Reklama

Reklama

Odszedł Maradona speedwaya!

Kiedy piłkarski świat opłakuje śmierć Boskiego Diego, nieco w cieniu - ale równie mocno - swój ból przeżywa środowisko żużlowe. Bo swój ostatni bieg przegrał Super Zenon. Na torze wychodził z wielu opresji, sytuacji mrożących krew w żyłach. Zwyciężał tysiące razy. Ale cukrzycy, problemów z nerkami, sercem nie zdołał pokonać. Zenon Plech miał 67 lat - pisze specjalnie dla Interii Paulina Chylewska w swoim cyklu "Chylę czoła".

Żużel to specyficzna dyscyplina sportu. Kto jej nie dotknął, nie wdychał zapachu spalanego sprzęgła, nie przeżuwał żużla sypiącego się spod kół motocykli, nie głuchł na stadionie od ryku silników, nie pojmie jej fenomenu. Bo żużlem trzeba oddychać. Trzeba się w speedwayu zatracić, oddać mu duszę. Każdy bieg jest igraniem z losem. To wyzwanie, za podjęcie którego można zapłacić najwyższą cenę. Minimalny błąd, nierówność na torze, defekt motocykla, faul rywala i można stracić zdecydowanie więcej niż tylko zwycięstwo. 

Pięknie istotę tego sportu w książce poświęconej karierze Zenona Plecha "Speedway ponad wszystko" nakreślił Henryk Jezierski: "W momencie wyjazdu z parku maszyn czterech jeźdźców w różnobarwnych kombinezonach i kaskach zaczyna się dla publiczności kilkudziesięciosekundowe misterium refleksu i siły, szybkości i wytrzymałości, brawury i zimnego kalkulowania. Walce o punkty towarzyszy tu walka o utrzymanie tej subtelnej granicy, dzielące mistrzowskie opanowanie żużlowego rzemiosła od zatracenia instynktu samozachowawczego."

Reklama

Dlaczego z galerii sław polskiego speedwaya lat 70. i 80. pan Henryk postanowił opisać właśnie historie chłopaka z podgorzowskiego Zwierzynia. Dlaczego nie Wyględy, Woryny, Waloszka, Jancarza czy Szczakiela? Bo Plech był żużlowcem znakomitym, obdarzonym wyjątkowym talentem. Pupilem tłumów, ale również zawodnikiem, który zdaniem autora nie wykorzystał do końca swojego wielkiego potencjału. Potencjału na miarę jego wielkiego następcy Tomasza Golloba. Ale czy na pewno?

Owszem Super Zenon nigdy nie zdobył tytułu indywidualnego mistrz świata. Ale dla Polski wywalczył przecież worek medali. Dwa razy był o włos od wymarzonego tytułu, zdobywając srebrny i brązowy medal. Trzykrotnie stawał na drugim stopniu podium w mistrzostwach świata w jeździe parami. Ponadto był srebrnym, czterokrotnie brązowym medalistą drużynowych mistrzostw świata. Wreszcie w kraju - trzy wygrane w turnieju o Złoty Kask i pięć razy sięgał po tytuł indywidualnego mistrza Polski do dziś będąc najmłodszym jego triumfatorem - podczas pierwszej wygranej w Bydgoszczy miał 19 lat.

A przecież gdyby nie zakład z kolegami z liceum, o Plechu - żużlowcu świat by nigdy nie usłyszał. Bo to nie fascynacja tym sportem, a chęć zaimponowania rówieśnikom pchnęła go na trening gorzowskiej Stali. Kiedy już wsiadł na motocykl i po zaledwie kilku okrążeniach przejechał tzw. ślizgiem kontrolowanym łuk, w Gorzowie wiedzieli, że wpadł im w ręce absolutny diament.

Pana Zenka poznałam już na początku mojej pracy. Ale podczas zawodów wiecznie zabiegany, sprawdzający tor i dbający o swoich zawodników, niespecjalnie miał czas na pogaduszki z młodą dziennikarką. Podczas corocznych Gal Mistrzów Sportu, pod tym względem, było dużo łatwiej. Zawsze miły, uśmiechnięty, skory do żartów, ale zarazem wycofany, w cieniu innych bywalców tej imprezy. Ale wystarczyło podrzucić pytanie o stare silniki Goddena... Od razu nabierał wigoru. Opowiadał jak o swoich najlepszych kumplach, z którymi zjadł beczkę soli. Wręcz promieniał. Bo żużel to nie był zawód, sport czy pasja. To było jego życie.

Z toru, z racji wieku, pamiętam detale. Kiedy do Bydgoszczy na mecz z Polonią przyjeżdżało gdańskie Wybrzeże wszyscy chcieli być jak najbliżej wyjazdu z parku maszyn. Bo tam stały zaparkowane śliczne, białe, lśniące motocykle, które wystawiał Złoty Chłopiec (bo i tak go nazywano) oraz jego koledzy z drużyny. On sam również w nieskazitelnie białej skórze z charakterystyczną chustką na szyi. Będąc zawodnikiem, który jeździł w Anglii, przywoził sprzęt, o którym inni zza żelaznej kurtyny mogli tylko pomarzyć. To sprawiało, że już na starcie miał przewagę. Ale tylko pozornie. O wirtuozerii Zenona Plecha nie świadczyła szata, a świetna technika, spryt, odwaga. Był niedościgniony, genialny, niczym Maradona. Torowe sytuacje odczytywał trafniej niż jego rywale. Widział i przewidywał konsekwencje o ułamek sekundy szybciej niż inni. A kiedy już wygrał start, jak w przypadku boskiego Diego, rywale nie mogli go już dogonić.  I choć w żużlu chodzi o indywidualne umiejętności, statystyki, to na torze nigdy nie zapominał o partnerze z zespołu.

Czy żałował tej niezwykłej szansy z 1973 roku? Wywalczenia tytułu przed stutysięczną publicznością w Kotle Czarownic? Na pewno. Do złota zabrakło niewiele. Zaledwie punkt do biegu dodatkowego. Szansę na ten wyścig stracił, kiedy w jednym z wyścigów podciął go Grigorij Chłynowski. Nie mógł jechać dalej, sędzia przyznał mu 2 punkty, ale to było za mało. Plech idąc na podium miał łzy w oczach... Choć całą karierę przed sobą.

Panie Zenku będzie nam Pana bardzo brakować. Pana wiedzy, dobroci, delikatności i profesjonalizmu w jednym. Swoją drogą zastanawiam się, czy te zawody sprzed 47 lat dziś wspominacie... Cała trójka z chorzowskiego podium. Jerzy Szczakiel, Ivan Mauger i Zenon Plech. Może dwaj pozostali z sentymentem i zazdrością przyznają: "Dobrze Zenek, że nie jechałeś w tym barażowym biegu, bo na pewno byś wygrał"... 

Paulina Chylewska, Polsat Sport

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy