Reklama

Reklama

Apoloniusz Tajner dla Interii: To nie ja zadecyduję, czy Justyna Kowalczyk pozostanie w kadrze

- W Polskim Związku Narciarskim mamy bardzo restrykcyjnie przestrzeganą zasadę: zarząd powołuje trenera głównego, a on układa sobie już wszystko według własnego uznania. To on powołuje swój sztab szkoleniowy, ludzi, do których ma zaufanie i z którymi chce współpracować. Kompletnie się do tego nie mieszamy. Nie mieszaliśmy się ani Doleżalowi, ani Wierietielnemu, nie będziemy się mieszać także Bajcziczakowi - mówi w rozmowie z Interią prezes Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusz Tajner.

Zbigniew Czyż, Interia: Pod koniec kwietnia trenerem kadry polskich biegaczek został Słowak Martin Bajcziczak. Panie prezesie jak wyglądały dokładnie okoliczności zatrudnienia tego szkoleniowca?

Reklama

Apoloniusz Tajner, prezes Polskiego Związku Narciarskiego: 11 marca, tuż po mistrzostwach świata juniorów w Oberwiesenthal, kiedy było już wiadomo, że sezon nie będzie dokończony z powodu pandemii, doszło do spotkania. Podczas niego Aleksander Wierietielny zadeklarował, że w związku z tym, co sygnalizował mi już w listopadzie zakończy pracę z reprezentacją. Z różnych przyczyn: zdrowotnych, osobistych, wiekowych i innych. Podczas spotkania, w którym uczestniczyła też Justyna Kowalczyk zaczęliśmy się zastanawiać jak dalej poprowadzić nasze dziewczyny.

Właśnie wtedy padło nazwisko Bajcziczaka?

- Tak. Stwierdziliśmy, że być może on byłby dobrym trenerem. Szukaliśmy trenera głównie w krajach, gdzie narciarstwo biegowe jest na dosyć wysokim poziomie, a jednocześnie mentalnie trenerzy są bliżej naszej. Okazało się, że to był dobry kierunek. Po akceptacji pomysłu nawiązaliśmy z Bajcziczakiem kontakt, omówiliśmy warunki kontraktu i zdalnie podpisaliśmy umowę. On potrzebował takiej gwarancji, gdyż na Słowacji prowadził tamtejsze najlepsze biathlonistki m.in. Paulinę Fialkovą.

Do kiedy kontrakt został podpisany?

- Umowa obowiązuje do 30 kwietnia 2022 roku. Po jej podpisaniu czekaliśmy na nasze spotkanie. Trochę to trwało, ponieważ obostrzenia w związku z pandemią, dotyczące przekraczania granic były w tamtym czasie bardzo restrykcyjne, zwłaszcza na Słowacji. Nie było takiej potrzeby, żeby wtedy Bajcziczak przyjeżdżał do Polski. W międzyczasie Justyna Kowalczyk i trener Wierietielny zaplanowali pierwsze zgrupowanie w ostatnim tygodniu maja w Zakopanem. Odbyło się ono jednak poza Centralnym Ośrodkiem Sportu, natomiast my uzyskaliśmy zgodę, żeby można było przynajmniej trenować na jego obiektach.

Podczas tego zgrupowania przepisy w związku z pandemią zostały już poluzowane, w związku z czym, razem z sekretarzem generalnym PZN Janem Winkielem, pojechaliśmy po trenera Bajcziczaka, na granicę ze Słowacją, w Chyżnem. Tam go odebraliśmy i przyjechał na kilka dni do Polski. Uczestniczył w zgrupowaniu w Zakopanem, a na dwa dni przed końcem zgrupowania pojechał do Krakowa i wykonał badanie na obecność COVID-19. Wynik był negatywny. Bajcziczak otrzymał nasz samochód służbowy i wrócił na Słowację.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje