Reklama

Reklama

Biathlon. Zbigniew Waśkiewicz dla Interii: Z Michaelem Greisem wszystko praktycznie mamy dograne

Michael Greis nadal będzie trenerem polskich biathlonistek. - Nie ma jeszcze podpisu, ale nie wyobrażam sobie, żeby tak się właśnie nie stało – powiedział w rozmowie z Interią prezes Polskiego Związku Biathlonu Zbigniew Waśkiewicz. Ważą się natomiast losy selekcjonera męskiej kadry Adama Kołodziejczyka.

Robert Kopeć, Interia: Gratulacje z okazji wyboru na prezesa Polskiego Związku Biathlonu. Przede wszystkim chciałbym zapytać, co dalej z Michaelem Greisem? Czy nadal będzie trenerem reprezentacji Polski biathlonistek?

Reklama

Zbigniew Waśkiewicz (prezes Polskiego Związku Biathlonu): Wydaje mi się, że tak. Wszystko praktycznie mamy dograne. Nie ma jeszcze podpisu, ale nie wyobrażam sobie, żeby tak się właśnie nie stało. Dopinamy szczegóły i to nawet nie finansowe.

Kontrakt do igrzysk olimpijskich w Pekinie?

- Tak. Ewentualnie z taką opcją, że po roku może trener Greis zrezygnować, ale nie dopuszczam do siebie takiej myśli - wymiany selekcjonera na rok przed igrzyskami.

A co z trenerem męskiej kadry Adamem Kołodziejczykiem?

- W tym wypadku się zastanawiamy. Sam trener Kołodziejczyk nie podjął jeszcze decyzji. Wiem, że zawodnicy mają swoje uwagi. Nie do końca byli zachwyceni swoimi wynikami, choć wydaje mi się, że był to całkiem przyzwoity sezon. Biathloniści mają większe oczekiwania. Wahamy się, co dalej z tym zrobić. Ja zawsze podkreślam, że kolejki trenerów do naszej męskiej kadry nie ma. Każdy szkoleniowiec wie, że to nie jest łatwe zadanie. Trener Kołodziejczyk jednak sporo osiągnął. Po takim "dole", w którym znalazła się reprezentacja, wywalczył prawo startu w Pucharze Świata dla czwartego zawodnika.

Dzięki temu, że zajęliśmy 17. miejsce w Pucharze Narodów.

- Zawsze to jest ważne, choćby ze względów logistycznych.  Druga sprawa, będzie nam łatwiej zająć dobre miejsce w tej klasyfikacji, bo obowiązuje taki regulamin, że punktuje trzech zawodników.  A jak któryś miał słabszy dzień, to od razu punkty "leciały". Kiedy będzie ich czterech, to zawsze jest szansa, jak jeden wypadnie gorzej, to inny go zastąpi. Trzeba jednak podkreślić, że w biathlonie startuje dużo sztafet, w porównaniu z innymi dyscyplinami i dlatego to 17. miejsce może trochę zaciemniać obraz.

Może taka świeża krew jednak by się męskiej kadrze przydała?

- To nie jest dobre myślenie. Trener Kołodziejczyk udowodnił, że jest w stanie bardzo dobrze przygotować zawodniczki. Pod jego wodzą nasze biathlonistki zdobywały medale. Więc nie jest to raczej problem świeżości spojrzenia lub podejścia....

Tego na pewno nikt mu nie odbierze.

- Czasami jednak popełniamy taki błąd, zresztą nie tylko w sportach zimowych, że przyjdzie ktoś, kto będzie lepszy, fajniejszy, coś zmieni i to zadziała. Potem przychodzą kolejne miesiące, a po pół roku dochodzimy do wniosku, że może przyszedłby inny trener. Uważam, że czasami brakuje nam konsekwencji. My jako naród jesteśmy niecierpliwi i chcielibyśmy wszystko szybko, natychmiast. Czołówka męska w biathlonie jest naprawdę bardzo silna.

Nawet nie chodzi o miejsca w ścisłej czołówce, ale żeby nasi zawodnicy regularnie zdobywali pucharowe punkty, a nie tylko od wielkiego dzwonu.

- Analizujemy to bardzo szczegółowo. Jak mówimy o punktach PŚ, to zwróćmy uwagę, że zdobywa je 10 może 12 krajów, a reszta plasuje się tam, gdzie my. Kiedy startuje ośmiu Norwegów, siedmiu Francuzów, kilku Niemców, to widzimy, że o te punkty jest naprawdę trudno.

To się zgadza, ale przecież po dwie, trzy nasze panie są w stanie zdobywać punkty.

- Czołówka kobieca jest jednak trochę mniej liczna. Mam świadomość, że kibice chcieliby bardzo zobaczyć naszych zawodników na dużo lepszych miejscach. To niestety nie jest taki sport, że jakaś magiczna różdżka odmieni sytuację. Potencjał tych zawodników na razie jest chyba taki i nie ma się co oszukiwać. Mam zaufanie do metod trenerskich Adama Kołodziejczyka. Jest bardzo szczegółowy w planowaniu, obciążeniach. Pod tym względem, to jest najwyższy poziom. Czasami nie potrafi się dobrze skomunikować ze swoimi zawodnikami. Do tej pory takie eksperymenty pokazywały, że zazwyczaj wymienialiśmy trenerów na słabszych.

Kiedy zapadną ostateczne decyzje?

- Sytuacja teraz jest o tyle dziwna, że wszystko jest wstrzymane. Nie spieszymy się. Badamy sytuację. Założyliśmy sobie taki plan, że niedługo zrobimy posiedzenie naszej komisji sportowej, która podsumuje to wszystko. Trener będzie miał okazję przedstawić swoje stanowisko. Rozmowa z zawodnikami też jest niezbędna. Wydaje mi się, że to będzie taki moment, w którym trzeba będzie podjąć męską decyzję.

Jak wygląda sytuacja ze zgrupowaniami w związku z pandemią koronawirusa? Zapewne mieliście już wcześniej zarezerwowane ośrodki na maj. Czy wszystko zostało anulowane?

- Akurat mamy taką komfortową sytuację, że zawsze kwiecień był miesiącem typowo regeneracyjnym. W maju zaczynaliśmy od krótkiego zgrupowani rehabilitacyjnego, więc w tym przypadku mogliśmy spokojnie odwołać. W ostatnich latach obywało się to u naszego sponsora i nie było żadnych problemów. Mieliśmy też zgrupowania w Polsce. Udało nam się tak to rozwiązać, że nie  straciliśmy żadnych pieniędzy. Wielkich komplikacji nie ma.

A późniejsze zgrupowania zagraniczne?

- Nie wiemy, co będzie. Trudno powiedzieć, kiedy obostrzenia zostaną zniesione. Nam by się marzyło, żeby te obostrzenia z zakazem wejścia do lasu, parku anulowano, to wtedy nawet zawodnik czy zawodniczka może indywidualnie wyjść poćwiczyć. A tego nie mogą teraz robić.  My mamy taki problem, że nawet karabinów nie mamy.

Tak?

- Dwa busy z naszym sprzętem zostały w Finlandii. Stoją zaparkowane u przyjaciół i czekają. Po odwołaniu sezonu w Kontiolahti nasi reprezentanci z jedną torbą wsiedli do samolotu. To była wręcz ewakuacja, bo w sobotę mieli jeszcze start. W niedzielę samolot do Monachium, stamtąd serwisem lotniskowym pod granicę, granica na piechotę i potem znowu samochodami do domów. Taka to była ucieczka. Dlatego busy musiały tam zostać. Czekamy, żeby ktoś mógł tam polecieć i je zabrać do Polski. Zostało tam wszystko - narty, karabiny... Dlatego mamy oczywiście plany przygotowane, ale też nie chcemy nakładać stresu na reprezentantów. Najpierw musieli przejść przymusową 14-dniową kwarantannę, teraz też jest niewiele lepiej. Trudny czas. Na razie się nie martwimy. Gdyby się to przeciągnęło poza maj, to wtedy mogą być kłopoty. Inne kraje mają tak samo. Wszyscy jesteśmy w podobnej sytuacji.

Przez pandemię koronawirusa wiele firm znalazło się w trudnej sytuacji. Czy związek ma sygnały od sponsorów, że będą chcieli się wycofać lub też ograniczyć środki na sponsoring?

- Mamy tylko sygnał z jednej firmy, która chciałby renegocjować umowę. To dla nas jest zrozumiałe, ale też nie stanowi większego problemu. My nie mamy sprzętu, który trzeba co parę miesięcy wymieniać. Reprezentanci są w miarę dobrze wyposażeni. Nawet jeśli w tym roku mielibyśmy problemy z uzupełnieniem sprzętowym, to na pewno to przetrwamy. Nie ma żadnego dramatu. Jedynej rzeczy, której możemy się obawiać to to, że Ministerstwo Sportu nie będzie mogło nas z jakiegoś powodu finansować. W obecnej sytuacji ważniejsze są szpitale, ratowanie życia. Gdyby więc ministerstwo w jakimś stopniu musiało ograniczyć finansowanie nas, to wtedy mógłby zrobić się problem.

Plany oszczędnościowe, które wdrażają w życie przedstawiciele innych dyscyplin, was nie dotyczą?

- Absolutnie nie. Od wielu lat prowadzimy bardzo oszczędną politykę finansową. Wbrew pozorom może się okazać, że w niektórych aspektach finansowo cały rok może być spokojniejszy niż się przewidywało.

Rozmawiał Robert Kopeć

Dowiedz się więcej na temat: Michael Greis | Adam Kołodziejczyk | Zbigniew Waśkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje