Reklama

Reklama

MŚ w biathlonie. Kamila Żuk: Ludzie tutaj po prostu tym żyją

Mogąca pomieścić nieco ponad 20 tysięcy kibiców arena biathlonowa w Anterselvie słynie ze wspaniałej atmosfery. Kultura kibicowania jest zupełnie inna niż w tych najpopularniejszych sportach. "Ludzie tutaj po prostu tym żyją" - oceniła Kamila Żuk.

Okrzyki publiczności "Hej!" po każdym celnym strzale ich faworyta znane są każdemu, kto ogląda rywalizację biathlonową w telewizji. Z trybun w żadnym momencie nie dochodzą gwizdy czy buczenie.

Przekonała się o tym Magdalena Gwizdoń, która w sobotę kończyła polską sztafetę 4x6 km w mistrzostwach świata. "Biało-Czerwone" były wówczas na prowadzeniu, a najbardziej doświadczona biathlonistka w kadrze wbiegła na swoje pierwsze strzelanie ze sporą przewagą nad najlepszą z rywalek. Gdy trafiała, z trybun - gdzie polskich flag próżno było szukać - również dochodziły rytmiczne okrzyki.

Reklama

"Bo mnie tu znają!" - stwierdziła później 40-letnia Gwizdoń. "Jeśli ktoś przez tyle lat śledzi biathlon - a ja startuję od 25 lat - to wie. Aczkolwiek ja nic nie słyszałam, wyłączyłam się... Cieszę się bardzo, że mamy takich kibiców. Byłoby jeszcze lepiej, gdy było więcej z Polski" - dodała.

Najliczniejszą grupę kibiców w Anterselvie stanowią... Niemcy. Do położonej we włoskim Tyrolu Południowym doliny mają od granicy z Austrią ok. 250 km. Było też wielu Norwegów i spora grupa Rosjan. Włoskich flag nie powiewa tam tak wiele, jak można by się spodziewać.

Zasiadająca na trybunie głównej publiczność kibicuje jednak nie tylko swoim. Gdy spiker przedstawiał zawodniczki z pierwszymi dziesięcioma numerami przed niedzielnym biegiem ze startu wspólnego na 12,5 km, wyczytywał tylko narodowość i imię, a kibice wykrzykiwali nazwisko. Te niemieckie wybrzmiały oczywiście najgłośniej, ale pozostałe również słychać było wyraźnie.

"To jest po prostu mentalność tych ludzi, którzy tu są. Oni tym żyją, oni się cieszą z każdym z nas. To jest jedno z tych miejsc, gdzie jest tak wielu kibiców. Tak jest też w Oberhofie, Ruhpolding... i w sumie tyle" - stwierdziła Żuk, która również reprezentowała Polskę w zakończonych w niedzielę mistrzostwach świata.

Publiczność wykazała się też empatią, gdy w niedzielę bieg zupełnie nie układał się reprezentantce gospodarzy Lisie Vittozzi. Po drugim strzelaniu większość zawodniczek była już daleko, gdy Włoszka wykręcała pięć karnych rund po fatalnym strzelaniu. Za każdym razem, gdy zbliżała się do trybuny głównej, rozlegała się ogromna wrzawa. Vittozzi doceniła gest kilkanaście minut później, gdy dotarła na metę na ostatniej pozycji i pomachała w stronę trybun.

W niedzielnych zawodach czwarte miejsce zajęła Monika Hojnisz-Staręga. Biało-czerwoni wyjechali z Anterselvy bez medalowej zdobyczy.

Z Anterselvy Maciej Machnicki


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje