Adamek potwierdza. Sensacyjne starcie na koniec kariery? "Zaboli go każde słowo"
- Ale ja potwierdzam te słowa. I właśnie być może nadarzy się taka okazja, by wszedł ze mną do ringu, gdzie zbiję go na kwaśne jabłko. I w ten sposób udzielę mu odpowiedzi, że nie jest żadnym sportowcem. Obiję go jak małego chłopca - mówi w rozmowie z Interią Tomasz Adamek, który zapowiada powrót na ring na potrzeby ostatniej walki. Czy na pewno ostatniej? "Ostatnie wejście i wystarczy. Dość wojowania" - zapewnia. I ma ochotę ukarać Marcina Najmana.

Artur Gac, Interia: Czy ty naprawdę będziesz raz jeszcze wychodził do walki?
Tomasz Adamek: - Tak, zrobimy zakończenie w tym roku. Dokładnego terminu jeszcze nie znam, ale być może będzie to grudzień. I to będzie moje ostatnie wejście do ringu.
Definitywnie ostatnie? Bo "chwilę" już kończysz.
- Nie ma opcji, żebym przedłużał. To będzie ostatnie wejście i wystarczy. Dość wojowania, tyle lat w ringu, najważniejsze że jestem zdrowy, głowa zdrowa. Wystarczy tych wojen.
To na pewno będzie ring czy inna arena?
- Ja chciałbym do ringu. Chciałbym, żeby to było moje ostatnie wejście do ringu. Chcę wtedy wziąć mikrofon, podziękować wszystkim za wszystko, za teraźniejszość i przeszłość, bo kibice śledzili mnie od 1999 roku jako zawodowego pięściarza. I są do dzisiaj. Za to też z tego miejsca im dziękuję.
Nie wiem, czy ja trafnie czytam między wierszami, ale naprawdę twoim rywalem miałby być Marcin Najman?
- To już nie ode mnie zależy, ale być może. Czekam na informację od Mateusza Borka. Jeśli powie mi "walczymy z tym", to tak będzie. A czy to będzie Najman, czy ktokolwiek inny, nie ma problemu. Wchodzę, stłukę mu głowę i jadę, mówiąc po górolsku, ku chołpie.
Zawsze mówiłeś, że Najman to żaden sportowiec. Więc jak to sobie wytłumaczysz, by takim zestawieniem kończyć swoją długą historię w boksie?
- Ale ja potwierdzam te słowa. I właśnie być może nadarzy się taka okazja, by wszedł ze mną do ringu, gdzie zbiję go na kwaśne jabłko. I w ten sposób udzielę mu odpowiedzi, że nie jest żadnym sportowcem. Obiję go jak małego chłopca.
Przed takim zestawieniem z pewnością wiele byś się nasłuchał pod swoim adresem.
- Zawsze mówiłem: "możesz opowiadać co chcesz, a weryfikacja jest w ringu". Pobiję go i zobaczy, jak wygląda prawdziwy pięściarz oraz jak mocno bije.
Pytanie, czy w tobie, 50-latku, będzie jeszcze trochę Tomasza Adamka. Czy na tyle się przygotujesz i zbudujesz formę, by w ringu nie pozostawić żadnych wątpliwości.
- Sto procent. Dlatego, że na tego faceta przygotowuję się już teraz, zacząłem biegać. Bardzo wziąłem sobie to wszystko do serca, te wszystkie słowa, które o mnie mówił źle. Odpłacę mu w ringu, po prostu. Każdy lewy prosty, który poczuje na swojej głowie, będzie powolną zapłatą. Nie będę go szybko kończył, tylko czekał i dalej wyprowadzał ten lewy prosty, aż wszystko odpokutuje.
Gdyby nadarzyła się okazja na szybki nokaut, nie skorzystasz?
- Nie ma opcji.
Tylko że taka walka, benefisowa, w każdej chwili może zostać przerwana lub poddana.
- To pytanie do niego, jaką będzie miał w ringu wolę. Czy wojownika, czy... Powstrzymam się przed brzydkim określeniem.
1 grudnia tego roku przekroczysz półwiecze życia. Kawał ludzkiej historii.
- Każdego dnia dziękuje Bogu za to wszystko, co mi pokazał. Czułem jego obecność od początku życia, w tym od rozpoczęcia zawodowej kariery, gdy przechodziłem wielką przeprawę. Od Anglii, aż do Ameryki. Połamany nos i żebra, ale szedłem dalej. Teraz jest czas na zakończenie. Niedawno robiłem badanie, mój mózg jest perfekt, nie ma żadnych przeciwskazań, więc jestem gotowy na ostatnią wojnę.
Wojna to chyba za duże słowo.
- Ale ja zawsze do ringu wchodzę, jak na wojnę. Ktokolwiek by nie stał naprzeciwko mnie, zawsze mam jedno podejście. Przyjadę do Polski, przygotuję się i będę chciał pokazać wszystko, co mam najlepsze. A czy wygram w pierwszej, czy trzeciej rundzie, to już nie ma znaczenia.
A opcja porażki?
- Przestań, nie ma takiej możliwości. Nigdy z takim myśleniem nie walczyłem nawet z największymi.
Jeśli wierzyć, że to będzie absolutne i ostateczne pożegnanie, to masz taką wizję, aby pojawiły się wszystkie osoby, które wciąż są miedzy nami, a szły z tobą tą drogą? Mam tutaj na myśli choćby trenerów, czy na przykład Ziggy'ego Rozalskiego, choć on od dawna nie pochwala twojego przedłużenia kariery.
- Tak będzie. Niestety niektórzy już nie żyją, jak Kazimierz Rochalski z Jastrzębia, Jan Kudra, czy Andrzej Gmitruk. Ale żyje mój pierwszy trener z Żywca Stefan Gawron i pewnie przyjedzie, również Irek Przywara i pozostali, którzy mnie wspierali. Jakby nie było, choć nigdy nie lubię się chwalić, zrobiłem kawał historii.
Sportowo oczywiście, to nie podlega dyskusji. A co z takim trenerem, jak Roger Bloodworth? Życzyłbyś sobie jego przylotu z Ameryki?
- Myślę, że to niemożliwe, Roger jest człowiekiem bardzo podstarzałym. Zapraszałem go ostatnio, ale ma już 83 lata. Za to powiedział do mnie takie słowa: "Tomasz, kocham cię, pokazałeś mi drogę do Jezusa". On się przy mnie nawrócił, wybrał się do spowiedzi po 27 latach. I już pozostał przy tym sakramencie. Ostatnio z nim rozmawiałem i znów mi powtórzył: "Tomasz, ja uczyłem cię boksu, a ty wskazałeś mi drogę do Jezusa Chrystusa".
A czy ciebie w ostatnim czasie coś tak mocno wzruszyło, że aż łza spłynęła ci po policzku?
- Ze spraw życiowych nic mnie nie wzrusza. Nawet moja żona nie kryje zdziwienia, że gdy ktoś umiera, nie płaczę. Ja tylko mogę zapłakać przed panem Jezusem. I tam płaczę.
Czyli w takiej intymnej relacji, w modlitwie?
- Tak, tam płaczę. Dużo płaczę.
Rozmawiał Artur Gac
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl












