Reklama

Reklama

W poszukiwaniu namiastki normalności

​Niemal dokładnie rok temu - 4 marca 2020 w Polsce pojawił się pierwszy przypadek zakażenia koronawirusem. I choć nawet wtedy zagrożenie wydawało się bardzo odległe, dość szybo przekonaliśmy się, jak wielu dziedzin naszego życia pandemia będzie dotyczyć. Jedną z nich jest oczywiście sport. Bo odwoływane zawody i imprezy to jedno, a przypadki zakażeń poszczególnych zawodników to drugie.

Zupełnie niedawno doświadczyli tego Ewa Swoboda, która nie może startować na Halowych Mistrzostwach Europy w lekkoatletyce czy Halvor Egner Granerud, który został wycofany z trwających w Oberstdorfie mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym. Chorych na COVID-19 nie brakuje także w świecie piłki nożnej, choć akurat tu wszystko toczy się w miarę normalnie... Ale czy na pewno? 

Przyjrzyjmy się tej kwestii na podstawie meczów 1/8 finału piłkarskiej Ligi Mistrzów.  

Pierwsza sprawa - już trzy mecze na tym etapie UEFA Champions League rozgrywane były na neutralnych stadionach: RB Lipsk kontra Liverpool oraz Borussia Moenchengladbach z Manchesterem City w Budapeszcie, a Atletico Madryt z Chelsea w Bukareszcie. Ktoś powie: "Jak grają bez publiczności, to jakie to ma znaczenie, gdzie konkretnie rozgrywany jest mecz". Ale to nie takie proste, bo przecież kibice RB Lipsk (które było gospodarzem pierwszego meczu) mieli uzasadnione obawy, że rozgrywanie spotkania rewanżowego na Anfield, nie zapewnia drużynom takiego samego komfortu gry. 

Reklama

UEFA wyszła naprzeciw nie tylko ich oczekiwaniom, ale przede wszystkim obostrzeniom sanitarnym panującym w poszczególnych krajach (piłkarze RB Lipsk nie mogą przylecieć do Anglii, ponieważ po powrocie musieliby odbyć 10-dniową kwarantannę) i już ogłosiła, że także rewanż Liverpool - RB Lipsk odbędzie się w Budapeszcie. Patrząc na sytuację pandemiczną w Europie, ciężko się z tą decyzją nie zgodzić. Powiem więcej - chyba trzeba się cieszyć, że mecze w ogóle mogą być rozgrywane, a kibice - choć tylko przed telewizorami - dostają namiastkę normalności w nienormalnych czasach. 

Biorąc pod uwagę fakt, że w pozostałych wspomnianych meczach także mamy drużyny z Wysp Brytyjskich, decyzje dotyczące miejsc rozgrywania drugich meczów 1/8 finału Ligi Mistrzów poza macierzystymi krajami - to tylko kwestia czasu.  

Drugi problem - zakażenia poszczególnych piłkarzy. Bayern w konfrontacji z Lazio musiał sobie radzić bez swojego podstawowego obrońcy Benjamina Pavarda i przeżywającego drugą młodość na boisku Thomasa Muellera. Leon Goretzka czy Javi Martinez także mają już na koncie nieobecności spowodowane covidową izolacją. Real Madryt już w fazie grupowej musiał grać bez Hazarda czy Militao, którzy zostali wykluczeni z powodu zakażenia i kwarantanny. Liverpool to kolejny z wielkich zespołów, który musi się zmagać ze skutkami pandemii. Jesienią zakażenia takich piłkarzy jak Mane czy Salaha mocno pokrzyżowały plany Jurgen Kloppa. 

Co tu dużo mówić - okazuje się, że nawet najbardziej zaangażowane służby, czy najbardziej przeczuleni działacze klubowi, nie są w stanie przeciwstawić się sile wirusa, który od ponad roku paraliżuje świat.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze jeden problem - kontuzje. Były, są i będą - ktoś powie... ale trudno znaleźć sezon, w którym byłoby ich tak dużo, w dodatku tak znaczących. Dość powiedzieć, że w meczach 1/8 finału UEFA Champions League w Bayernie zabrakło ośmiu, w Realu dziewięciu, a w Liverpooolu i Dortmundzie po siedmiu piłkarzy z podstawowego składu. Powód? Tu zaczyna się pole do popisu dla wielbicieli teorii spiskowych lub po prostu teorii, tworzonych na potrzeby danej sytuacji. I tak na przykład: "w Liverpoolu zmęczenie materiału, bo Klopp pracuje już z nimi za długo i ciągle gra tym samym składem, więc kiedyś musiało się odbić"...

W Realu gromy spadają na trenera przygotowania fizycznego Grégory’ego Duponta - to właśnie jego Deschamps wskazywał jako architekta sukcesu Francuzów na mundialu. UEFA powołała go do specjalnego sztabu, mającego niwelować liczbę kontuzji w świecie piłki. W pandemicznej rzeczywistości właśnie jemu przypisywano zasługi związane z mistrzostwem Hiszpanii. Teraz - kibice są wściekli, działacze zdezorientowani, a sam Zinedine Zidane rozkłada ręce i tę podziurawioną jak sito kadrę stara się jakoś poskładać.

Jedyną maszyną, która nawet jeśli lekko zatarta (z tych samych powodów - kontuzje i covid), zdaje się opierać przeciwnościom losu - to Bayern Monachium. Lewandowski i spółka już są jedną nogą w ćwierćfinale i obok Manchesteru City pozostają głównym faworytem do wygrania całej edycji.

Na koniec warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną covidową zależność. Wielu piłkarzy, którzy przechodzą zakażenie koronawirusem, najpierw nie może dojść do pełni zdrowia, a potem... łapie kontuzję za kontuzją. Paulo Dybala jest jednym z takich przypadków. Najpierw wirus, dwa miesiące później pierwsza kontuzja, a potem kolejne... i nie jest jedynym. Neymar także nie może po zakażeniu wrócić do sprawności, a kolejne urazy zdarzają się nader często. Do tego można jeszcze dodać Edena Hazarda, bo gdy już wydawało się, że wraca do formy... niestety. Oczywiście, każda infekcja pozostawia w organizmie ślad, jak wielki w przypadku tego wirusa - pewnie niebawem przyjdzie nam się przekonać.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje