Reklama

Reklama

PŚ w biathlonie. Nowakowska-Ziemniak: Bardzo nieudany początek

Polskie biathlonistki bardzo przeciętnie spisały się w pierwszych zawodach Pucharu Świata w szwedzkim Oestersund. Najwięcej powodów do niezadowolenia miała Weronika Nowakowska-Ziemniak. - Nie pamiętam tak nieudanego początku - przyznała.

"Biało-czerwoni" rozpoczęli zmagania w Oestersund od 20. pozycji w sztafecie mieszanej (w składzie Krystyna Pałka, Magdalena Gwizdoń, Łukasz Szczurek i Krzysztof Pływaczyk). W biegu na 15 km Monika Hojnisz zajęła 12. miejsce, zaś w sprincie najlepsza była Pałka - 34. Nowakowska-Ziemniak w pierwszym występie została sklasyfikowana na 81. lokacie, natomiast rywalizację na 7,5 km skończyła na 61., więc nie zakwalifikowała się do niedzielnego biegu na dochodzenie. Ten został przerwany i w konsekwencji odwołany z powodu porywistego wiatru.

PAP: Zamiast spodziewanej walki o czołowe pozycje, reprezentantki Polski popełniły... falstart. W jaki sposób wytłumaczyć nie najlepszą postawę w Szwecji?

Weronika Nowakowska-Ziemniak: - Żadnej walki o czołowe miejsca nie obiecywałam, sport w ogóle, a biathlon w szczególności bywa nieprzewidywalny. Jestem daleka od prorokowania czegokolwiek. Zawsze staram się pokazać z jak najlepszej strony, czasami nie wychodzi, ale podejmuję walkę na każdych zawodach. Mam nadzieję, że już wkrótce będzie mi dane zaprezentować najlepsze umiejętności.

Rzadko zdarza się, aby któraś z zawodniczek, która w niedalekiej przeszłości uzyskiwały dobre rezultaty i aspirują do grona najlepszych, miały 11 karnych minut.

- Początek sezonu jest w moim wykonaniu bardzo nieudany, nie pamiętam kiedy i czy w ogóle miałam aż tyle pomyłek w strzelaniu. Ale w Oestersund trafiłam na wyjątkowo fatalne, wręcz tragiczne warunki. Kiedy dobiegałam do strzelnicy, kierunek wiatru za każdym razem drastycznie się zmieniał, nie pomagały korekty, nie było na to sposobu. W pewnym momencie zrobiło mi się i bardzo przykro, i smutno, bo byłam bezsilna. Ktoś może sobie pomyśleć, że nie poradziłam sobie w zawodach, to oczywiście jego zdanie, ale przy takiej pogodzie inne zawodniczki też były bezradne.

Zwyciężczyni sprintu Norweżka Ann Kristin Aafedt Flatland oraz między innymi Rosjanki były bezbłędne.

- Niektóre z rywalek miały normalne, spokojne strzelanie, a nie przy porywistym wietrze. Decydował moment wbiegnięcia na strzelnicę. Ja też marzyłam o ciszy, niestety tak się nie stało. Patrzyłam na chorągiewki, lecz to też żaden miarodajny wskaźnik, bowiem koło mnie mogła być prawie nieruchoma, a kilkadziesiąt metrów dalej już "szalała" na boki. Niestety, nie znamy siły wiatru, nie ma wyświetlanych na elektronicznych tablicach żadnych pomiarów.

Wtedy biathlonistki muszą wybrać - albo decydują się na strzelanie, albo czekają na poprawę warunków?

- Można poczekać 15, 30 sekund, a nawet dwie minuty, ale wtedy tego czasu nikt nie zwróci, poza tym nie ma się gwarancji, że strzelanie będzie na "zero". Decydując się na rozpoczęcie strzelania w wietrze bierzemy odpowiedzialność, wiedząc, że to ryzykowne, ale w sporcie trzeba tak czasem działać.

Duże nadzieje związane były z zatrudnieniem trenera strzelania sportowego Krzysztofa Rymskiego.

- Pan Rymski, którego uważam za fachowca w strzelectwie, uczestniczył tylko w konsultacjach, nie jeździ z nami na zimowe zawody. To specjalista w strzelaniu szybkim, który jednak już na początku naszej współpracy zaznaczył, że jedynie delikatnie będzie nam nakreślał swoją wizję, bo nie chce decydować się na rewolucję w sezonie olimpijskim. Każdy zdaje sobie sprawę, że akurat takie ryzyko w tym momencie nie byłoby wskazane. Miło było z nim porozmawiać, sporo nowego się dowiedziałam i mam nadzieję, że w przyszłości będzie częściej z nami. A dlaczego nie było go w Szwecji, nie będzie też w Austrii, to już nie do mnie pytanie. Fakty są takie, że trenerem głównym jest Adam Kołodziejczyk, a na strzelnicy jest Andrzej Koziński.

Wystartuje pani w najbliższych dniach w PŚ w austriackim Hochfilzen?

- Tak, oczywiście, nie mam zamiaru robić żadnej przerwy. Najważniejsze to, co przede mną i koleżankami, a nie przeszłość. Życzyłabym sobie normalnych warunków atmosferycznych, abym mogła pokazać swoje umiejętności. Żeby nie decydował przypadek, łut szczęścia czy ogromny pech, tylko zaprocentowała praca na treningach. Loterie są potrzebne, lecz nie w sporcie.

Słabsze wyniki w Szwecji mogą rzutować na pani pozycję w ekipie olimpijskiej?

- Nie powinny, bo trenerzy byli i wszystko widzieli, a także doskonale wiedzą na co stać poszczególne dziewczyny, bo obserwują i oceniają nas nie od wczoraj. Skład pięcioosobowy na igrzyska jest znany (Ziemniak-Nowakowska, Pałka, Hojnisz, Gwizdoń, Paulina Bobak - PAP), a o tym która z nas pobiegnie na jakim dystansie, dowiemy się już na miejscu, w Soczi.

Rozmawiał Radosław Gielo

Dowiedz się więcej na temat: Weronika Nowakowska-Ziemniak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje