Reklama

Reklama

Optymizm Kowalczyk, pesymizm Wierietielnego

W sobotnim biegu łączonym narciarskich mistrzostw świata w Val di Fiemme Justyna Kowalczyk była piąta. Polka z pokorą przyjęła ten wynik i liczy, że zrewanżuje się za tydzień na 30 km. Pesymizm uderza natomiast z wypowiedzi trenera Aleksandra Wierietielnego.

Mistrzostwa dla Polki zaczęły się źle. W finale czwartkowego sprintu była faworytką, ale z powodu upadku zajęła w nim szóste miejsce. Bieg łączony także nie skończył się po jej myśli. Cztery lata temu w Libercu zdobyła w tej konkurencji złoty, a przed dwoma laty w Oslo srebrny medal. Tym razem musiała uznać wyższość czterech Norweżek. Triumfowała Marit Bjoergen przed Therese Johaug, Heidi Weng i Kristin Stoermer Steirą.

Reklama

"To, co zrobiły Norweżki, jest niesamowite. Pogratulowałam im i robię to jeszcze raz, bo urządziły sobie mistrzostwa kraju z Polką na ogonie. Po sprincie byłam zawiedziona, bo po prostu zepsułam. Dzisiaj walczyłam bardzo mocno i już nic więcej nie mogłam z siebie dać. Nie podłamałam się. Zrobiłam wszystko, na co było mnie stać, a że dało to piąte miejsce, cóż, takie życie" - powiedziała na mecie.

Wierietielny także nie czuje rozczarowania i nie odmawia podopiecznej woli walki. Uważa jednak, że "coś nie wyszło" i potrzebna jest dokładniejsza analiza. Oboje są zgodni, że błędów nie popełniono w okresie przygotowawczym. Tydzień temu w zawodach Pucharu Świata w Davos Kowalczyk najpierw wygrała sprint, a następnie była druga w biegu na 10 km.

"Forma nie ucieka w moment. Biegi narciarskie nie są jednak takie proste. Gdybym była lekkoatletką lub pływaczką i tuż przed główną imprezą osiągnęłabym taki rezultat, że wszyscy byliby znacznie za mną, to bym na mistrzostwa przyjechała z szerokim uśmiechem i świadomością, że wszystko wygram. W biegach narciarskich jest tyle zmiennych, jak choćby trasa, czy sprzęt, że to nie ma takiego przełożenia" - podkreśliła narciarka z Kasiny Wielkiej.

Kowalczyk z optymizmem patrzy w przyszłość. Ostatni start w mistrzostwach to bieg na 30 km techniką klasyczną 2 marca, czyli konkurencja, w której zdobyła złoty medal igrzysk olimpijskich w Vancouver (2010).

"Mistrzostwa się jeszcze nie skończyły, więc trzeba dalej walczyć. Dziś w części techniką klasyczną nie zdołałam uciec rywalkom, ale nie mam obaw przed biegiem na 30 km. Tam cały dystans jest klasykiem, a tu była tylko połowa, czyli 7,5 km" - zaznaczyła.

Wierietielny jest znacznie bardziej powściągliwy.

"Obawiam się, żeby te mistrzostwa nie skończyły się tak, jak zaczęły. Wiem, że w biegu na 30 km jest duża szansa na medal, jednak różnie może być. Nie wiadomo jaka będzie pogoda. Jeśli będzie padał śnieg, to trudno będzie komukolwiek uciec i wszystko rozstrzygnie się na mecie. Dużą rolę może też odegrać smarowanie nart" - ocenił.


"Teraz najważniejsze jest zdrowie. Słyszałem, jak Justyna kaszle. Mówiła, że to po sprincie, ale w takiej sytuacji powinien ustąpić po dwóch godzinach, a nie dwóch dniach" - dodał.

W niedzielę odbędzie się sprint drużynowy bez udziału Kowalczyk. We wtorek natomiast bieg indywidualny na 10 km techniką dowolną. Trudno definitywnie stwierdzić, czy liderka PŚ weźmie w nim udział.

"Co do rywalizacji na 10 km, to jeszcze dziś rano byłam pewna, że pobiegnę, ale teraz muszę zapytać trenera. Myślę, że raczej powie, żebym biegła" - powiedziała zawodniczka.

"Myślę, że nie pobiegnie. Wystartuje dopiero w czwartkowej sztafecie na przepalenie, przed biegiem na 30 km" - stwierdził trener.

Z Val di Fiemme Wojciech Kruk-Pielesiak

Dowiedz się więcej na temat: Justyna Kowalczyk | aleksander wierietielny | Marit Bjoergen

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje