Reklama

Reklama

Kij w mrowisko. Czy sukcesy polskich skoczków są niebezpieczne?

Należę do pokolenia zwanego "A jednak mamy Polaka w drugiej serii, no proszę", gdy polskie skoki narciarskie nie liczyły się w ogóle. Powinienem być więc przeszczęśliwy, widząc te sukcesy reprezentantów Polski w obecnych czasach. A jednak się martwię.

Dwóch Polaków na podium konkursu w Innsbrucku, dwóch także w Garmisch-Partenkirchen. Do tego drugie miejsce Kamila Stocha w Oberstdorfie i nie wiemy, co jeszcze w Bischofshofen - sukcesy polskich skoczków są ogromne. To dominatorzy tej dyscypliny sportu.

Reklama

Dla kogoś, kto zasiadał do oglądania transmisji z Turnieju Czterech Skoczni w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych to trudne do pojęcia. Od czasów Adama Małysza polskie skoki zaczęły być najlepsze na świecie i pozostają takimi do dzisiaj, z coraz wyraźniejszą hegemonią już nie jednego, ale całej grupy Polaków.

Kosztem pozostałych nacji, rzecz jasna.

Piotr Fijas poprawia gogle

Moje skoki narciarskie zaczęły się od epoki Piotra Fijasa, słynącego z charakterystycznego poprawiania gogli i czyszczenia nosa tuż przed skokiem. Potem było coraz gorzej. Zerkam na wyniki na przykład mistrzostw świata w 1989 roku, gdy mieliśmy w Polsce przełom ustrojowy oraz zimy z temperaturami do 20 stopni na plusie.

Tej ciepłej zimy na mistrzostwach świata w Lahti najlepszy z Polaków był Bogdan Papierz, który na skoczni dużej zajął... 43. miejsce. Jan Kowal był 51., a Jarosław Mądry - 58., a ponad 100 punktów za zwycięzcą, Jarri Puikkonenem z Finlandii.

Kilka dni później mieliśmy jednak rewanż na skoczni mniejszej. Spójrzmy na wyniki Polaków - jak zwykle najlepszy był Bogdan Papierz, tym razem... 55! Jarosław Mądry zajął 56. pozycję, a Jan Kowal okazał się 58. zawodnikiem zawodów.

To był koszmar. Straszne czasy. To dlatego nazywamy je umownie "A jednak mamy Polaka w drugiej serii". Nie było to wcale oczywiste.

Pokazać komuś, kto oglądał tamto skakanie, dzisiejsze sukcesy polskich zawodników to jak podać kubek zimnej wody po całym dniu czołgania się po Saharze. Ożywcze, wspaniałe, a jednak może okazać się fata morganą.

Sukcesy Polaków są bowiem tak samo wspaniałe, jak i ryzykowne. Polacy osiągnęli wybitny poziom, zapracowali na swoje triumfy i słusznie są oklaskiwani. Rosnąca dominacja reprezentantów Polski odbywa się wyraźnie kosztem reszty. Dzisiaj poza Polakami sensownie skaczą tylko zawodnicy ze Słowenii, Austrii, Norwegii, Niemiec (chociaż Niemcy mają w tym sezonie wyraźne problemy) i chwilami Japonii. Zniknęli już nie tylko Finowie, ale nie widać także Czechów, Szwajcarów i innych...

Polscy skoczkowie najlepsi

Skoki narciarskie zawsze były dyscypliną niszową, ale wygrywający duetami, a za chwilę może i tercetem Polacy przypominają nie tylko to, że są znakomicie i najlepiej przygotowani, ale i że ten proces może postępować. A to nie byłoby dobre dla jednego z najpiękniejszych sportów świata, tak kochanego w rozmiłowanej w lataniu Polsce. Zwycięstwa Polaków są wspaniałe i napawają dumą, ale im wyraźniej biało-czerwoni tłamszą resztę świata, tym bardziej skoki się kurczą.

Rzecz jasna, wiele krajów na swoje ukochane sporty, w których dominują wyraźnie - weźmy Holandię w łyżwiarstwie szybkim. Nie nasz zatem problem? Otóż także nasz, bo problem w tym, abyśmy nie zostali z nimi zbyt osamotnieni. Skoki narciarskie to bowiem sport trudny, także logistycznie, wymagają nakładów i dostępu do skoczni. Mogą się łatwo załamać w każdym z krajów, tak jak załamały się w Finlandii. Nie w tym rzecz, aby Polacy skakali gorzej, ale aby reszta skakała lepiej.

Radosław Nawrot

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje