Reklama

Reklama

Tomasz Sikora: po drugiej stronie sceny stres jest większy

- Stres, jaki przeżywam jako trener, jest o wiele większy niż wtedy, gdy sam startowałem - mówi najwybitniejszy polski biathlonista, dziś trener kadry juniorów Tomasz Sikora, który obserwuje mistrzostwa świata seniorów w Novym Mescie na Morawach.

To są pierwsze mistrzostwa świata, na których jest pan po drugiej stronie sceny, nie jako zawodnik, a trener. Od ubiegłego roku pełni pan funkcję szkoleniowca kadry juniorów.

Reklama

Tomasz Sikora.: Tak, to moje pierwsze mistrzostwa seniorów widziane z drugiej strony. Powiem szczerze, że teraz rozumiem tych trenerów, którzy mówili: "Tomek, biegaj jak najdłużej, bo kiedyś przekonasz się, że jest ci i tak lżej i łatwiej niż nam". Stres, który przeżywa trener, jest o wiele większy, bo chce się, aby aż czwórka zawodników dobrze strzeliła i pobiegła. Wcześniej odpowiadałem tylko za siebie.

Widziałem pana na nartach, podbiegającego pod górę trasą mistrzostw przed rozpoczęciem kolejnej konkurencji. Jaką rolę pan tutaj pełni? Osoby pomagającej zawodnikom wybrać właściwe narty?

- Nie. Za narty odpowiadają dwie inne osoby, a ja i Bruno (włoski serwismen Bruno Madallin - przyp. red) pomagamy dobrać odpowiednie smary, proszki, te wszystkie dodatki, które sprawiają, że narta jedzie szybciej. Decyzję, co położyć na narty, podejmuje Bruno. Ja jestem tylko do testów. Do Novego Mesta przyjechałem trochę przez przypadek. Jeden z naszych serwismenów złamał rękę pod koniec poprzedniego roku i Bruno spytał mnie, czy nie pomógłbym mu w testowaniu nart. Oczywiście zgodziłem się, bo dla mnie jest to przede wszystkim okazja do nauki. Prowadząc kadrę juniorów często na zawodach czy naszych zgrupowaniach zostaję ze wszystkimi problemami sam. Tutaj wiele mogę się nauczyć, podpatrzeć. Jestem bardzo zadowolony, że przyjechałem na te mistrzostwa.

Jak wygląda pana współpraca z trenerami kadry seniorów Adamem Kołodziejczykiem i Andrzejem Kozińskim?

- Bardzo dużo rozmawiamy, dyskutujemy. O sporcie, ale też i o organizacji wyjazdów na zawody czy zgrupowania. Staram się jak najwięcej z tych rozmów wyciągnąć. Jestem trenerem dopiero pierwszy rok i sama organizacja wyjazdów była początkowo dla mnie bardzo trudna. Najtrudniejsze było ogarnięcie wszystkich spraw "papierkowych".

Kim są pana podopieczni?

- To roczniki 1992-1996. Chłopcy i dziewczęta. Mają ogromny zapał do pracy, słuchają rad i chcą się rozwijać. Na dziś większy potencjał widzę w tej młodszej grupie, czyli w juniorach młodszych, co zresztą potwierdziły wyniki mistrzostw świata w Obertilliach. Mam nadzieję, że systematyczna praca wpłynie pozytywnie i na tę starszą grupę.

Czy mógłby pan podać nazwiska wyróżniających się zawodników?

- Nie podaję nigdy nazwisk, ponieważ to mogłoby wpłynąć deprymująco na pozostałych zawodników.

Sam prowadzi pan kadrę juniorów?

- Pracuję razem z czeskim trenerem Karelem Sokalem, ojcem znanej zawodniczki Gabrieli Sokalovej. Między nami jest duża różnica wieku, około 25 lat. W wielu kwestiach się zgadzamy, ale w wielu różnimy się. Ja mam swój bagaż doświadczeń jako zawodnik, a Karel ma duże doświadczenie w treningu młodzieży. Przed każdym obozem siadamy razem i układamy plan pracy. Jest dużo dyskusji, ale nie sporów. Tworzymy tandem równorzędnych szkoleniowców.

Czy swoją przyszłość wiąże pan z pracą trenera? A może waha się pan co dalej w życiu robić?

- To trudne pytanie. Będąc zawodnikiem zawsze miałem dalekosiężne plany, na kilka lat do przodu. Oczywiście zdarzały się przypadki losowe i te plany były korygowane, ale nigdy nie traciłem z oczu celu, do którego chcę dążyć. I te plany były dość poukładane. Teraz jest zupełnie inaczej. Na razie pracuję rok z kadrą juniorów. Mam do czynienia z bardzo fajną grupą młodych ludzi, a samą pracą jestem wręcz zachwycony. A co dalej? Zobaczymy. Za rok mamy kolejne mistrzostwa świata juniorów, a przede wszystkim igrzyska olimpijskie w Soczi, mam nadzieję, że udane dla polskiego biathlonu. Wtedy będziemy myśleć o dalszej pracy. Dziś sytuacja finansowa naszego sportu nie wygląda najlepiej. Większość środków pójdzie na przygotowania do igrzysk w Soczi, przede wszystkim kadry seniorek.

Co udało się panu do tej pory zrobić z kadrą juniorów?

- Zacząłem pracę dopiero w sierpniu ubiegłego roku, czyli w połowie okresu przygotowawczego. Trudno jest w tak krótkim czasie wiele zrobić. Głównym naszym ośrodkiem treningowym były Duszniki. Zgrupowania trwały zwykle tydzień, bo większość zawodników jest jeszcze uczniami i trzeba było pogodzić sport z nauką. Mieliśmy również wyjazd na lodowiec do Ramsau, a potem do Szwecji. To był okres weryfikacji zawodników. Zaczynaliśmy od grupy 22 chłopców i dziewcząt, a na ostatni wyjazd do Szwecji pojechało już tylko dziesięcioro. W mistrzostwach świata w Obertilliach 80 procent moich zawodników wypełniło wyznaczone wcześniej limity. Występ był więc udany.

W piątek po południu nasze panie będą walczyć w sztafecie i są wymieniane w gronie kandydatek do medalu. Pana typy?

- I w sztafecie, i w niedzielnym biegu ze startu wspólnego zawodniczki mają bardzo duże szanse. Zawsze bronię się przed typowaniem konkretnych miejsc, bo biathlon jest nieprzewidywalny. Wystarczy jeden niecelny strzał i szanse są pogrzebane. Potencjał tych dziewcząt jest ogromny. Monika Hojnisz dobija się do czołówki światowej, w której już są trzy pozostałe zawodniczki (Krystyna Pałka, Magdalena Gwizdoń i Weronika Nowakowska-Ziemniak - przyp. red).

A seniorzy? Uzyskują słabe wyniki. Zapytam wprost: czy nie powinni zakończyć kariery?

- Nie powinni. Muszą mieć rozpisany precyzyjny plan przygotowań, trzymać się go i zaufać trenerom.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje