Adamek nawrócił człowieka. Po 27 latach. Niebywałe sceny w Ameryce
Tomasz Adamek w opublikowanym w czwartek wywiadzie w Interii ogłosił, że wraca ze sportowej emerytury. Blisko 50-letni "Góral" obwieścił, że to już bezapelacyjnie będzie jego ostatnia walka, pożegnalna, choć nie wszyscy dają wiarę, bo były mistrz świata już kilkukrotnie zmieniał zdanie. Wobec głównej wiadomości, która stała się osią rozmowy, mniej zauważony pozostał wątek religijny, który warto bardziej wyłuskać. A sprawa jest niezwykła, co bokser wyjawił ze szczegółami.

Opinia publiczna, w zdecydowanej większości, nie zostawia suchej nitki na Tomaszu Adamku po słowach w Interii, że wraca na swoją pożegnalną walkę. 1 grudnia "Góral" wkroczy w 50. rok życia i prawdopodobnie w pobliżu tej daty odbędzie się gala, na której były mistrz świata dwóch kategorii wagowych powie - a przynajmniej tak zapewnia - ostateczne "pas".
Adamek nagle usłyszał: Tomasz, kocham cię, pokazałeś mi drogę do Jezusa
Kibice nie do końca dają wiarę, bo - umówmy się - Adamek nie potrafi rozstać się ze sportem. Gdyby jeszcze nie dostawał ofert, to może szybciej zaakceptowałby fakt, że walki z czasem jeszcze nikt nie wygrał. Jednak otrzymuje horrendalne pokusy, obok których nie potrafi przejść obojętnie.
I w efekcie mamy takie bezsensowne zestawienia, jak ubiegłoroczna walka 49-letniej legendy boksu ze sportowcem z krwi i kości, młodszym o jedno pokolenie 30-letnim Robertem Soldiciem. Po co ktoś taki obijał weteranowi głowę?
Tym razem ma być znacznie mądrzej, to znaczy nieporównywalnie bezpieczniej dla "Górala", bo na jego drodze ma stanąć Marcin Najman. Nad klasą sportową spuśćmy zasłonę milczenia, za to oponent jest mistrzem w robieniu wokół siebie hałasu. I poniekąd sprowokował Adamka, który chce go solidnie ukarać.
- Bardzo wziąłem sobie to wszystko do serca, te wszystkie słowa, które o mnie mówił źle. Odpłacę mu w ringu, po prostu. Każdy lewy prosty, który poczuje na swojej głowie, będzie powolną zapłatą. Nie będę go szybko kończył, tylko czekał i dalej wyprowadzał ten lewy prosty, aż wszystko odpokutuje - zapewnił w rozmowie z Interią.
Jak ktoś już zdążył zareagować, Adamek ma zamiar pastwić się nad Najmanem, co nie do końca byłoby w duchu ewangelicznym. A Tomasz Adamek, poza byciem sportowcem, znany jest też z tego, że bardzo dużo mówi o wierze. I często podkreśla, jak ważną rolę Bóg odgrywa w jego życiu.
Przy okazji naszej rozmowy pojawił się nieoczywisty wątek, a związany z osobą Rogera Bloodwortha, byłego trenera Adamka z najlepszego okresu w amerykańskim rozdziale kariery. Polak zawsze podkreślał, jak wiele zawdzięcza Amerykaninowi, który przestawił jego pozycję i sprawił, że boksował bezpieczniej, dzięki czemu mocno wydłużył swoją karierę.
Zaczęło się od pytania, czy Roger może pojawić się na jego benefisie, ale zdaniem Tomasza jest to niestety nierealne. Dodał, że Bloodworthowi "idzie" już 83. rok życia, więc jest już człowiekiem bardzo podstarzałym. I nagle podzielił się nieoczekiwaną opowieścią, która jest świadectwem jego wiary.
- Roger powiedział do mnie takie słowa: "Tomasz, kocham cię, pokazałeś mi drogę do Jezusa". On się przy mnie nawrócił, wybrał się do spowiedzi po 27 latach. I już pozostał przy tym sakramencie. Ostatnio z nim rozmawiałem i znów mi powtórzył: "Tomasz, ja uczyłem cię boksu, a ty wskazałeś mi drogę do Jezusa Chrystusa" - wyjawił Adamek.
"Góral", nigdy nieskory do uzewnętrzniania swoich emocji, zrobił coś jeszcze. Zapytany o to, kiedy ostatnio się wzruszył, zapewnił, że nawet pogrzeb kogoś bliskiego nie powoduje, by z oczu popłynęły łzy, ale...
- Ja tylko mogę zapłakać przed panem Jezusem. I tam płaczę - odparł.
Czyli w takiej intymnej relacji, w modlitwie? - Tak, tam płaczę. Dużo płaczę - przyznał.













