Reklama

Reklama

Trener Wierietielny, współautor sukcesów Kowalczyk, przeszedł na emeryturę

Lubi pozostawać w cieniu, uważa, że o jego pracy najlepiej świadczą wyniki podopiecznych. Mowa o Aleksandrze Wierietielnym, byłym trenerze utytułowanej biegaczki narciarskiej Justyny Kowalczyk. 72-letni szkoleniowiec w środę postanowił przejść na emeryturę.

Sukcesy przyciągają zainteresowanie prasy, ale Wierietielny nie przepada za medialnym zgiełkiem i blaskiem fleszy. Od igrzysk w Soczi (2014) konsekwentnie odmawia rozmów z dziennikarzami.

"Cieszę się z tego, że Justyna jest popularna, ale ja nie muszę. Ja swoją robotę zrobiłem i jestem z niej bardzo zadowolony. Nie jestem politykiem, nie muszą mnie ludzie rozpoznawać. Nie będę wgapiał się do kamery, nie muszę być popularny. Jestem fachowcem w tym, co robię i mnie to w pełni satysfakcjonuje, nie muszę przeć na szkło" - podkreślał po igrzyskach w Vancouver (2010), gdzie jego zawodniczka sięgnęła po trzy medale: złoty, srebrny i brązowy.

Wierietielny jest postacią o ciekawych losach. Choć pochodzi z białoruskiej rodziny z Hrubieszowa, to urodził się 31 lipca 1947 roku w Finlandii, w Parkkala-Ud położonym 60 km od Helsinek. Potem wraz z bliskimi przeniósł się do Kazachstanu, do miejscowości Gałkino. Później w malowniczym Szczucińsku trenował biegi narciarskie, a podczas służby wojskowej zainteresował się biathlonem.

Przyniosło to efekt, bo reprezentował nawet Kazachstan w tej dyscyplinie. Jednak ze względów zdrowotnych musiał przerwać karierę sportową w wieku 22 lat. Skończył studia na Akademii Wychowania Fizycznego w Ałma-Acie i napisał pracę doktorską na temat biathlonu.

Później pracował na uczelni w Moskwie. To właśnie w tym mieście w 1979 roku, w polskiej ambasadzie, poznał swoją przyszłą żonę.

"Szybko 'zaiskrzyło' między nami, doskonale się rozumieliśmy. Był rycerski i szarmancki, często zapraszał mnie na szampana i kawior. Na uczelni był prymusem i tym także mi imponował. W 1981 roku wzięliśmy ślub. Koniecznie muszę w tym miejscu dodać, że wcześniej Aleksander przyjechał do Gorzowa i klęcząc przed moją mamą prosił o rękę córki" - powiedziała Barbara Piątkowska. Doczekali się jednej córki.

W 1983 roku Wierietielny na stałe zamieszkał w Polsce, a obywatelstwo otrzymał osiem lat później. Pracę szkoleniową nad Wisłą rozpoczął w 1984 roku od posady trenera biathlonistów Górnika Wałbrzych.

W latach 1987-98 był pierwszym trenerem polskiej kadry w biathlonie. Sukcesy przyszły w latach 90. Tomasz Sikora został mistrzem świata w biegu na 20 km we włoskiej Anterselvie w 1995 roku, a dwa lata później sztafeta (Wiesław Ziemianin, Jan Ziemianin, Wojciech Kozub i Tomasz Sikora) zdobyła brązowy medal MŚ w Osrblie. Konflikt z ówczesnym prezesem Polskiego Związku Biathlonu spowodował, że Wierietielny pożegnał się z posadą.

Z Polskim Związkiem Narciarskim współpracę rozpoczął w 2000 roku. Kowalczyk pod jego wodzą zdobyła pięć medali igrzysk olimpijskich (dwa złote, jeden srebrny i dwa brązowe), a siedem przywiozła z mistrzostw świata (2-3-2). Na koncie ma 50 zwycięstw w zawodach Pucharu Świata i cztery Kryształowe Kule za triumf w klasyfikacji generalnej. Na pytanie, co było źródłem sukcesów podopiecznej, odpowiedź ma prostą.

"Nie znam dyscypliny wytrzymałościowej, w której leżąc na kanapie można osiągać sukcesy. Musi być praca i to bardzo duża, nieważne, czy to kolarstwo, lekkoatletyka, czy biegi narciarskie. Justyna, by prezentować taki poziom jak obecnie, musi harować, zasmarkana biegać po górach aż nogi przestanie czuć. Gdy w końcu wraca, nie ma siły zupy przełknąć i najpierw musi pół godziny leżeć" - powiedział w 2012 roku.

Wierietielny był wymagający, ale wobec zawodników zawsze lojalny i starał się ich wspierać. W tzw. strefie mieszanej, gdzie dziennikarze czekają na zawodników, potrafił skarcić przedstawicieli mediów za to, że nie mają... czapek. Mogli bowiem się przeziębić, a następnie zarazić Kowalczyk.

"Trener musi się do swoich obowiązków przykładać równie mocno, co zawodnik. Szkoleniowiec, jeśli trzeba, powinien zdyscyplinować podopiecznego, ale także dawać mu przykład. Jak wiem, że Justyna idzie rano na rozruch, to nie mogę się kisić w łóżku. Muszę wstać i przygotować jej przyrządy do ćwiczeń albo po prostu wyjść i powiedzieć 'Justysiu, ty biegasz, a ja też tu z tobą jestem i wszystko obserwuję'" - przyznał.

Dwa lata temu Kowalczyk została jego asystentką i objęli młoda grupę zawodniczek. W zakończonych 8 marca mistrzostwach świata juniorów w Oberwiesenthal Izabela Marcisz zdobyła trzy medale - dwa srebrne i jeden brązowy.

Kowalczyk nie przejmie po nim obowiązków w prostej linii, ale PZN zaznacza, że chce z nią nadal współpracować. Dzięki temu tak medalodajna filozofia Wierietielnego byłaby nadal obecna w polskich biegach.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje