Reklama

Reklama

Apoloniusz Tajner dla Interii. Wbił szpilę Justynie Kowalczyk? Te narzekania są tylko od jednej osoby

- Chyba nie ma narzekań, jeśli chodzi o wszelkie potrzeby dla grupy biegaczek. To znaczy czasami jakieś się pojawiają (...), jakieś głosy. To są jednak głosy tylko od jednej osoby. Rzeczywiście, to skoki ciągną całe polskie narciarstwo. Dzieje się tak od czasów Adama Małysza. Na tym skorzystała także m.in. Justyna Kowalczyk, bo dzięki temu mogliśmy jej i całemu zespołowi zabezpieczyć wszystko na bardzo wysokim poziomie – mówi w drugiej części obszernego wywiadu z Interią Apoloniusz Tajner. Prezes Polskiego Związku Narciarskiego zdradza też pierwsze, nieśmiałe plany wobec najmłodszego, 14-miesięcznego syna Leopolda.

Zbigniew Czyż, Interia: Po sezonie, z kadrą biegaczek po wielu latach współpracy rozstał się Aleksander Wierietielny. Doświadczonego szkoleniowca zastąpił Słowak Martin Bajčičak. Jak po tych kilku miesiącach ocenia pan pracę nowego trenera?

Apoloniusz Tajner, prezes Polskiego Związku Narciarskiego: - Oceniam dobrze. Bajčičak to już uznany szkoleniowiec. Przy tym, to jest skromny człowiek, dobrze wkomponował się do całego zespołu. Do pomocy ma Justynę Kowalczyk. W pierwszych miesiącach po zakończeniu współpracy, trener Wierietielny jeszcze się angażował w pomoc. Takie też były ustalenia z trenerem Bajčičakiem podczas przejmowania przez niego grupy.

Reklama

Teraz Aleksander Wierietielny już tego nie robi?

- Teraz już znacznie mniej. Jest przede wszystkim Justyna Kowalczyk, która się mocno zaangażowała, przede wszystkim w pomoc Bajčičakowi w pracy treningowej i szkoleniowej.

Kiedy rozmawialiśmy w lecie mówił pan, że trener Bajčičak sam będzie dobierał sobie sztab trenerski, ale że z drugiej strony Justyna Kowalczyk zgłosiła wtedy także akces do dalszej pracy z zawodniczkami. Jaki jest obecnie jej status?

- Powiedziałbym w ten sposób, że tak normalnie, to Justyna Kowalczyk powinna być asystentem trenera głównego, bo tak to po prostu jest we wszystkich grupach. Tutaj natomiast, chyba ze względów bardziej emocjonalnych, Justynie Kowalczyk nie za bardzo to pasuje, dlatego jest trenerem współpracującym. Taki jest właśnie jej status w grupie. Kiedy Bajčičak do nas przychodził nie wiedział jeszcze, jak będzie wyglądał jego sztab, ale po rozmowach z trenerem Wierietielnym i Justyną Kowalczyk doszedł do wniosku, że tego sztabu nie będzie zmieniał. W sztabie pozostał także Estończyk Peep Koidu, który jest serwismenem. Udało się nam ustalić nowe warunki finansowe współpracy i są do dyspozycji grupy wtedy, kiedy tego potrzebuje. Na razie jest to umowa na pół roku. Nie było nas stać, póki co na inne rozwiązanie. Łącznie cały sztab to osiem osób.

Do kiedy podpisaliście umowy z trenerem Bajčičakiem i Justyną Kowalczyk?

- Zarówno słowacki trener jak i Kowalczyk mają ważne umowy do kwietnia 2022 roku. Jest to związane z cyklem olimpijskim. Jak wiadomo, w 2022 roku odbędą się igrzyska olimpijskie w Pekinie. Przy czym, te umowy są tak skonstruowane, że mogą zostać rozwiązane wcześniej. Po prostu nie wiemy, co się może po drodze do tego czasu wydarzyć. Nie przewidujemy jednak na ten moment takiej ewentualności, żeby te umowy wcześniej rozwiązywać. Po igrzyskach będzie czas na oceny.

Jakich wyników oczekuje pan od trenera Bajčičaka? O medalu podczas zbliżających się mistrzostw świata w Oberstdorfie w sztafecie chyba pan raczej nie marzy?

- Wykluczyć tego całkowicie nie można. Moje doświadczenie związane z rywalizacją w biegach sztafetowych mówi mi, że zawsze są zazwyczaj dwie mocne drużyny, zazwyczaj Norweżki i Szwedki, ale już trzeciej tak mocnej drużyny nie ma. O to najniższe miejsce na podium oraz o lokaty 4-6 walczy już więcej zespołów, więc szansy medalowej wykluczyć nie można. Mamy dwie mocne zawodniczki Monikę Skinder i Izabelę Marcisz, musimy także pamiętać o Weronice Kalecie, studiującą obecnie w Stanach Zjednoczonych i która tam trenuje pod okiem trenera z Uniwersytetu. Mamy też jeszcze kolejne trzy dziewczyny prowadzone w kadrze.

- Monika Skinder i Izabela Marcisz to są medalistki Europejskiego Festiwalu Młodzieży i zakładamy, że będą się już do czołowej trzydziestki Pucharu Świata kwalifikować. Mając to wszystko na uwadze oraz to, że do igrzysk pozostał jeszcze ponad rok, to powinniśmy wtedy mieć mocną sztafetę. Uważam, że do Pekinu wyślemy w ogóle najmocniejszą reprezentację w historii naszego kraju. W Chinach powinni się liczyć nasi zawodnicy ze wszystkich konkurencjach.

Od strony finansowej, to skoki narciarskie są siłą napędową Polskiego Związku Narciarskiego, ale osoby pracujące przy biegach narciarskich chyba nie mogą narzekać? Podobnie jak skoczkowie, w tym okresie przygotowawczym mieli to co chcieli?

- Chyba nie ma narzekań. To znaczy czasami jakieś się pojawiają(...), jakieś głosy. To są jednak głosy tylko od jednej osoby. Do nas, jako związku, należy zabezpieczenie finansowe wszystkich potrzeb szkoleniowych dla wszystkich grup i to robimy. Jeżeli chodzi o skoki, to rzeczywiście ta dyscyplina ciągnie całe polskie narciarstwo. Dzieje się tak od czasów Adama Małysza. Na tym skorzystała także m.in. Justyna Kowalczyk, bo dzięki temu mogliśmy jej, poprzez to, że się pojawili sponsorzy przy skokach, mogliśmy jej, ale też jej całemu zespołowi, zabezpieczyć wszystko na bardzo wysokim poziomie. Podkreślam nie na wysokim, a na bardzo wysokim. W dalszym ciągu w biegach to kontynuujemy.

Priorytetem są jednak skoki narciarskie?

- Tak, ale priorytetem są także biegi, a w tym momencie dochodzą do tego także biegi mężczyzn. O nich nie można zapominać, bo właściwie od 2002 roku nie raz zajmowali miejsca w czołowej ósemce chociażby w zawodach Pucharu Świata.

Kończąc temat biegów kobiet chciałem zapytać o to, czy pan, jako prezes związku, miał ostatnio okazję rozmawiać ze swoim pracownikiem, którym właśnie jest Justyna Kowalczyk. Będziecie, czy raczej tych rozmów nie ma?

- Nie ma tych rozmów. Były na wiosnę. W tej chwili grupa w biegach narciarskich kobiet jest stosunkowo zamknięta. Nasza rola polega na zabezpieczeniu finansowym tej grupy. Mamy trenera głównego, on za wszystko odpowiada i wszystko w grupie układa. Ma pomoc od Justyny Kowalczyk, to jest bardzo duża pomoc i to jest oczywiste. Rozmawiałem ostatnio z trenerem Bajčičakiem, są w Muonio w Finlandii na zgrupowaniu. Jest bardzo zadowolony zarówno ze współpracy jak i z postępu zawodniczek. Nie ma raczej potrzeby bardziej się w te sprawy z naszej strony zagłębiać.

Przejdźmy do biegów mężczyzn. Jak ocenia pan współpracę z trenerem Lukašem Bauerem?

- Trener jest świetny, mentalnie dopasowany do naszych zawodników. W pierwszym roku współpracy mówił mi, że kilka miesięcy zajęło mu mentalne przestawienie zawodników na inne metody pracy. W tej chwili cieszy się pełnym zaufaniem naszych biegaczy, a oni robią duże postępy. Rozmawiałem z trenerem Bauerem cztery dni temu, przebywają obecnie także w Finlandii, w Rovaniemi. Także oni mają świetne warunki do treningu na śniegu.

- Tam przebywają także inne reprezentacje i mają możliwość podglądania, jak pracują ci najlepsi. Tutaj także liczę na miejsca w pierwszej trzydziestce. Największe nadzieje w tym momencie wiążemy z Dominikiem Burym i Maciejem Staręgą, ale także z Kamilem Burym i Mateuszem Haratykiem. Jest także dwóch innych zawodników i mamy mocną szóstkę. Z optymizmem patrzymy na igrzyska w Pekinie. Nasza sztafeta także podczas mistrzostw świata powinna się klasyfikować w pobliżu pierwszej dziesiątki.

W kombinacji norweskiej, po tym jak karierę zakończył Adama Cieślar, mamy tylko jednego zawodnika Szczepana Kupczaka. On trenuje razem z kadrą Czech, wspólnie z Robertem Mateją. Widzi pan szanse, że w tym sezonie będzie się dobrze prezentował? Jak w ogóle mu się pracuje się z zawodnikami z Czech?

- To była dobra decyzja i inicjatywa Adama Małysza, który zadzwonił do związku narciarskiego w Czechach i wszystko ustalił. Już wcześniej z reprezentacją Czech pracował właśnie Robert Mateja i Szczepan Kupczak został tam oczywiście dobrze przyjęty. Jest także fizjoterapeuta Daniel Hankus, który zajmuje się także transportem. Szczepan bardzo poważnie podszedł do najbliższych dwóch sezonów. Wie, że jest szansa załapać się do grupy tych najlepszych, bo jeśli nie, to trzeba będzie pójść do normalnej pracy.

Wygląda na to, że Kupczak niczego teraz nie zaniedbuje.

- Niestety, w ostatnich czterech tygodniach przeszedł zakażenie koronawirusem i był chwilę wyłączony z treningów, na szczęście chorobę przeszedł stosunkowo lekko. Dołączył już do Czechów i razem z nimi przebywa w Skandynawii. Jest szansa, że będzie się regularnie plasował na wyższych pozycjach niż tylko pierwsza trzydziestka. Poprawił biegi, a w skokach zaczyna mu wracać dawny, wysoki poziom.

Jak wygląda sytuacja u naszych alpejczyków? W czerwcu zrezygnowaliście ze współpracy z austriackim trenerem Christianem Leitnerem. Podczas naszej ostatniej rozmowy mówił pan, że powodem był brak wyników jego podopiecznych. Wydaje się jednak, że austriacki trener ma jednak odmienne zdanie na ten temat.

- Tak. No cóż. Ta grupa miała bardzo dobre warunki, ale wyniki były po prostu słabe. W związku z tym zrezygnowaliśmy z tego bardzo drogiego dla nas rozwiązania. W tej chwili trenerem jest Słoweniec Matić Skube. Cała grupa została podzielona na mniejsze grupy i w miarę możliwości, jeśli się tylko da, także korzysta z wyjazdów za granicę i z możliwości trenowania na lodowcach. Nie mamy żadnych problemów organizacyjnych i zarówno ta grupa jak i snowboardziści mają wszystko co potrzeba, choć oczywiście pandemia utrudnia nieco sytuację.

Kończąc naszą rozmowę proszę powiedzieć, jak pan osobiście radzi sobie z pandemią? Kontakty ograniczył pan do minimum? Więcej czasu udaje się spędzać z rodziną?

- Dokładnie tak. Udało się mi do tej pory uniknąć zakażenia. Biorę udział w spotkaniach i wyjazdach tylko tych, które są niezbędne. Praca zdalna jest w tej chwili tak dalece możliwa, że nie ma potrzeby, żeby w tym czasie wszędzie być i narażać się na zachorowanie. Mam na szczęście potężne wsparcie od sekretarza generalnego Polskiego Związku Narciarskiego Jana Winkiela, który jest bardzo dynamicznym, młodym człowiekiem. Przejął dużą część moich obowiązków. Jesteśmy w stałym kontakcie, ta forma współpracy na obecnym etapie jest bardzo dobra.

Ponad rok temu na świat przyszło pana trzecie dziecko, syn Leopold. Chłopczyk rośnie zdrowo?

- Tak. Ma już czternaście miesięcy. Biega, to bardzo dynamiczny, żywy chłopczyk. Zobaczymy, może i dla polskiego sportu to będzie w przyszłości jakaś nadzieja.

Rozumiem, że jeśli pójdzie w sport, to zapewne w skoki narciarskie?

- Niekoniecznie (śmiech). Obecnie razem z żoną mieszkamy w Warszawie, a żeby uprawiać tę dyscyplinę sportu, to trzeba mieszkać w górach. No ale zobaczymy, mam nadzieję, że wszystko się poukłada.

Rozmawiał Zbigniew Czyż

Wasze komentarze
No hate

Wyrażaj emocje pomagając!

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym i nasyconym nienawiścią komentarzom. Nie zgadzamy się także na szerzenie dezinformacji.

Zachęcamy natomiast do dzielenia się dobrem i wspierania akcji „Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy” na rzecz najmłodszych dotkniętych tragedią wojny. Prosimy o przelewy z dopiskiem „Dzieciom Ukrainy” na konto: ().

Możliwe są również płatności online i przekazywanie wsparcia materialnego. Więcej informacji na stronie: Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy