Reklama

Reklama

MŚ w Val di Fiemme: Wyścig zbrojeń i narciarz z Afryki

Minęły czasy, kiedy potężnymi ciężarówkami serwisowymi mogły się pochwalić jedynie narciarskie reprezentacje Norwegii oraz Szwecji. Przy okazji mistrzostw świata w Val di Fiemme podobnymi pojazdami dysponują m.in. Finowie i Szwajcarzy.

Pionierami w tej dziedzinie byli Szwedzi. W listopadzie 2009 roku ówczesny szef reprezentacji tego kraju, czterokrotny mistrz olimpijski i siedmiokrotny mistrz świata Gunde Svan zaprezentował pierwszą narciarską superciężarówkę.

Miała siedem stanowisk dla serwismenów i mieściło się w niej 600 par nart. Napęd na trzy osie pozwalał jej poruszać się w każdym terenie. Norwegowie odpowiedzieli w następnym sezonie. Ich pojazd był dłuższy i mogło w nim pracować 10 serwismenów.

- To niesamowicie ułatwia przygotowania do biegów. Dziś rywalizacja jest na tak wysokim poziomie, że o zwycięstwie potrafią decydować detale, dlatego dobrze mieć dostęp do takiego sprzętu. Myślę, że zawodnicy nie wyobrażają już sobie funkcjonowania bez niego - powiedział trener norweskiej kadry Egil Kristiansen.

Reklama

Od tamtego czasu trwa mała technologiczna wojna między tymi krajami. Najnowsza szwedzka ciężarówka ma miejsce dla 12 serwismenów i będzie służyć także jako centrum dowodzenia podczas zawodów, odpraw przed nimi oraz masaży w przerwach sprintu. Każdy zawodnik posiada również swoją prywatną szafkę.

Finowie, Szwajcarzy, czy Niemcy postanowili swoim zawodnikom zapewnić podobne warunki. Stojące na parkingu pojazdy przykuwają uwagę, ale pewną szwedzką reporterkę kanału TV4 bardzo interesowało, ile osób jest w sztabie Justyny Kowalczyk. Gdy od polskich dziennikarzy usłyszała, że zaledwie sześć, nie kryła zaskoczenia. Po chwili wydało jej się to jednak rozsądne i stwierdziła, że Polska ma przecież tylko jednego dobrego zawodnika.

Trudno odmówić Szwedce racji. Z "Biało-czerwonych" nikt poza Kowalczyk nie zajmuje miejsca w pierwszej setce Pucharu Świata. Dla porównania w najlepszej 50 PŚ Norwegowie mają dziesięć kobiet i dziewięciu mężczyzn, a Szwedzi pięć pań i sześciu panów.

Mistrzostwa świata mają jednak jeszcze jedno oblicze. Niemal pozbawione jakiegokolwiek technologicznego wsparcia, ale także presji wyniku. Mowa o zawodnikach, których próżno szukać na trasach PŚ.

W Val di Fiemme startują bowiem reprezentanci takich krajów jak: Iran, Wenezuela, Peru, Mongolia a nawet Togo. Narciarz z tego afrykańskiego kraju Viossi-Akpedje Madja zajął w eliminacjach czwartkowego sprintu ostatnie, 129. miejsce. Półtorakilometrową trasę pokonał ponad dwa razy wolniej od najszybszego Rosjanina Nikity Kriukowa, ale i tak linię mety minął uśmiechnięty, delektując się entuzjastyczną reakcją kibiców.

- Mistrzostwa świata to dla nas jedyna obok igrzysk olimpijskich okazja, by spróbować się zmierzyć z najlepszymi na świecie. Mnóstwo radości sprawia nam uczestnictwo w takich zawodach - przyznał Argentyńczyk Carlos Lannes.

Z Val di Fiemme Wojciech Kruk-Pielesiak

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL