Reklama

Reklama

Andrzej Fonfara: Dopadnę Adonisa Stevensona

Andrzej Fonfara nie ukrywa, że marzy o pojedynku z Adonisem Stevensonem. "Cały czas mam z tyłu głowy jego nazwisko. Dopadnę go" - zapewnia polski pięściarz.

To już niemal pewne, że latem dojdzie do twojego rewanżu ze Stevensonem. Rozpocząłeś już przygotowania do walki?

Reklama

Andrzej Fonfara: - Na razie jeszcze trenuję w Chicago. Nie są to jakoś przesadnie ciężkie zajęcia. Przede wszystkim chodzi w nich o podtrzymanie dobrej formy, więc można powiedzieć, że daję na razie z siebie 70-80 procent. Czekam na datę walki i wyjazd na kolejny obóz, który zacznie się prawdopodobnie za dwa tygodnie.

Pojawiła się informacja, że do walki może dojść w maju lub czerwcu, nie jest natomiast znana lokalizacja.

- Brakuje jeszcze kilku ważnych konkretów. Nie wiem czy będę musiał lecieć na walkę do Kanady. Nie podpisałem jeszcze kontraktu, więc wszystko powinno wyjaśnić się lada dzień. Na razie skupiam się na treningach kondycyjnych, naturalnie zmieszanych z bokserskimi. Przygotowuję podłoże, żeby wyjechać na obóz.

Czyli wrócą stare rytuały w ramach oczyszczenia głowy? Ping-pong, konsola?

- Na pewno! To będzie mój drugi obóz w Houston, gdzie mam świetnego szkoleniowca wytrzymałościowo-kondycyjnego i wielu znajomych. Ostatnio, przed walką z Cleverlym, mieszkał tam właśnie Artur Szpilka i razem spędzaliśmy czas. Dobrze to wyglądało, bo poza ciężkimi treningami miałem chwile rozluźnienia i relaksu. Tym razem Artura chyba nie będzie, ale i tak będę się tam czuł doskonale.

Od przegranego starcia ze Stevensonem upłynęło już 21 miesięcy. Zakładam, że przez ten cały czas musiałeś jakoś wracać do tej rywalizacji - w głowie, na wideo...

- Na pewno tak. Wracam myślami do tej porażki i staram się to na nowo ułożyć w głowie. Myślę o tym jak będzie wyglądał nasz rewanż, jakie błędy wyeliminować i w czym się poprawić. Nawet przy okazji boksowania z Doudou Ngumbu, Julio Cesarem Chavezem i Nathanem Cleverly'm miałem z tyłu głowy nazwisko mojego najbliższego rywala. 

- Wiedziałem, że muszę sobie zasłużyć na rewanż. Sądzę, że zrobiłem to trzema wygranymi i pewnie się dogadamy. Ostatnio oglądałem tę walkę kilka razy i myślę, że jestem lepszym zawodnikiem. Dopadnę go.

Mówiłeś, że przede wszystkim wzmocniłeś się mentalnie.

- To na pewno mój największy atut. Wyjdę do ringu dobrze nastawiony. Dawna walka ze Stevensonem nie była dla mnie pierwszą dużą, bo miałem wcześniej w ringu Glena Johnsona, Gabriela Campillo czy Tommy'ego Karpency'ego. Oni byli wtedy bardziej utytułowani ode mnie, ale to Stevenson pozostaje najgroźniejszym przeciwnikiem, mistrzem świata. 

- Wtedy towarzyszyła mi lekka trema, bo stawka była bardzo duża, a ja nie boksowałem się z nim w Chicago, tylko na wyjeździe w Montrealu. Po trzech walkach jestem teraz mocniejszy i bardziej konsekwentny.

Tak naprawdę boksujecie się już teraz - tyle, że na razie za pośrednictwem Twittera, gdzie wbijacie sobie szpile.

- Pierwsze ciosy już lecą. Na razie w mediach, ale od słowa do słowa i mam nadzieję, że wszystko wyjaśnimy sobie wkrótce na pięści.

Twój trener Sam Collona powiedział ostatnio, że jesteś najmocniejszym puncherem, z jakim kiedykolwiek pracował. To niezła nobilitacja.

- Na pewno tak. Robiłem rano dziś trening z Samem i był na razie bardzo zadowolony z mojej formy. Po kontuzji prawej ręki nie ma już śladu i z obu mogę bić równie mocno. Maj i czerwiec to miesiące, kiedy będę w najlepszej dyspozycji. Zawsze mam dobry początek roku i jestem w stanie to podtrzymać. Wyjdę do ringu po mistrzostwo świata. Chcę cieszyć się pasem.

Na facebookowym koncie Collony pojawiło się ostatnio wasze zdjęcie z Andrzejem Gołotą. Trener napisał, że to zaszczyt pracować z dwoma wielkimi Andrzejami.

- Byłem ostatnio w gymie i nagle pojawił się Andrzej Gołota. Pokręcił się trochę po sali, porozmawialiśmy i zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie. Fajnie, że był przy moim treningu. Trochę poprawił mi lewą rękę. To świetny pięściarz, doświadczony i nie tylko kolega - w przeszłości był moim idolem. To bardzo motywujące, bo w pewien sposób wpłynął na start mojej kariery. Jako dzieciak wstawałem w nocy, oglądałem jego rywalizacje i marzyłem, żeby znaleźć się na jego miejscu.

Nie żal ci, że upadły rozmowy z Siergiejem Kowaliowem?

- Tak naprawdę nie padły żadne konkrety. Zapytany w wywiadzie przyznawał, że chętnie by się ze mną zmierzył. Ja też nie mam z tym żadnego problemu, ale nie odzywał się promotor, kontrakt nie powstał. Zero oficjalnych rozmów. 

- Na pewno bliżej do walki ze Stevensonem niż z Kowaliowem w Moskwie. Później pomyślimy, bo priorytety są teraz oczywiste. Jak wygram pas - wtedy ewentualnie za dużo większe pieniądze będziemy mogli się zmierzyć.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje