Reklama

Reklama

Krystyna Pałka: Świat zaczął się z nami liczyć

Wicemistrzyni świata w biathlonie Krystyna Pałka jeszcze nie podjęła decyzji, czy po igrzyskach w Soczi będzie kontynuować karierę. Wprowadziła sporo zmian w przygotowaniach i cieszy się, że zawodniczki z innych państwa zaczęły się z Polkami liczyć.

Ochłonęła już pani po sukcesie w minionym sezonie? Łatwiej trenować, wiedząc że należy się do światowej czołówki?

Krystyna Pałka: - Moim zdaniem teraz jest trudniej, bo oprócz treningów doszło wiele wyjazdów związanych ze spotkaniami ze sponsorami. Całkowicie inaczej muszę zagospodarować czas, żeby to wszystko nie kolidowało z moimi przygotowaniami. Wielką wagę przywiązuję również do odpoczynku, więc staram się nie przekraczać pewnej granicy.

Czyli zainteresowanie bardzo wzrosło. Tylko panią, czy generalnie biathlonem?

Reklama

- I biathlonem, i po trosze mną. Odczuwam to, bo dostaję bardzo dużo wiadomości, listów z prośbą o autografy czy koszulki startowe. Jest to bardzo miłe. Staram się wszystkim odpisywać, ale czasami robię to z lekkim opóźnieniem. Mam dużo wyjazdów, pracy i treningów.

Nastawienie do rywalizacji w Soczi po zdobyciu srebra w mistrzostwach świata się zmieniło?

- Na pewno nie czuję dodatkowej presji. Doskonale wiem, że mogę osiągać jeszcze lepsze wyniki, mam duże rezerwy - zarówno w biegu, jak i na strzelnicy. Właśnie takie rzeczy mnie motywują. Poza tym uwielbiam zawody, lubię rywalizację, starty nie działają teraz na mnie stresująco, a wręcz przeciwnie - nie mogę się ich doczekać.

Ma pani już plany sięgające poza Soczi?

- Na razie nie. Nie podjęłam jeszcze decyzji, czy nadal będę trenować. Wiele będzie zależało od tego, jaki wynik uda się osiągnąć. I od zdrowia. Jeszcze niedawno mówiłam, że po igrzyskach w Rosji kończę karierę, a teraz już przemyka myśl o dłuższym startowaniu. Jeśli będę czuła, że nadal jestem w stanie dobrze biegać i reprezentować nasz kraj, to podejmę wyzwanie i nie zmarnuję tej szansy. A jeśli jednak przerwę karierę, to chciałabym kolejnym biathlonistom przekazać swoją wiedzę. Na pewno pozostanę w tej dyscyplinie, ale może w innej roli.

W Soczi pani już była. Jakie wrażenia?

- Bardzo ciężkie trasy i nie podoba mi się stadion. Myślę, że nie znajdzie się żaden zawodnik, który go pochwali. Zakręty są bardzo źle wyprofilowane. Organizatorzy zapowiadają, że coś poprawią, ale trzeba się przygotować bardzo mocno.

Jakie trasy pani lubi? Trudniejsze czy te łagodniejsze?

- Trudniejsze, ale w Soczi dodatkowym utrudnieniem są góry. Mimo wszystko jestem dobrej myśli.

Jak to jest w trakcie strzelania? Na czym się pani skupia?

- Na pewno nie staram się myśleć o tym, że jestem na przykład na pozycji medalowej. Nie powtarzam sobie nawet, że muszę za wszelką cenę trafić. Przybiegam, pełna koncentracja, automatyczne wyłączenie i celem staje się ten mały punkcik w oddali. Przede wszystkim myślę o postawie, żeby się dobrze przygotować do oddawania kolejnych strzałów. Gdy nie trafię, włącza mi się tryb ostrożny, żeby przypadkiem nie spudłować po raz kolejny.

Dobrych biathlonistek mamy całkiem sporo. Co się zatem dzieje, że nie wychodzą starty w drużynie?

- To tylko kwestia czasu. Już tyle razy byłyśmy tak wysoko, że w końcu przecież musi wyjść.

To prawda, że żadna z Was nie chce biegać na ostatniej zmianie?

- Różnie z tym bywa. Niektóre nie lubią pierwszej czy drugiej zmiany. Wszystko ustala trener na podstawie startów i charakteru. Oczywiście czasami można by było pozmieniać kolejność. Czwarta zmiana jest bardzo trudna, zwłaszcza gdy jest szansa na podium. Presja olbrzymia, człowiek biegnie i myśli tylko o tym, żeby nic nie zepsuć. A gdy tak się zaczyna myśleć, pojawiają się kłopoty.

Woli pani biegi indywidualne czy sztafety?

- Bez znaczenia, ale dla mnie ważne jest, by mieć bezpośredni kontakt z rywalem. Wtedy właśnie mam pełny obraz zawodów. Czyli wszystkie biegi na dochodzenie czy ze startu wspólnego są dla mnie.
W przygotowaniach do igrzysk wprowadziła pani duże zmiany w porównaniu z zeszłym sezonem?

- Bardzo duże. Praktycznie zaraz po jego zakończeniu pojechałam do Salzburga. Biorę udział w programie audiotreningu regeneracyjnego. Byłam też w Bytomiu w centrum rehabilitacji. Ponadto zastosowałam ćwiczenia korekcyjne. Sprawdzono, które mięśnie mam słabsze i teraz pracuję nad ich wzmocnieniem. Na to w sezonie startowym nie będzie już czasu.

Czy zawodniczki z innych krajów po sukcesie w mistrzostwach świata w Novym Mescie nabrały do Was szacunku?

- Zdecydowanie tak. Świat zaczął się z nami liczyć, zawodniczki innych państw przekonały się, że jesteśmy groźne. Zwłaszcza w sztafecie nasza siła jest ogromna i one zdają sobie z tego sprawę. Na razie się cieszą, że nam nie wychodzi. Wielu trenerów i pracowników technicznych z innych ekip do nas przychodzi i gratuluje. Poza tym na pewno również obserwują.

Rozmawiała Marta Pietrewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL