Reklama

Reklama

Sylwia Jaśkowiec: Nie widziałam się w roli sprinterki

- Długo nie widziałam się w roli sprinterki, ale w końcu okazało się, że są one fajne - mówi w rozmowie z RMF FM Sylwia Jaśkowiec, polska biegaczka narciarska numer dwa. - Pierwszy weekend grudnia w Lillehammer będzie u nas weekendem Sylwii - przewiduje przed jutrzejszym sprintem techniką dowolną Justyna Kowalczyk.

Kacper Merk: Jak są pani odczucia po pierwszym weekendzie Pucharu Świata?

Reklama

Sylwia Jaśkowiec: - Weekend w Kuusamo był typowo klasyczny. Wyniki pokazały, że nadal dużo jeszcze pracy przede mną w optymalizowaniu mojego biegu tą techniką. Z drugiej strony, nie mam żadnych taryf ulgowych u trenera Wierietielnego i muszę się przyzwyczaić do regularnego startowania tą techniką, choć nie jestem w niej tak szybka i ekonomiczna jak w łyżwie. Dlatego start w Finlandii traktuję jako mocniejszy trening, który ma zaprocentować lepszą formą w przyszłości.

- W tej chwili jeszcze formy nie ma. Jest dyspozycja do biegania, ale na razie nie ma dynamitu w nogach. Sportowcy w swoim żargonie mówią, że organizm "podaje", to znaczy że jest bardzo mocno wytrenowany i działa na bardzo wysokich obrotach. Na razie jeszcze tego nie czuję, ale to powinno zacząć przychodzić ze startu na start. Najważniejsze, że w tej chwili nie ma żadnych problemów zdrowotnych.

Czyli weekend w Lillehammer powinien być już lepszy?

- Mam nadzieję! Dyspozycja powinna być już lepsza, a do tego będzie mi sprzyjać technika, bo piątkowy sprint i sobotni bieg na 5 kilometrów będą rozgrywane techniką dowolną. Trasa w Norwegii ciągnie się niemal bez końca; jest długa i trudna technicznie. Podbiegi, szczególnie na przewyższeniach, dość mocno dają się we znaki, z kolei szybkie zjazdy z ostrymi zakrętami - przy zmęczonych nogach - będą wymagały wielkiej koncentracji.

Czuje się już pani rasową sprinterką?

- Bardzo długo walczyłam z trenerem Ivanem Hudaczem, bo w ogóle nie widziałam siebie w takiej roli. Była to dla mnie o tyle nieciekawa konkurencja, że czasem o miejscu w finale decydował łut szczęścia. Nie chciałam być określana mianem sprinterki i przez dwa lata spierałam się o to z poprzednim szkoleniowcem. Aż w końcu uwierzyłam, że potrafię biegać sprinty i że są one generalnie fajne. Okazało się, że walka ramię w ramię, szukanie miejsca i ta adrenalina - to bardzo ekscytująca sprawa.

W ubiegłym sezonie święciła pani sukcesy w sprincie, ale była też porażka - upadek w kwalifikacjach na igrzyskach olimpijskich. Długo "godziła" się pani z tym, co stało się w Soczi?

- Byłam bardzo rozczarowana, ponieważ z tym startem wiązałam osobiście duże oczekiwania. Podobne sygnały płynęły z otoczenia: skoro we wcześniejszych sprintach wypadałam dość dobrze, to można było przypuszczać, że powalczę w finale.

- Niestety, zdarzyło się to, co się zdarzyło. To są biegi narciarskie, w których bardzo łatwo o wywrotkę. Najpierw padło na mnie, chwilę później w tych samych kwalifikacjach na Maćka Staręgę, więc można powiedzieć, że mieliśmy czarną serię. Na szczęście udało mi się skoncentrować na kolejnych startach, przede wszystkim sztafecie sprinterskiej z Justyną Kowalczyk. Mogę powiedzieć, że to w tym biegu pierwszy raz w życiu przekroczyłam bariery własnego organizmu stylem klasycznym.

To ze sztafetą sprinterską wiąże pani największe nadzieje na mistrzostwach świata w Falun?

- Myślę, że wszystko będzie mogło się tam zdarzyć. Doskonale wiem, że jedna wywrotka może pogrzebać wielkie aspiracje i nasze możliwości. Oczywiście, udziela mi się optymizm, gdy słyszę prezesa Apoloniusza Tajnera typującego nas do medalu, ale staram się podchodzić do tego spokojnie. Przed nami jeszcze długa droga, by dobić do tego upragnionego Falun.

Więcej na rmf24.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje