Reklama

Reklama

Tradycje, których łamać nie wolno

Są takie tradycje, których łamać nie wolno i takie, z którymi polemizować nie warto. Dla jednych Kevin w Święta, dla innych Maryla w Sylwestra, a dla mnie w Nowy Rok najpierw Koncert Filharmoników Wiedeńskich, a potem drugi konkurs Turnieju Czterech Skoczni w Ga-Pa. Tak jest od kiedy pamiętam i nie ma najmniejszego powodu, żeby ten rytuał zmieniać - pisze w swym cyklu "Chylę czoła" Paulina Chylewska.

A właściwie są tylko dwie takie sytuacje, które wiążą się ze spełnianiem młodzieńczych marzeń. Pierwsza to wyjazd do Wiednia, by koncert zobaczyć na żywo (ciągle z cyklu "do spełnienia") i oglądanie konkursu skoków pod Große Olympiaschanze (to na liście "zaliczone"). Od najmłodszych lat nazwiska najlepszych skoczków świata kojarzyły mi się właśnie z ową tradycją. Matti Nykänen, Dieter Thoma czy Jens Weissflog funkcjonowali w skojarzeniach nastoletniej dziewczyny jako bohaterowie, z którymi niestety nie może się równać żaden polski skoczek. Tak mi się wtedy wydawało...

Reklama

Aż przyszedł rok 2001... i nadzwyczajny skok Adama Małysza w XXI wiek. Tak bardzo oczekiwane przez lata zwycięstwo (nadzieję dawali wcześniej choćby Stanisław Bobak czy Piotr Fijas, ale tej kropki nad "i" ciągle brakowało), stało się faktem. Apoloniusz Tajner już podczas treningów w Saint Moritz - jedynym wówczas miejscu w Europie, gdzie dało się trenować, wiedział, że może się wydarzyć coś niezwykłego. Ciągle jednak powtarzał sobie, że co innego skoki treningowe, co innego konkurs, turniej, presja. Poza tym chyba wtedy nikt nawet nie przypuszczał, że historia może się tak znakomicie potoczyć.

Świetnie skakali Austriacy, Niemcy, Finowie i Norwegowie, czyli można by rzec "jak zwykle". Nacje, które od lat wiodły prym w tej dyscyplinie i niewiele wskazywało, by to swoiste status quo miało się zmienić. A jednak... pojawił się chłopak z Wisły, który nawiązał równą walkę z Martinem Schmittem i Janne Ahonenem. Powiedzmy sobie szczerze - równą tylko na początku, gdy w Oberstdorfie zajął czwarte miejsce. W Nowy Roku, tuż po koncercie Wiedeńskich Filharmoników, było już podium. Zresztą Polak rozkręcał się z konkursu na konkurs, by ostatecznie pokazać, kto na miano najlepszego z najlepszych najbardziej zasługuje. Zdeklasował rywali. Jako pierwszy zawodnik w historii turnieju przekroczył 1000 punktów (dokładnie 1045,9), a drugiego w klasyfikacji Ahonena wyprzedził o 104,4 pkt!

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie

Sprawdź!

No się zaczęło! Małyszomania, na którą nikt, a już najmniej sam zainteresowany, nie był przygotowany. Po latach Adam wspominał, że gigantyczne zainteresowanie mediów wręcz go denerwowało. Dziennikarzy się bał, przed tłumem uciekał, nie zdając sobie kompletnie sprawy, co jego sukces tak naprawdę oznacza. Stał się na długie lata ambasadorem polskich sportów zimowych. Medale mistrzostw świata, igrzysk olimpijskich czy triumfy w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata tylko podsycały nastroje i coraz bardziej wbijały polskiego kibica w dumę.

Sukcesy Kamila Stocha, Dawida Kubackiego czy wreszcie drużyny skoczków to poczucie dumy pięknie w nas pielęgnują. Każda kolejna wielka impreza czy weekend ze Pucharem Świata to już od lat nie są pytania o to, jak Polacy się zaprezentują, ale czy skakać będą dobrze czy bardzo dobrze. Ostatni Turniej Czterech Skoczni pokazał dobitnie jeszcze jedno - w zespole jest wielka siła. Przez lata Adam Małysz był osamotniony. Oglądając poszczególne konkursy zdawaliśmy sobie doskonale sprawę, że gwiazda reprezentacji Polski jest tylko jedna. Że jeśli chcemy walczyć o najwyższe cele - to tylko On jest stanie zapewnić nam zwycięstwo. Dziś jest zupełnie inaczej. Bo znów mamy do czynienia z sytuacją bez precedensu - w najlepszej dziesiątce TCS jest czterech Polaków! Nigdy wcześniej nawet nie zbliżyliśmy się do takiego wyniku. To oczywiście efekt ciężkiej pracy, odpowiednich i odpowiedzialnych decyzji, determinacji (ta jeszcze przed turniejem była wręcz konieczna), ale i tego magicznego "ducha drużyny", który pozwala przenosić, a właściwie przeskakiwać góry.

Wojciech Fortuna - nasz pierwszy mistrz olimpijski z Sapporo - wielokrotnie podkreśla, że Kamil Stoch jest najwybitniejszym polskim skoczkiem w historii. Przemawiają za tym sukcesy, trofea i liczby. Ale - ku oburzeniu mistrza z 1972 roku - to nie on został Gwiazdą Stulecia Polskiego Związku Narciarskiego. Został nim ten, od którego wszystko się zaczęło - Adam Małysz. Oczywiście można się z tym werdyktem działaczy PZN, ekspertów i dziennikarzy nie zgodzić, ale warto wtedy zadać sobie pytanie: gdzie były polskie skoki narciarskie bez triumfu Adama sprzed dwudziestu lat i jego dalszych sukcesów... Tak czy inaczej... chapeau bas Panowie! Chapeau bas Adam, Kamil, Dawid i cała cudowna drużyno! 

Paulina Chylewska, Polsat Sport

Dowiedz się więcej na temat: skoki narciarskie | Paulina Chylewska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje