... Zawaliłem, bo powinienem był to sprawdzić, a nie zażywać antybiotyk w ciemno. Parę miesięcy kary za to dostałem - opowiada Fonfara.

Andrzeja prześladował pech. Najpierw porażka przez nokaut, potem dopingowa wpadka. Wkrótce jednak dla polskiego pięściarza miało zaświecić słońce.

"Polski Książę" niszczy rywali

Fonfara z chłopca zmienił się w mężczyznę. Ustabilizował wagę na poziomie około 78-79 kilogramów i kolejne pojedynki toczył w kategorii półciężkiej. Walczył zwykle w mogącej pomieścić około 10 tysięcy widzów hali UIC Pavilion w Chicago.

Od zweryfikowanej na No Contest (brak rozstrzygnięcia - ang.) walki z Thompsonem, Fonfara stoczył dziewięć pojedynków. Każdy z nich kończył zwycięstwem przez nokaut!

- Wtedy pojawiła się oferta walki z Glenem Johnsonem. To był renomowany zawodnik, kawał pięściarza, ale pokonałem go bezapelacyjnie. Od czasu tego zwycięstwa moja kariera nabrała dużego rozpędu - mówi pięściarz, o którym kibice w Chicago coraz częściej mówili "Polski Książę".

Zwycięstwo z Johnsonem wystrzeliło Andrzeja na wysokie pozycje w rankingach, ale - co najważniejsze - Polak wpadł w oko promotorom, którzy nakręcają bokserski biznes w Stanach Zjednoczonych.

- Skończyło się obijanie średnich zawodników, a zaczęły poważne walki i poważne pieniądze. Po Johnsonie była świetna walka z Gabrielem Campillo wygrana przed czasem, no i starcie z Adonisem Stevensonem. Ten ostatni pojedynek (przegrany jednogłośną decyzją sędziów - red.) był ważny, bo pokazałem się na antenie telewizji Showtime, która zobaczyła, że warto na mnie stawiać - opowiada Fonfara.

Kumpel Boruca w ringu z "Supermanem"

Mimo porażki z rewelacyjnym Stevensonem, którego przydomek "Superman" mówi wiele o jego ringowych umiejętnościach, kariera Andrzeja nie straciła rozpędu. Polski pięściarz za starcie z Kanadyjczykiem dostał ponad 300 tys. dolarów i... zrobił wyjątkowy prezent swojej dziewczynie.

- Rzeczywiście, po walce z Adonisem dostałem spory czek! Postanowiłem wtedy zrobić niespodziankę Justynie i oświadczyłem się jej. Przyjęła propozycję, więc można powiedzieć, że prezent był trafiony - opowiada ze śmiechem Andrzej.

A co byłoby najlepszym prezentem dla Fonfary? - Oczywiście pas mistrza świata, ale o niego trzeba ostro walczyć w ringu! Poza tym chciałbym zobaczyć, jak tytuł mistrza Polski odzyskuje moja Legia - mówi pięściarz, który przyjaźni się z Arturem Borucem.

- Poznałem się z Arturem przez mojego przyjaciela Irka Wyszyńskiego. Artur grał akurat w Chicago mecz towarzyski Polska - USA. Zostaliśmy dobrymi kumplami. Pojechaliśmy nawet z rodzinami na wspólne wakacje do Los Angeles, było bardzo wesoło - wspomina Andrzej.

Plan jest prosty: zdobyć mistrzostwo świata

Fonfara dla Polonii w Stanach Zjednoczonych chce być idolem takim, jak przed laty jego imiennik Andrzej Gołota. Sam "Polski Książę" podkreśla jednak, że nie ma pięściarza, na którym się wzoruje.

- Nie mam swojego ulubieńca. Kiedyś Gołota był moim idolem, ale to stare czasy. "Andrew" był ikoną boksu zawodowego dla wszystkich Polaków. Najpierw był on, później Tomasz Adamek, a teraz ja staram się przejmować pałeczkę. Stawiam na to, by rozwijać się jako bokser i mam nadzieję, że za kilka lat młodzi pięściarze będą chcieli być jak Andrzej Fonfara. Mam własny styl i wciąż nad nim pracuję - mówi.

- Cieszę się z tego, że mamy coraz więcej chłopaków boksujących na najwyższym poziomie. Jestem ja, jest Krzysiek Głowacki, duże możliwości ma Artur Szpilka. Chcemy wspólnie tworzyć historię polskiego boksu i pokazywać, że Polak też może być najlepszy na świecie - podkreśla Andrzej.

Fonfara to sympatyczny facet, który wie czego chce i wygląda na to, że może osiągnąć bardzo dużo. Kiedy na koniec wywiadu pytamy go o bójkę w barze, w wyniku której swego czasu trafił na salę sądową, tylko macha ręką.

- Z tą bójką w barze... No wiesz, musiałem działać szybko. To była samoobrona. Potem rzeczywiście była sprawa w sądzie, ale wszystko skończyło się dobrze. Jestem raczej sympatycznym gościem, ale kiedy ktoś mnie wkurza, to potrafię przyłożyć - mówi z przymrużeniem oka.

Po chwili dodaje już całkiem poważnie: - 16 października czeka mnie walka z Nathanem Cleverly’m. Skupiam się całkowicie na nim, bo w ringu będę musiał zostawić kawał zdrowia. Jeśli wygram z Walijczykiem, to potem będzie pewnie rewanż ze Stevensonem. Plan jest prosty: krok po kroku pokonywać kolejne przeszkody i zdobyć pas mistrza świata.

Autor: Bartosz Barnaś

Ostatnie pojedynki Andrzeja Fonfary:

W tabeli kolejno: data walki, przeciwnik, wynik (Z - zwycięstwo, P - porażka). KO - nokaut, TKO - techniczny nokaut, UD - jednogłośna decyzja sędziów.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje