Reklama

Reklama

Adam Kownacki dla Interii: Jeśli przegram rewanż z Heleniusem, to nawet nie wiem, czy opłacałoby mi się dalej walczyć

- Czuję się trochę bezsilny i to strasznie mnie denerwuje. Całe życie jakby stanęło pod znakiem zapytania i nie jestem w stanie nic zaplanować, bo w każdej chwili mogę dostać telefon, że walczę za sześć tygodni. A chciałbym do rewanżu przygotować się w stu procentach, bo jeśli przegram, to nawet nie wiem, czy opłacałoby mi się dalej walczyć - mówi w długiej rozmowie z Interią Adam Kownacki, najlepszy polski pięściarz w wadze ciężkiej, który coraz bardziej traci cierpliwość w oczekiwaniu na datę rewanżowego starcia z Robertem Heleniusem.

Reklama

Artur Gac, Interia: Gdzie obecnie przebywasz? Jesteś z rodziną?

Reklama

Adam Kownacki: - Tak. Byłem na Florydzie, ale właśnie wróciłem do domu. I czekam na swoją walkę. Człowiek już się, kurde, denerwuje, bo ile można czekać?

Od razu słychać, że jesteś mocno poirytowany tą całą sytuacją związaną z rewanżem z Robertem Heleniusem.

- No pewnie. Gdy miałem złamaną rękę, to wtedy przynajmniej miałem jakiś powód, dlaczego nie mogłem walczyć. A teraz jestem zdrowy, a nie mogę. I to mnie drażni.

Wszak minęło 14 miesięcy od twojej pierwszej walki z Finem, a tu ciągle nie ma daty waszego drugiego starcia.

- No właśnie. A przecież nie da się cały czas trenować na pełnych obrotach, więc jest ciężko. Mam nadzieję, że w końcu coś zostanie ustalone. Przez tyle lat byłem lojalny wobec Ala Haymona, więc będę jeszcze nadal, ale kiedyś to się skończy. Bo jednak mam rodzinę, żona jest w ciąży i trzeba zarabiać jakieś pieniądze.

Cierpliwość do Haymona zaczyna mieć swoje granice?

- Dokładnie.

Ciągły brak daty gali z waszą walką to jeden z dowodów na to, że imperium Haymona tracić na znaczeniu?

- Jest to ciekawe. Przy czym jesteśmy też w środku pandemii, więc ciężko tak do końca powiedzieć, bo jakieś tam gale Al z PBC robią. W tej chwili najbardziej aktywny jest Eddie Hearn, tylko że on ma chyba możliwość operowania dużą sumą pieniędzy, którą dało mu DAZN.

Przypomnijmy, że o twoim rewanżu z Heleniusem najpierw mówiło się, że jest możliwy pod koniec ubiegłego roku. Następnie była mowa o pierwszym kwartale, a dokładnie 6 marca, zaś aktualne mówi się o czerwcu, choć wciąż wszystko wygląda, jakby było patykiem po wodzie pisane.

- Właśnie tak jest. Czekam z nadzieją, że w końcu to wszystko się wyjaśni i otrzymam konkrety. Też nie mam zamiaru czekać kolejnego roku.

A są przesłanki, by wierzyć, że decyzja może zapaść w ciągu kilku najbliższych dni, czy tak naprawdę nic nie wiesz?

- Nie mam zielonego pojęcia, naprawdę. Nie wiem, na czym stoję. Walka jest przekładana, a ja wciąż niewiele wiem. Pewnie trwa oczekiwanie, aż w związku z pandemią otworzą Nowy Jork, a nie wiadomo, kiedy to może się wydarzyć. Tak naprawdę lipa i człowiek tylko się denerwuje.

Według twojej wiedzy, w czym tkwi największy problem? Chodzi o opłacalność przedsięwzięcia?

- Myślę, że czekają właśnie na to, aż ograniczenia w Nowym Jorku zostaną zluzowane. Tu chcą zorganizować tę galę, tak żeby choć 50 procent hali mogło wypełnić się kibicami. Dlatego sprawa nie jest taka prosta, w końcu żyjemy w pandemii i nie ma co się oszukiwać. Okazuje się, że szczepionki też nie są takie dobre i skuteczne, jak każdy uważał, bo przecież nastąpiło wycofanie w USA szczepionek jednej z firm. Tak że dużo się dzieje i wiele poza moją kontrolą. Dlatego na pewno teraz będę poważniej patrzył na oferty z Polski, które wcześniej już się pojawiały, bo jednak chcę walczyć.

Aż tak? Oferty z Polski teraz mogą być dla ciebie kuszące?

- Z Polski lub ze Stanów. Po prostu denerwuje mnie obecna sytuacja. Chciałbym być może zawalczyć z kimkolwiek nawet po to, żeby móc zrobić cały obóz.

Chodzi o walkę startową, żeby na zbyt długo nie wypaść z rytmu boksowania?

- Właśnie to mam na myśli. W tej chwili sparuję raz w tygodniu i trochę się ruszam. A przecież byłem na trzytygodniowym obozie, bo myślałem, że będę walczył z Robertem. Chciałbym już móc coś zrobić, a czuję się trochę bezsilny i to strasznie mnie denerwuje. Całe życie jakby stanęło pod znakiem zapytania i nie jestem w stanie nic zaplanować, bo w każdej chwili mogę dostać telefon, że walczę za sześć tygodni i mam się przygotować. A to jest jednak boks, a nie robota na budowie.

Optymalnie by było, gdybyś mógł od A do Z przeprowadzić pełny obóz, planując okres pracy nad siłą i motoryką, z płynnym przejściem do etapu sparingów. W tej chwili wszystko jest rwane i przerywane.

- Tak właśnie jest i przez to nie czuję komfortu.

Z drugiej strony zdajesz sobie sprawę z przeszkód obiektywnych, czyli pandemii koronawirusa. Bo pewnie, gdyby nie to, twoja cierpliwość już by się skończyła.

- Pewnie tak by było. Trzeba pamiętać, że walka z Robertem to nie będzie jakaś sześciorundówka czy taka walka, jakie toczyłem na początku kariery. Jest to rywal na wysokim poziomie i, jakby nie było, wygrał pierwszy pojedynek przez nokaut. Dlatego chciałbym do rewanżu przygotować się w stu procentach, bo jeśli przegram, to nawet nie wiem, czy opłacałoby mi się dalej walczyć. Po prostu chciałbym znać datę, a ciągle jestem w kropce.

W ogóle chyba podchodzisz do rewanżu z Heleniusem w takich kategoriach, że wynik tego pojedynku to wóz albo przewóz. Nie wyobrażasz sobie drugiej porażki.

- Dokładnie tak jest. Przegrałem i zyskałem do niego większy szacunek, więc tym bardziej chciałbym mieć jasną sytuację. Tak mnie to denerwuje, że nawet nie chce mi się gadać (uśmiech). Po prostu nie mam w tej chwili kontroli nad własnym życiem. Myślałem, żeby z rodziną wyjechać na Florydę, ale nie mogę tego zrobić, bo może być tak, że dziś wyjedziemy, a jutro dostanę telefon z informacją: Adam, szykuj się, bo walczysz.

Wszelkie decyzje otrzymujesz od menedżera?

- Cały czas rozmawiam z menedżerem, prawie codziennie. Non stop go pytam, co się dzieje i czy doszły go jakieś nowe wieści.

Jesteś w stanie przynajmniej potwierdzić, jaki termin walki obecnie wydaje się realny?

- Myślę, że będzie to lipiec. Takie mam przeczucie, że jeśli coś będzie miało być, to właśnie w lipcu. Dlatego jeszcze daję sobie jakiś czas, by oczekiwać na decyzję. Ale jeśli nie dostanę konkretnej daty, to po prostu będę sobie szukał walki gdzieś indziej. W końcu mam 32 lata, jestem w swoim szczytowym okresie, a w dodatku jestem jeszcze po porażce, więc tym bardziej goni mnie czas. Gdy byłem o krok od walki o tytuł, to czekanie aż tak mi nie przeszkadzało, bo taki pojedynek był bardzo blisko. A teraz stoję w miejscu, a tu jeszcze słyszę, że Różański i Szpilka będą walczyć o pas WBC, gdzie ja też ciężko trenuję. Żeby nie było, to dwóch dobrych zawodników, ale oni idą w górę, a u mnie nic.

Patrząc na to, jak jest skonstruowany twój kontrakt, mógłbyś zawalczyć na innej gali, a jednocześnie pozostawać zawodnikiem Haymona i projektu PBC? Czy jednak musiałbyś go rozwiązać?

- Myślę, że raczej musiałbym się stać wolnym zawodnikiem. Jednak, jak już powiedziałem, ciągle jestem lojalny wobec Haymona. Trzeba powiedzieć, że w mojej karierze zrobił wiele dobrego i przez pięć lat dużo z nim osiągnąłem. Poza tym naprawdę traktował mnie dobrze, więc jakby nie mam powodu, żeby powiedzieć: kończę to i chcę odejść. Takie postawienie sprawy też nie byłoby w porządku z mojej strony, bo nie mogę na niego narzekać.

Czyli mimo tego, że złość aż cię wewnętrznie rozsadza, starasz się całą tę sytuację racjonalizować?

- Muszę, w końcu wszyscy znaleźliśmy się w realiach pandemii. Rozmawiam z ludźmi i wiem, że niektórzy przez tego wirusa stracili wielu bliskich. Większość z nich była jednak starsza, miała nadwagę lub inne problemy zdrowotne. Dlatego dla mnie te ograniczenia, z zamknięciem całego świata, są trochę przesadzone. Uważam, że plan na to wszystko można by było bardziej zoptymalizować.

A COVID-19 w jakiś sposób dotknął ciebie lub twoich najbliższych?

- Szczerze mówiąc ja niczego nie miałem. A jeśli coś bym miał, to przeszedłem gładko. Zresztą w miarę często się testuję, gdy mam wyjazdy lub wiem, że ktoś złapał wirusa, ale badania nie wskazały, abym był zakażony. Ale znam dwie lub trzy osoby, które z tego powodu wylądowały w szpitalu, przy czym miały nadwagę. I to ważna wskazówka, że trzeba dbać o zdrowie.

Jeśli już mówimy o wadze, to jak ty prowadzisz się w tym trudnym dla siebie okresie? Sumiennie trzymasz wagę?

- Staram się, choć są też takie dni, że człowiek staje się bardziej nerwowy i jakieś pizze się zje (uśmiech). Ogólnie jednak staram się dobrze odżywiać i w tej chwili ważę tyle, ile w ostatniej walce. A to znaczy, że jeśli zrobię już konkretny obóz, to będę ważył mniej więcej tyle, ile w walce ze Szpilką. Zdaję sobie sprawę, że to mój najlepszy okres, jeśli chodzi o wiek, więc albo jeszcze trochę pieniędzy mogę zarobić w boksie, albo jednak pójdę w innym kierunku. Tyle teraz mam wolnego czasu, że też już o tym myślałem, czyli o kolejnych krokach po karierze.

I jaką masz alternatywę, w jakim biznesie lub działalności byś się widział?

- Wiesz, chciałbym zostać przy boksie. Mam trochę nieruchomości w górach, w Hunter. Tam mam siłownię, więc byłoby miejsce na organizowanie obozów. Może też zostałbym menedżerem lub promotorem. Wiem, że w Polsce jest dużo dobrych chłopaków, którzy trenują, ale nie mają łączności ze Stanami Zjednoczonymi. Dlatego wydaje mi się, że byłbym w stanie to zrobić. Właśnie śmiałem się z moim kolegą Łukaszem Lichotą, że jak jeden bitcoin będzie po 75 tysięcy dolarów, to zrobimy galę w Polsce. I już jest do tego blisko, bo zostało około 13 tysięcy dolarów. Więc jeśli nie będę walczył, to może wejdę w promotorkę w Polsce (uśmiech).

A z ciekawości: ile płaciłeś za jednego bitcoina?

- To było kilka lat temu, wtedy jeden kosztował kilka tysięcy dolarów. Wierzę w to bardzo i teraz jestem naprawdę sporo do przodu.

Gdybyś poszedł w tym kierunku, o którym mówisz, to wypełniłbyś lukę po Mariuszu Kołodzieju, który kilka lat temu prężnie prowadził gym Global Boxing w New Jersey. Zresztą widziałem, że niedawno mieliście okazję się spotkać.

- Mariusz ma dużo biznesów i chyba nie miał takiej osoby, której w stu procentach mógłby zaufać, żeby powierzyć jej koordynowanie tego wszystkiego.

To może niebawem uda wam się, w kooperacji, z czymś wystartować?

- A kto wie? Faktycznie mieliśmy niedawno spotkanie, gdy byłem w górach, a że miałem blisko, to do niego zajechałem. Naprawdę fajnie się rozmawiało, a ja bardzo miło go wspominam. Trochę podyskutowaliśmy o sprawach bieżących, o polityce. Było bardzo przyjemnie.

Pamiętam, że podał ci pomocną dłoń w trudnym dla ciebie momencie.

- To prawda, byłem wtedy gówniarzem, który się odbudowywał. Być może w złym czasie się poznaliśmy, bo myślę, że gdyby teraz do tego doszło, to sprawy potoczyłyby się trochę inaczej.

Tymczasem cierpliwie oczekujesz na drugiego potomka?

- Tak, termin porodu jest na październik, więc teraz robimy wszystko, żeby żona dobrze się odżywiała, a dziecko było zdrowe.

Choć już zdążyłeś podpaść małżonce, wychodząc przed szereg z publicznym ogłoszeniem tej wspaniałej nowiny.

- Dokładnie tak było. A zrobiłem to w dniu rocznicy walki z Heleniusem, nie mogąc już na to patrzeć. Pomyślałem, że muszę wrzucić coś innego, żeby ludzie przestali pisać o tej porażce, a zainteresowali się pozytywną informacją.

Podejrzewam, że nieustannie powracające myśli o tej przegranej raz na zawsze wymażesz dopiero zwycięstwem w rewanżu.

- To prawda, tak długo, aż nie dojdzie do drugiego pojedynku i go nie pokonał, będę to miał z tyłu głowy i czuł niedosyt. Dlatego liczę, że poza nowym życiem, które pojawi się w naszej rodzinie, również otworzę lepszy rozdział sportowy i wszystko ułoży się tak, jakbym chciał.

Rozmawiał Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama